Zginął człowiek, który sam przez 40 lat niósł pomoc. Bliscy domagają się sprawiedliwości
- Dla nas to jest morderca. Powinien być sądzony jak morderca - powiedziała w rozmowie z Faktem siostra 67-latka, który zginął w wypadku z udziałem BMW w Kobylance w pow. stargardzkim. Jak się okazuje, zmarły przez 40 lat pracował w pogotowiu.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Co wydarzyło się na drodze S10 w okolicy Kobylanki.
- Kim był 67-latek, który zginął w wypadku.
- Jak rodzina zmarłego ocenia sprawców wypadku.
Kobylanka. Zmarły 67-latek był pracownikiem pogotowia
Do tragicznego zdarzenia doszło w poprzedni wtorek, na drodze S10, w okolicy Kobylanki (pow. stargardzki). Pasażer samochodu, w który wjechało rozpędzone BMW, zginął na miejscu, a pasażerka z obrażeniami ciała została przewieziona do szpitala. Całe zdarzenie było nagrywane przez pasażera BMW, który miał nakłaniać kierowcę, aby ten jechał szybciej. Ostatnia zarejestrowana prędkość wynosiła 270 km na godz. Pasażer został na miejscu zdarzenia, a kierowca pojazdu uciekł. Po niecałej godzinie przez bliską osobę został przywieziony do Komendy Powiatowej Policji w Stargardzie.
Jak ustalił „Fakt”, kierowcą samochodu, w który wpadło BMW, był 67-letni Andrzej z Drawska Pomorskiego, który przez niemal 40 lat pracował w pogotowiu. Wracał z żoną od lekarza. W pogotowiu pracował jako kierowca i ratownik medyczny. Pozostawił dwoje dzieci i pięcioro wnuków.
Rodzina zmarłego mężczyzny domaga się kary dożywocia dla mężczyzn jadących BMW. - Dla nas to jest morderca. Powinien być sądzony jak morderca – powiedziała siostra zmarłego 67-latka. - Ratował wariatów i od wariata zginął – powiedziała kobieta.
- To powinno być traktowanie jako morderstwo. Ktoś, kto na drodze publicznej jedzie z prędkością 270 km na godz., musi się liczyć z tym, że jeśli coś mu wyskoczy, to kogoś zabije – podsumowała siostra zmarłego Andrzeja.
Źródło: Radio ZET/Fakt
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET