`

Dlaczego Izrael rozpoczął inwazję w Libanie? "Brak presji ze strony USA"

7 min. czytania
02.10.2024 08:43
Obserwuj nas na Google

- Izrael może mówić, że atakuje tylko Hezbollah, ale w rzeczywistości przekracza granice suwerennego państwa. Wszystko to jest dosyć mocno związane ze zbliżającymi się wyborami w USA - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Sara Nowacka, analityczka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. W nocy z poniedziałku na wtorek Izrael zaatakował Liban.

Mateusz Kapera: Dlaczego doszło do inwazji Izraela na terytorium Libanu?

Sara Nowacka, PISM: - Wpływ na to miało wiele czynników. Oczywiście jednym z nich jest to, że Hezbollah otworzył 8 października, dzień po tym, jak Hamas zaatakował Izrael, a ten później odpowiedział inwazją na Strefę Gazy, front solidarnościowy. To mniej więcej sprowadza się do tego, że Hezbollah zaczął prowadzić ataki na Izrael. Wojna trwa od lat, ale intensywność ataków bardzo się zmieniła i w zasadzie od 8 października te ataki odbywały się codziennie. Od lata wymiana ataków między Izraelem a Hezbollahem była intensywna. Hezbollah sięgnął po nowe środki, jak drony, których wcześniej tak nie wykorzystywał. Publikował też nagrania z Hajfy, czyli wskazywał na umiejętność sięgnięcia do strategicznych celów na terenie Izraela.

Mamy też kontekst polityczny w samym Izraelu, gdzie jest społeczne oburzenie dotyczącego tego, w jaki sposób rząd Netanjahu przeprowadza operację w Strefie Gazy. Nie chodzi tutaj o skalę ofiar wśród cywilnych mieszkańców Strefy Gazy, ale raczej o to, że do tej pory nie udało się sprowadzić zakładników. Założenia, jakie postawił sobie rząd Izraela, rozpoczynając inwazję, nie zostały więc spełnione.

Redakcja poleca

Mieliśmy oczywiście również ataki na pagery członków Hezbollahu i na terytorium przy Bejrucie, gdzie zginął przywódca Hezbollahu. To wszystko na tyle osłabiło organizację, że Izrael postanowił wykorzystać tę okazję, wkraczając na terytorium Libanu, aby osłabić Hezbollah jeszcze bardziej i odsunąć go o kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Izraelem.

Wspominamy cały czas o Hezbollahu uznawanym przez Izrael czy USA jako organizację terrorystyczną. Nie można jednak zapominać, że inwazja jest prowadzona na terenie innego kraju - Libanu - który ma rząd i armię.

- Trudno jest utożsamiać Liban z Hezbollahem ze względu na specyficzny system polityczno-społeczny w tym kraju. Funkcjonuje i żyje w nim oficjalnie 18 grup wyznaniowych, które zachowują pewnego rodzaju autonomię wobec państwa.

W zasadzie prawie wszystkie grupy wyznaniowe mają swoją ustaloną już od lat reprezentację partyjną, która zwykle ma uzbrojoną przybudówkę. W takim ujęciu Hezbollah to oczywiście najpotężniejsza organizacja. Dzięki sukcesom związanym z walką z Izraelem, ale także dość efektywnemu organizowaniu się w sojuszach politycznych, zdołała zdominować na ponad 10 lat politykę Libanu.

Nie utożsamiałabym nigdy Hezbollahu z Libanem. Dlatego, że wciąż bazą tej organizacji są Szyici. Nawet licząc wszystkich Szyitów w Libanie, jest ich tam jedynie około 30 proc., tylko jedna trzecia społeczeństwa. A trzeba jeszcze założyć, że nie wszyscy Szyici głosują na Hezbollah.

Jaki stosunek do Izraela ma reszta społeczeństwa libańskiego?

- Libańczycy ze względu trudną historię relacji z Izraelem mają bardzo negatywny stosunek do tego kraju. Postrzegają go jako najważniejsze zagrożenie dla swojej suwerenności. Izrael wkraczał do Libanu już kilkukrotnie i okupował go do 2000 roku.

Panuje dosyć powszechne przekonanie, że Izrael teraz wkracza na terytorium Libanu, żeby go znowu okupować albo kontestować część terytoriów, które są sporne. Pamiętajmy, że granica między Libanem i Izraelem, o której mówimy, to tak naprawdę tylko niebieska linia ustalona w ramach porozumień na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Formalnie granicą nie jest, ponieważ te państwa wzajemnie się nie uznają.

Ofiarami inwazji są wszyscy Libańczycy bez względu na to, czy popierają Hezbollah?

- Rzeczywiście cierpią wszyscy Libańczycy. Nie ma znaczenia, czy ktoś wspiera Hezbollah. Na południu Libanu oprócz Szyitów mieszkają też chrześcijanie, czy druzowie. Zresztą całkiem niedawno w nalotach atakowano akurat terytoria zamieszkałe w zasadzie wyłącznie przez ludność druzyjską. Być może politycznie niejednokrotnie popierali oni Hezbollah, co nie znaczy, że opowiadają się za wszystkimi radykalnymi pomysłami tej organizacji.

Na pewno nie jest tak, że wszyscy, a nawet większość Libańczyków, popiera Hezbollah. Kryzys polityczny i bardzo specyficzny system utrudnia jakiekolwiek społeczne czy oddolne działania przeciwko tej rzeczywistości politycznej. Mimo wszystko ludzie protestowali dosyć intensywnie w latach 2019-2020. Najczęściej byli brutalnie atakowani właśnie przez Hezbollah.

Jak libański rząd reaguje na komunikaty Izraela o ograniczonej inwazji i atakach wyłączenie w cele związane z Hezbollahem?

- Izrael może mówić, że atakuje tylko Hezbollah, ale w rzeczywistości przekracza granice suwerennego państwa uznawanego m.in. na forum ONZ. Nawet jeżeli celem jest zlikwidowanie Hezbollahu, to trudno oczekiwać od libańskiego rządu, żeby biernie przyglądał się tej sytuacji. Mimo wszystko wykazuje dużo dobrej woli. Premier Nadżib Mikati wydał oświadczenie, że jest gotów rozmieścić libańskie wojska na granicy i postarać się zapobiec powtórnemu wzmocnieniu się Hezbollahu i jego dalszej aktywności przeciwko Izraelowi, gdyby doszło do rozejmu.

To generalnie oznaczałoby powrót do tego, co jest zapisane w rezolucji z 2006 roku, która zakończyła wtedy wojnę między Izraelem i Hezbollahem. Taką wypowiedź poparł też w zasadzie sojusznik Hezbollahu, czyli przedstawiciel innej partii szyickiej Amal,przewodniczący libańskiego parlamentu. Na takim stanowisku stoi też zdecydowanie większość partii libańskich. Nawet te, które na co dzień współpracują z Hezbollahem.

Cały czas rząd Libanu traktuje działania Hezbollahu jak coś, co jest poza jego kontrolą, na co nie ma wpływu. Oczywiście Hezbollah jest częścią tego rządu, ale to nie są działania, które w jakikolwiek sposób uzgadnia z Libanem jako państwem. Realizuje je w ramach sojuszu z Iranem.

Jaki stosunek do konfliktu między Hezbollahem a Izraelem mają mieszkańcy Libanu?

- Pomimo tego, że część Libańczyków widzi Hezbollah jako jedyną organizację, która jest w stanie przeciwstawić się Izraelowi, to nie chcą oni wojny. Na pewno mają krytyczny stosunek do tego, żeby stawać się ofiarami zewnętrznego konfliktu.

To też przebija się w wypowiedziach przedstawicieli rządu, którzy podkreślają dosyć mocno swoją wolę współpracy, aby doprowadzić do deeskalacji. Woleliby doprowadzić do rozejmu niż do wkroczenia wojska Izraela na terytorium Libanu.

W ostatnich tygodniach Izrael zabił lidera Hezbollachu - Hasana Nasrallaha - i 14 innych wysoko postawionych dowódców. Po co zatem jeszcze ta inwazja?

- Argumentacja jest taka, że Hezbollah cały czas utrzymywałby swoje ataki. Jeżeli przyjrzymy się wypowiedziom członkom Hezbollahu, to oni deklarowali w nich kontynuację swoich działań przeciwko Izraelowi. Cały czas starają się wiązać mocno swoje działania z tym, co dzieje się w Strefie Gazy i podkreślać, że rozejm powinien być połączony na obu tych frontach.

Izrael oczywiście utrzymuje, że jego celem i główną motywacją jest odsunięcie Hezbollahu od granicy, aby nie był w stanie atakować północnego terytorium Izraela. Netanjahu chce również, aby mieszkańcy tego rejonu kraju mogli wrócić do domów. Oczywiście celem jest też osłabienie struktur Hezbollahu na tyle, ile to jest w ogóle możliwe i w taki sposób, żeby to przeniosło długofalowe efekty. Oprócz tego Izrael chce pokazać skuteczność swojego wywiadu i izraelskiej siły w regionie, aby odstraszyć pozostałych członków tzw. osi oporu, czyli sojuszu pod przywództwem Iranu.

Redakcja poleca

Wszystko to jest dosyć mocno związane ze zbliżającymi się wyborami w Stanach Zjednoczonych. Za kilka miesięcy dojdzie do zmiany prezydenta, co w dużej mierze daje premierowi Netanjahu wolną rękę. Słyszeliśmy przecież wypowiedzi członków amerykańskiej administracji, że nie będą w stanie, do czasu zmiany władzy, wynegocjować żadnego rozejmu, przynajmniej w Strefie Gazy. Izrael czuje, że w zasadzie nie ma tutaj żadnej presji ze strony Stanów Zjednoczonych i dlatego przekracza pewne granice.

Do tego dochodzą cele polityczne samego Benjamina Netanjahu, który chce sprawić, że na jakiś czas społeczeństwo izraelskie zapomni o tym, że w Gazie dalej są zakładnicy, którzy wciąż nie wrócili do domów.

To oznacza, że ta inwazja może trwać długo?

- To jest oczywiście wielka zagadka. Jak Izrael wkraczał do Strefy Gazy, to początkowo kazał mieszkańcom wycofywać się na południe, bo tam będzie bezpiecznie. I tak stopniowo musieli coraz bardziej wycofywać się, aż w końcu Izrael w zasadzie objął swoją inwazją całą Strefę Gazy.

Pozostaje dla mnie pytaniem, co oznacza, kiedy Izrael mówi, że jakaś operacja będzie ograniczona zarówno pod kątem geograficznym, jak i skali. To się często dynamicznie zmienia. Podczas konferencji prasowej rzecznika Departamentu Stanów Zjednoczonych dziennikarz zadał pytanie, czy USA założyły jakąkolwiek czerwoną linię, co do działań Izraela w Libanie. Padła bardzo niejednoznaczna odpowiedź z ust Matthew Millera, która wskazywała na to, że raczej nie ma takiej czerwonej linii.

Czy jest ryzyko, że w Libanie będziemy świadkiem podobnego kryzysu humanitarnego, jaki ma miejsce w Strefie Gazy?

- Ryzyko jest wysokie, bo Liban jest w ogromnym kryzysie finansowym od 2019 roku. Od tego czasu liczba ludzi żyjących poniżej granicy ubóstwa ogromnie wzrosła. Inflacja przekroczyła 200 proc. Liban jest też w paraliżu politycznym, bez prezydenta. Od około dwóch lat rząd jest tymczasowy, co ma także konsekwencje czysto legislacyjne.

Dodatkowo od początku wojny domowej w Syrii, w Libanie mieszka ponad milion uchodźców. Żyją oni w tymczasowych i nieoficjalnych obozach z bardzo ograniczonym dostępem do podstawowych zasobów jak woda, czy do usług sanitarnych. Wcześniej funkcjonowanie tego kraju wymagało sporego zaangażowania organizacji humanitarnych czy organizacji pomocy rozwojowej. W najbliższym czasie to może się jeszcze bardziej uwypuklić. Już się mówi o tym, że około miliona osób zostało przesiedlonych, a około 30 tysięcy podobno przekroczyło granicę do Syrii, co jest trochę paradoksalne, biorąc pod uwagę to, jak wygląda sytuacja w Syrii. Najwyraźniej na tyle wzbudziło w nich przerażenie to, co się może wydarzyć w samym Libanie, że postanowili tam uciec.

Widzimy już teraz skalę zniszczeń na przedmieściach Bejrutu czy na południu Libanu. To jeszcze chyba nie jest to, co było w 2006 roku, kiedy Izrael atakował dużo obiektów infrastruktury cywilnej, jak lotniska, mosty, czy infrastrukturę dostarczającą wodę. Na ten moment to się nie dzieje i można przyznać, że Izrael stara się być relatywnie precyzyjny, atakując te miejsca, gdzie rzeczywiście funkcjonuje Hezbollah.

Może się to zmienić?

- Tak, biorąc pod uwagę to, jak wyglądała inwazja na Strefę Gazy. Można sobie wyobrazić, że i tutaj dojdzie w końcu do ataków na infrastrukturę cywilną. Pamiętam wypowiedź premiera Netanjahu sprzed kilku lat tuż po wybuchu w porcie w Bejrucie, kiedy powiedział, że niedaleko Hezbollah miał swój magazyn z uzbrojeniem, a oni mieli wszystkie informacje wywiadowcze na ten temat. Podobne wypowiedzi mogą pojawić się teraz jako uzasadnienie dla bombardowania infrastruktury cywilnej.

Sara Nowacka - analityczka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych ds. państw arabskich w programie Bliski Wschód i Afryka. W 2018 roku ukończyła studia na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, uzyskując tytuł magistra arabistyki. Jest starszym członkiem międzynarodowej organizacji Humanity in Action, która zajmuje się promocją wartości demokratycznych wśród młodych ludzi.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET