`

Czy trzeba bać się zwolnień grupowych? Nadchodzi większe niebezpieczeństwo

3 min. czytania
17.05.2024 16:04
Obserwuj nas na Google

Gdzie się nie spojrzy, tam wyskakuje wiadomość o kolejnych zwolnieniach grupowych. Co się dzieje? Czy należy zacząć martwić się o swoją pracę? Dlaczego przedsiębiorstwa zwalniają, jak długo będą to robić i na jakie zmiany na rynku pracy trzeba się przygotować? Odpowiedzi na te pytania ma dla nas Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP.

Kamil Sobolewski i Michał Tomaszkiewicz
fot. RadioZET.pl

Zwolnienia grupowe. Plaga czy dzień jak co dzień?

Informacje o zgłaszanych przez kolejne przedsiębiorstwa planach przeprowadzenia zwolnień grupowych pojawiały się w mediach niemal codziennie. W złej kondycji finansowej znalazły się nawet spółki Skarbu Państwa: Poczta Polska ogłosiła, że jest „w stanie śmieci klinicznej” i chce zredukować zatrudnienie o 5000 etatów, PKP Cargo może zwolnić 30 procent pracowników z obowiązku świadczenia pracy.

Nic więc dziwnego, że Polacy zaczęli bacznie śledzić takie doniesienia, obawiając się o swoje stanowiska pracy. Czy rzeczywiście sytuacja w naszym kraju się pogorszyła i mamy do czynienia z falą zwolnień? W podcaście „Biznes. Między wierszami” odpowiedział na to pytanie Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP.

Oglądaj

- Według oficjalnych danych w pierwszym kwartale tego roku przedsiębiorstwa zgłosiły plany zwolnień grupowych dotyczących 8000 pracowników. Brzmi strasznie, bo wyobrażamy sobie 8000 tragedii osób, które przez lata pracowały w miejscach, które właśnie znikają. Ale jesteśmy krajem prawie 40 milionów ludzi i warto to odnieść do statystyki historycznych. Przygotowałem wykres jak te zgłoszenia zleceń zwolnień grupowych wyglądały w historii. Na przykład w zeszłym roku było 31 000 zgłoszeń zwolnień grupowych, ale firmy zrealizowały 17 000 tych zwolnień, a zatem nie każdy zgłoszony zwolnienie grupowe faktycznie się materializuje – stwierdził Kamil Sobolewski. I dodał, że jeśli chodzi o liczbę zgłoszonych zwolnień grupowych, to tak naprawdę nic się nie zmieniło w porównaniu do ostatnich lat.

- Nawet jeżeli popatrzymy na długoterminowe średnie, z wyłączeniem roku bardzo specyficznego roku pandemicznego 2023, kiedy tych zwolnień grupowych zgłoszonych było 73 000, i takiego roku w którym wystąpił efekt jojo, czyli roku 2022, gdzie było 21 000, to w zasadzie przez ponad dekadę ilość osób zwalnianych grupowo w trakcie jednego roku waha się między 25 000 a 40 000 osób rocznie. Taka długoterminowa średnia to jest mniej więcej 32 000 rocznie. Skoro więc w jednym kwartale zwolniono 8000 ludzi, to znaczy że z grubsza jedziemy według założonej trajektorii: jest to poziom bardzo zbliżony do długoterminowych średnich i do poziomu z zeszłego roku – wyjaśnił ekonomista Pracodawców RP.

Redakcja poleca

Kamil Sobolewski dodał, że widać to także po danych dotyczących bezrobocia, które utrzymuje się na historycznie niskim poziomie mimo przyjęcia przez rynek ponad miliona pracowników z zagranicy. I wyjaśnił, że jeżeli widać jakiś problem związany z poziomem zatrudniania, to wywołany demografią i starzeniem się społeczeństwa gigantyczny spadek liczby osób w wieku produkcyjnym.

- Już dzisiaj z polskiego rynku pracy ubywa ponad 100 000 ludzi rocznie. To jest różnica między wielkością pokolenia, które odchodzi na emeryturę, a wielkością pokolenia ,które wchodzi w dorosłość. Ubytek 100 000 ludzi rocznie już przekroczyliśmy, będziemy na tym poziomie trwale do 2030 roku. Natomiast po 2030 roku zrobi nam się średnio rocznie przez następne 20 lat 250 000 ludzi rocznie. To jest tak, jakby każdego dnia roboczego ktoś zwalniał tysiąc ludzi. I to nie będzie miało żadnego wpływu na a bezrobocie, bo my nie będziemy mieli wyjścia, będziemy musieli zlikwidować te miejsca pracy, bo nie będziemy kim ich obsadzić – przekazał złą wiadomość ekonomista.

Źródło: Radio ZET

Zobacz także

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET