Mołdawia, Naddniestrze i widmo nowej wojny. „Wystarczy, że ktoś strzeli”
Przy granicy z Ukrainą jest więcej żołnierzy z obu stron. Niewiele się trzeba starać, żeby tam wybuchła wojna. Wystarczy, że ktoś strzeli – mówi o sytuacji w Naddniestrzu w podcaście „Współrzędne Świata” Roman Maksimow, autor kanału Roman FanPolszy.
Rosja może zaatakować Mołdawię – powtarzają od kilku tygodni eksperci i władze w Kiszyniowie. Prezydent Mołdawii Maria Sandu 13 lutego ujawniła opinii publicznej kremlowski plan przejęcia władzy w tym kraju. - Przewidywał on sabotaż i brutalne operacje przeszkolonych militarnie osób, przebranych za cywilów. Oprócz tego także ataki na budynki rządowe i wzięcie zakładników. A wszystko to połączone z wykorzystaniem protestów opozycji – mówiła.
Największe obawy budzi Naddniestrze. W separatystycznej i nieuznawanej przez społeczność międzynarodową republice pomiędzy Mołdawią i Ukrainą stacjonuje co najmniej 1500 rosyjskich żołnierzy. - Ostatni raz byłem w Naddniestrzu w grudniu. Miałem wrażenie, że młodzież po prostu ucieka. „Dobra, to nie nasza gra. Nigdy nie wiadomo, kiedy to wszystko wybuchnie” - mówi Maksimow, który urodził się w nieuznawanej republice.
Rosyjska zagrywka w Mołdawii
Według spisu sprzed 8 lat w Naddniestrzu mieszka ponad 475 tys. osób. Maksimow podkreśla, że te dane są już mocno nieaktualne. - Ludzie, którzy się urodzili w Naddniestrzu, nie mają poczucia tożsamości, jak mają Polacy. To powoduje, że dużo osób wyjeżdża, uczy się nowego języka i w ogóle nie pamięta o swoim pochodzeniu – komentuje Roman FanPolszy.
Gość podcastu „Współrzędne Świata” przypomina, że na początku lat 90. ubiegłego stulecia wybuchła wojna domowa. Między innymi z powodu różnic językowych między wschodnią (rosyjskojęzyczna) a zachodnią (mołdawsko- i rumuńskojęzyczną) Mołdawią. Konflikt zakończył się de facto oderwaniem się Naddniestrza od reszty Mołdawii i stacjonowaniem w separatystycznej republice rosyjskich wojsk, oficjalnie jako „sił pokojowych”.
- Ludzie w Naddniestrzu nie są świadomi, ale Mołdawianie nie mają problemu, z tym że ktoś mówi po rosyjsku. Konflikt na podstawie językowej jest już martwy. W międzyludzkich relacjach nie ma żadnego napięcia. Co 15 minut z Tiraspola jedzie bus do Kiszyniowa – opowiada Maksimow.
Obecny prezydent separatystycznego Naddniestrza, Wadim Krasnosielski, w ostatnich miesiącach nie ukrywał, że popiera aneksję swojego „państwa” przez Rosję. - On nie ma wyboru, jak mówić takie prorosyjskie rzeczy. Starsze osoby to popierają, bo ich zdaniem żyją w sferze ruskiego mira. Cały czas słyszą bajki, że przyjdzie po nich Mołdawia i każe im mówić po rumuńsku – ocenia.
Dużo mieszkańców separatystycznej republiki jest pod wpływem prorosyjskiej propagandy. -Ludzie mają dostęp do rosyjskiej telewizji, którą oglądają głównie starsi. Młodzi mają różne paszporty – rumuński, mołdawski, ukraiński, a czasem trzy naraz. Z babcią już nie mogę rozmawiać, ciągle ogląda telewizję i stara się mnie zaczepić: „Jak tam w Polsce? Nienawidzą nas? Mówiąc „nas”, ma na myśli Rosjan, bo ma rosyjski paszport – komentuje Roman FanPolszy.
Dodaje, że w Naddniestrzu tak naprawdę karty rozdaje Wiktor Guszan – były agent KGB, sojusznik Kremla i właściciel holdingu Sheriff. Należą do niego praktycznie wszystkie ważniejsze biznesy w Naddniestrzu – od sklepów spożywczych, po telefonię komórkową i główny klub piłkarski Sheriff Tiraspol.
- On nie lubi pokazywać się publiczne. Nie udziela wywiadów i można znaleźć w internecie tylko jedno jego zdjęcie. Buduje nowe nieruchomości i remontuje drogi. Dba o Naddniestrze. Wydaje mi się, że on się obawia. Teraz Naddniestrze znajduje się pomiędzy proeuropejską Mołdawią i antyrosyjską Ukrainą. On stara się neutralizować potencjalny konflikt. Nawet większości ulic zniknęły rosyjskie flagi (w separatystycznej republice mają status równy miejscowej fladze z sierpem i młotem – red.).
Prowokacje w Naddniestrzu
Największe napięcie w ostatnich latach w Naddniestrzu miało miejsce w kwietniu ubiegłego roku. Doszło wówczas do różnego rodzaju incydentów jak ostrzelanie siedziby miejscowego resortu bezpieczeństwa publicznego i zawalenie masztów telewizyjnych. Nikt nie został ranny, a Mołdawia i Ukraina o prowokacje oskarżyła stronę rosyjską.
Maksimow komentuje: - Prowokacje z ubiegłego roku były oznaką, żeby władze Naddniestrza się nie wychylały i nie próbowały nagle zmienić swojego kierunku. Jestem pewien, że żaden Ukrainiec nie przyjechałby do centrum Tiraspola i strzelał z granatnika. Kontrola graniczna w Naddniestrzu jakaś jest i nie ma opcji, żeby na coś takiego pozwolili. Przy granicy z Ukrainą jest więcej żołnierzy z obu stron. Niewiele się trzeba starać, żeby tam wybuchła wojna. Wystarczy, że ktoś strzeli.
W jego ocenie większość młodych w Mołdawii i Naddniestrzu stara się zdystansować od tych wszystkich problemów. - Nie wiem, czy to dobre podejście. Kiedy przyjechałem do Polski, odkryłem, że dużo młodych rozmawia o polityce. A w Naddniestrzu wszyscy unikają takich tematów – wyjaśnia.
Dodaje, że młodzi w Naddniestrzu mają problem ze znalezieniem pracy i perspektywy. - Na starcie nie widzą motywacji, żeby iść na studia, ponieważ korupcja jest tam na dużym poziomie. Jakiś wybór jest, ale zdobyty dyplom trzeba potem legalizować w Mołdawii. Nikt nie uznaje dyplomów z Naddniestrza – podkreśla.
Sytuacja w Naddniestrzu zależy od punktu widzenia. - Ostatnio wyremontowano dużo dróg. Poza tym jego mieszkańcy dostają prąd i gaz od Rosji praktycznie za darmo. W ten sposób miejscowi oligarchowie będą trzymać się swoich pozycji, robić pieniądze z Rosjanami i zagrywki, o których nawet nie wiemy. Każdemu jest to na rękę, poza zwykłymi ludźmi, którzy nie są świadomi, że można żyć inaczej – podsumowuje Maksimow.
RadioZET.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET