"Zwłoki wplątane w konary drzew". Mija 58 lat od horroru w polskich górach
20 marca 1968 roku w Karkonoszach doszło do jednej z największych tragedii w polskich górach. W Kotle Białego Jaru zeszła lawina, która porwała turystów idących dnem doliny. Zginęło 19 osób. Pięciu turystów przeżyło.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie były warunki pogodowe w Karkonoszach przed tragedią.
- Dlaczego turyści wybrali czarny szlak dnem Białego Jaru.
- Co spowodowało lawinę w Białym Jarze w 1968 roku.
Tragedia w Białym Jarze. Lawina porwała 24 osoby
W 1968 roku warunki w Karkonoszach były wyjątkowo zdradliwe. Najpierw długotrwałe ocieplenie i topnienie śniegu, woda wsiąkająca w podłoże. Później nagły powrót zimy, zamiecie i intensywne opady. Pokrywa śnieżna stopniowo się zmieniała. Z czasem była coraz bardziej niestabilna. Na pierwszy rzut oka nie było tego widać. Ratownicy ostrzegali przed prowadzeniem wycieczek w miejsca szczególnie zagrożone. Mimo to 20 marca dobre warunki pogodowe zachęciły wielu turystów, by ruszyć na szlak - w stronę Śnieżki. "Z powodu nieczynnego wyciągu na Kopę część z nich wybrała przejście czarnym szlakiem dnem Białego Jaru" - opisuje GOPR.
Na wyprawę ruszyło kilka grup. Największa z nich składała się ze studentów Instytutu Górniczego w Kujbyszewie. Była prowadzona przez polskiego pilota z Warszawy. Ratownik GOPR Andrzej Brzeziński pracował wówczas w karpackim ośrodku Juwenturu. Z jego relacji wynikało, że podróżni nie byli przygotowani do wyjścia w góry, o czym świadczyć miał chociażby nieodpowiedni ubiór. Do tragedii doszło około godziny 11:00.
"Zwłoki wplątane w konary drzew"
Wczesnym popołudniem ostre słońce nagrzało śnieżne zbocza. Wówczas oderwała się ogromna masa śniegu. "Według relacji obszar lawiny miał ponad 600 metrów długości i do 80 metrów szerokości. Szacuje się, że grubość śniegu sięgała miejscami do 12 metrów" - informuje karkonoska grupa GOPR. W ciągu kilkudziesięciu sekund lawina runęła w dół z ogromną prędkością, porywając 24 osoby. Przeżyło tylko pięciu turystów. Siła uderzeniowa śnieżnej fali wyrzuciła ich na bok.
Akcja ratunkowa rozpoczęła się niemal natychmiast. Brali w niej udział ratownicy GOPR, ratownicy z Czechosłowacji, wojsko i inne służby oraz mieszkańcy. W sumie około 1100 osób. Ich oczom ukazał się wstrząsający widok. "Zwłoki leżały przeważnie głęboko pod śniegiem, na dnie lawiniska, wplątane w konary wyrwanych z korzeniami drzew. Po wysondowaniu miejsca położenia zwłok trzeba było się do nich dostać, kopiąc wąskie, a głębokie na dwa do trzech metrów jamy. Bywało tak, że aby wydobyć ciało, trzeba było najpierw odciąć piłką gałęzie, w które było wplątane" - tak akcję ratunkową wspominał Stanisław Jawor, jeden z jej uczestników.
"Ten zapach może prześladować do końca życia"
Uczestników akcji ratunkowej prześladowały również zapachy wydzielane przez odcinane gałęzie jarzębu sudeckiego. "Jeżeli wącha się ten zapach przez kilka godzin, siedząc w ciasnej śnieżnej dziurze, jeżeli poprzez gałęzie widać twarz dziewczyny z otwartymi ustami i nieruchomymi - jak ze szkła - oczami, to zapach ten może prześladować do końca życia" - dodał Stanisław Jawor. Tragedia stała się punktem zwrotnym w świadomości zagrożeń lawinowych w polskich górach. W kolejnych latach ratownictwo lawinowe zaczęło się rozwijać, wprowadzone zasady i procedury pozwoliły na skuteczniejsze działania i lepszą edukację turystów.
Źródło: Radio ZET/GOPR/PAP
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET