`

Żałoba po osobie zwierzęcej to nie wymysł. "Stratę będziemy nosić w sobie do końca życia"

9 min. czytania
31.10.2024 12:34
Obserwuj nas na Google

– Zdecydowanie najgorsze są komentarze: daj spokój, to był tylko pies – podkreśla Łucja Lange, socjolożka, która współpracuje z Instytutem Dobrej Śmierci i towarzyszy w żałobie po utracie osób zwierzęcych. Zaznacza, że ludzi, którzy potrzebują wsparcia, gdy ich zwierzę odchodzi, jest coraz więcej.

człowiek i pies
fot. shutterstock

Monika Kurowska: Być może się mylę – ale wydaje mi się, że w Polsce rzadko emocje związane ze stratą pupila określa się jako żałobę. Rezerwujemy pojęcie żałoby dla ludzi. Z jakim odbiorem się pani spotyka, gdy mówi pani osobom postronnym o tej części swojej działalności?

Łucja Lange*: Reakcje potrafią być różne, jednak najczęściej spotykam się z osobami, które mają zwierzęta, a w związku z tym wiedzą, że któregoś dnia najprawdopodobniej pożegnają te stworzenia. Takie osoby często nazywają siebie opiekunami, nie właścicielami. Już po tym możemy wnioskować, jak wygląda ich relacja z pupilem. Jeżeli jestem właścicielką zwierzęcia, to traktuję je poniekąd jak rzecz – a każdą rzecz przecież można zamienić na inną. Z opieką nad zwierzęciem jest inaczej. To słowo świadczy o oddaniu i głębszej relacji.

Osoby, które mówią o opiece nad zwierzętami, zazwyczaj na informację o mojej działalności reagują bardzo pozytywnie. Ale zauważyłam, że ogólna mentalność również się zmienia. Jeszcze 10 lat temu media nie poruszały takiego tematu, jak żałoba po stracie zwierząt. Powstawały najróżniejsze „zwierzęce” biznesy – głównie związane z upiększaniem populi, pielęgnacją, ale nikt nie zastanawiał się nad tym, co dzieje się z uczuciami, którymi darzymy nasze koty, psy i inne po ich śmierci. To się zmienia. Teraz, nawet jeżeli spotykam się z osobami, które nie mają zwierząt i nigdy ich nie miały, to widzę w nich pewien rodzaj zrozumienia mojej działalności. Zauważam po prostu większą empatię. Myślę, że w wielu głowach pojawia się myśl: ja tak nie mam, ale to nie znaczy, że to nie jest potrzebne, bo inni faktycznie mogą odczuwać smutek po stracie psa, kota, królika… Te uczucia nie są już negowane, wyśmiewane, traktowane jako kuriozalne. Widzę coraz większą otwartość.

To stawia Polskę w bardzo dobrym świetle. Muszę powiedzieć, że nie spodziewałam się takiej odpowiedzi. Zwłaszcza po ostatniej dyskusji medialnej – zapoczątkowanej komentarzem prof. Jerzego Bralczyka – o tym, czy zwierzęta muszą zdychać, czy jednak mogą umierać.

W tej walce jestem od bardzo dawna. Mój pierwszy pies, a właściwie pies moich rodziców, zmarł, kiedy ja byłam w szkole podstawowej. To był 1987 rok. W moim rodzinnym domu zawsze mówiło się, że nasz pies umarł, a nie zdechł. Pamiętam, że miałam z tego powodu strasznie dużo wrogów wśród sąsiadek, księży, katechetek. Ale nie chciałam zmienić zdania, a rodzice „twardo” stali po mojej stronie. Cóż… byliśmy ciężkim przypadkiem…

Ta walka doprowadziła do tego, że odeszłam z Kościoła katolickiego. Stwierdziłam, że jeżeli w tym Kościele nie ma przestrzeni na to, żeby zwierzęta mogły iść do nieba, być zbawione, to nie ma w nim również miejsca dla mnie. Nie wybieram się do nieba, w którym nie ma zwierząt i nie chciałabym być oceniona przez Boga, który miałby takie podejście do żywych istot. Poszłam więc za swoim sensem i było to dla mnie całkowicie naturalne.

Ale jest we mnie zrozumienie dla tej dyskusji, która przecież nadal się toczy. Wiem, że jest bardzo dużo osób, które nie akceptują tego, że zwierzęta mogą umierać, więc debata, która pojawiła się w mediach, mnie nie zaskoczyła. Profesor Jerzy Bralczyk jest przedstawicielem tradycjonalizmu, więc nie zdziwił mnie swoim podejściem do tej kwestii. Natomiast bardzo pozytywnie odebrałam reakcję społeczną. Komentarze poszczególnych osób – również medialnych – pokazały, że w czasach, w których żyjemy, nieakceptowalne staje się mówienie o żywych istotach, z którymi mamy bardzo bliskie relacje, w sposób przedmiotowy. I to jest bardzo dobra informacja.

Język kształtuje naszą rzeczywistość, tworzy ją, więc to, jakich słów używamy, gdy mówimy o zwierzętach, jest wyjątkowo ważne, dla ogólnego postrzegania sprawy. To tak jak z feminatywami - jeśli nie będziemy ich używać na co dzień, wciąż będą wydawać się obce. 

Dlatego staram się używać określenia: osoby zwierzęce, które może być dla wielu kontrowersyjne. Dla mnie jest po prostu wyrazem szacunku dla istot, z którymi wchodzę w relacje. W trakcie swojego życia tworzymy różne rodzaje relacji. Mamy relacje zarówno z ludźmi, zwierzętami, jak i z przedmiotami. Telefonu komórkowego, nie nazwę osobą. Natomiast tego 15-latka, który siedzi obok mnie i ma bardzo oceniający wzrok, już tak (wskazuje na kota). On jest istotą żywą.

W naszym języku brakuje określeń, które nadawałyby szacunek istotom żywym. Określenia: osoba psia, osoba kocia, chociaż mogą na początku brzmieć nieco dziwnie, są wyrazem szacunku. Pozbywamy się z języka przejawów rasizmu, dlaczego więc nie pozbywać się także gatunkowizmu?

Redakcja poleca

Współpracuje pani z Instytutem Dobrej Śmierci. Często do Instytutu lub do pani bezpośrednio trafiają osoby pogrążone w żałobie właśnie po utracie zwierzęcia?

W Instytucie Dobrej Śmierci prowadzę trzy rodzaje tzw. kręgów. Pierwsze, organizowane w pierwsze poniedziałki miesiąca, dotyczą straty osób zwierzęcych. Drugie, organizowane w kolejne poniedziałki miesiąca, dotyczą strat samobójczych. Trzecie kręgi są kręgami otwartymi. Można byłoby się spodziewać, że najwięcej osób będzie uczestniczyło we wspomnianych kręgach otwartych, ale tak nie jest. Najwięcej osób jest właśnie na kręgach dotyczących straty osób zwierzęcych. Drugie w kolejności są kręgi związane ze śmiercią samobójczą.

Myślę, że osobom, które cierpią po stracie zwierząt, czasami trudno jest odnaleźć zrozumienie w swoim codziennym środowisku. 

Dokładnie tak. Tacy ludzie szukają kręgów, warsztatów zrzeszających osoby, które czują tak samo, jak one. Gdy przestrzeń rodzinna, przyjacielska okazuje się niewystarczająca, chcemy poznać całkiem obce osoby i przekonać się, że odczuwają tak samo, jak my. Siła kręgu polega na tym, że możemy spotkać się w grupie, porozmawiać na temat, który nas łączy – w tym przypadku łączy nas rodzaj straty. To daje poczucie wspólnoty. Jesteśmy stworzeniami stadnymi, które potrzebują grupy, by dobrze funkcjonować.

Poza tym straty osób zwierzęcych, podobnie jak straty dotyczące samobójstw, przeważnie obarczone są różnymi negatywnymi emocjami – najczęściej to wyrzuty sumienia. W przypadku zwierząt często różne choroby pojawiają się niespodziewanie i zaskakują opiekunów szybkim przebiegiem. Na co dzień pracujemy i nie przebywamy z naszymi stworzeniami towarzyszącymi całą dobę. Zresztą nawet gdyby tak było, to zwierzęta maskują pewne objawy chorobowe i nie mogą nam o nich powiedzieć w sposób dla nas zrozumiały. Nie zawsze od razu zauważamy, że coś im dolega. Często, gdy już widzimy, że zwierzę jest chore, na ratunek jest za późno, a wtedy pojawiają się wyrzuty sumienia. Zastanawiamy się, czy decyzja o eutanazji była właściwa – bo nagle słyszymy, że znajomy natknął się kiedyś na podobny przypadek, który jednak wyleczono. Często w naszych głowach pojawiają się pytania i zaczynamy bawić się w „gdybanie”. Ponadto na pewne pytania nie umiemy odpowiedzieć, a czasami nawet weterynarze nie są w stanie nam w tym pomóc, bo niektóre przypadki są trudne i wyjątkowo skomplikowane, a zwierzętom na ogół nie robi się sekcji. Zostajemy więc bez odpowiedzi, a to nas dobija.

Rolą kręgów jest to, żeby szukać odpowiedzi wspólnie. Słyszymy wypowiedzi innych osób i zaczynamy pewne kwestie dopasowywać do swojej sytuacji. Wtedy może pojawiać się spokój ducha i myśl: zrobiłam wszystko, co mogłam, nie dało się nic więcej zrobić. Najważniejsze jest, żebyśmy osiągali ten poziom spokoju.

Rozumiem, że to jest końcowy etap żałoby?

Nie ma czegoś takiego, jak etapy żałoby. To jest po prostu pewnego rodzaju moment w naszym procesie, w którym jesteśmy w stanie „zaakceptować” to, co się wydarzyło i żyć z tą stratą. Nie ma jednego, np. pięciofazowgo modelu żałoby, który dotyczyłyby wszystkich i wpisywałby się w ogólny schemat. Gdyby tak było, zapewne ludziom byłoby o wiele prościej. Kolejni psychologowie i psychiatrzy starają się badać żałobę i jej przebieg, co prowadzi do tworzenia nowych modeli. Rzadko mówi się o tym, że obecnie jest ich około 40, każdy inny i żaden z nich nie musi pasować do konkretnej osoby w konkretnym momencie jej życia. To są nasze indywidualne emocje, doświadczenia. Jestem po trzech kocich stratach i każda z nich przebiegała w zupełnie inny sposób. Za każdym razem doświadczałam zupełnie innych emocji i potrzebowałam innego czasu na znalezienie odpowiedzi na pytania – co mnie boli w tej stracie i dlaczego?

Ważne jest to, na jakim etapie życia jesteśmy.

Dokładnie, więc nie możemy oczekiwać, że za każdym razem będziemy przechodzić przez jakichś pięć, takich samych faz żałoby. To po prostu tak nie działa. Ważne jest, by po stracie podążać za sobą, za tym, co czujemy. Żałoba – wbrew narracji, która często pojawia się w mediach – to nie jest coś „do zaliczenia”. To proces, który ma nam ułatwić pogodzenie się ze stratą, oswoić się z nią. Zaadaptować nas do nowych okoliczności i życia ze stratą. Bo jednak tę stratę będziemy nosić w sobie już prawdopodobniej do końca życia. W którymś momencie wspomnienie utraconej osoby nie będzie już powodowało u nas łez i smutku, zamiast tego może pojawić się nostalgiczny uśmiech. Żałoba to jest kolejne doświadczenie na naszej drodze.

Czy zatem uniwersalne metody, które mogą nam pomóc w przetrwaniu tego procesu istnieją? 

Zawsze polecam, by patrzeć na to, co jest dla nas dobre, co w naszym przypadku „działa”. Drzewo, które traci konar w wyniku burzy również cierpi, ale po jakimś czasie na miejscu utraconego konaru pojawiają się nowe gałązki, a potem liście. Ten proces jednak trwa.

W moim przypadku w procesie żałoby zawsze pomocne okazywały się wszelkie działania kreatywne: pisanie, fotografia, tworzenie wydawnictw, malowanie, śpiewanie, nawet robótki ręczne czy szycie. Pamiętam, że po pewnej stracie zapisałam się do chóru akademickiego i tam odczułam oczyszczenie. Zdziwiona zaczęłam na ten temat czytać i okazało się, że praktyki artystyczne często stosuje się w żałobie. Teraz polecam to innym. To mogą być jednak również aktywności innego rodzaju – w tym aktywności sportowe i społeczne. Rodzice, którzy doświadczają straty bardzo często zakładają różnego rodzaju fundacje, stowarzyszenia, które zajmują się wspomaganiem osób dotkniętych specyficznymi chorobami. Odczuwają silną potrzebę zaangażowania się w działania pomocowe. Praca często pomaga nam odpowiedzieć sobie na pewne pytania.

Często ludzie po śmierci zwierzęcia, szybko decydują się na przygarnięcie lub zakup kolejnego. Chcą w ten sposób zapełnić pustkę. Uważa pani, że to dobra praktyka?

Na pewno korzysta na tym przygarnięte stworzenie, bo otrzymuje nowy dom. Wiele jednak zależy od tego, jak podchodzimy do tego nowego stworzenia i czy mamy świadomość, że to, co robimy jest pewnym rodzajem zastąpienia. Osoby, które biorą udział w kręgach, często opowiadają, że po decyzji o przygarnięciu nowego stworzenia – wbrew temu, czego się spodziewały – zaczęły odczuwać negatywne emocje. Miały poczucie, że zdradziły zwierzę, które odeszło. Takie emocje mogą wpłynąć negatywnie na traktowanie nowego domownika. To niebezpieczna sytuacja.

Pamiętam rozmowę z kobietą, która wzięła udział w kręgu po stracie psa. Opowiadała, że znajomi doradzali jej, by jak najszybciej zaadoptowała nowego czworonoga, a ona bardzo tego nie chciała. W którymś momencie wykrzyczała im, że jej pies nie był lodówką, więc nie może go zaraz po śmierci zastąpić innym, by w domu znowu wszystko zaczęło „działać”.

Osobom, które się ze mną konsultują doradzam, żeby po stracie zwierzęcia odczekały napięcie i zdecydowały się na nowe zwierzę, gdy już przestanie męczyć je uczucie, że muszą dopełnić stado. To jest nasza wewnętrzna potrzeba zaklejenia pustki. Niektórzy przygarniają nowe stworzenie, bo boją się, że cisza w domu ich „przygniecie”. Warto jednak pamiętać, że nowe zwierzę nie będzie kontynuacją. To nowy etap i trzeba być na niego gotowym.

Wiemy już, że nie warto doradzać przygarnięcie nowego zwierzęcia. Czy jednak są jakieś sposoby na to, by pomóc osobie, która cierpi z powodu straty zwierzęcia?

Myślę, że – dokładnie tak samo, jak w przypadku każdej innej straty – należy być otwartym na opowieści, wspomnienia. Osobie, która przeżywa żałobę warto zadawać pytania: Czy mogę coś dla Ciebie zrobić? Jak się dziś czujesz? Dobrze spałeś? Taka osoba prawdopodobnie w pewnym momencie będzie chciała podzielić się z kimś bliskim swoimi doświadczeniami, przeżyciami. Otwartość na to pragnienie jest bardzo ważna.

Nie unikajmy tematu. Niektórzy boją się, że jeśli poruszą temat śmierci zwierzęcia, rozmawiając z osobą w żałobie, to ją zasmucą. Często nie wiemy, co zrobić z cudzym smutkiem. Tymczasem najważniejsza jest empatia. Jeśli ta osoba płacze i nam też chce się płakać – bo emocje są „zaraźliwe” – to płaczmy. Nie powstrzymujmy łez. Kierujmy się zasadą: będę w tej sytuacji zachowywał się tak, jak chciałbym, by zachowywano się w stosunku do mnie w podobnej sytuacji. Możemy też po prostu zapytać: Co mogę dla ciebie zrobić? I być. Najważniejsze, by wspierać osobę przeżywającą żałobę i jej nie oceniać tylko dlatego, że relację, które my utworzyliśmy są inne.

Zdecydowanie najgorsze są komentarze: Daj spokój, to był tylko pies…

*Łucja Lange - naukowczyni i wykładowczyni akademicka związana z Instytutem Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego. Bada doświadczenie straty (także w kontekście istot nieludzkich). Jej zainteresowania skupiają się na kwestiach różnorodności i obszarach gender studies, animal studies oraz death studies. Towarzyszy w żałobie po utracie osób zwierzęcych i pomaga zaplanować ich pożegnanie. Wspiera osoby po stracie prowadząc kręgi, grupę wsparcia, indywidualne konsultacje oraz terapię za pomocą fotografii. Od roku 2012 prowadzi e-zina, który od roku 2024 zmienił się w e-zina o śmierci, żałobie, stracie.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET