mObywatel szpieguje Polaków jak Pegasus? Aplikacja zbiera informacje, resort ujawnia powody
Aplikacja mObywatel, z której korzysta już 9 milionów Polaków, wywołała lawinę komentarzy po sugestii, że może pełnić funkcję narzędzia inwigilacji. Wszystko zaczęło się od jednego wpisu w mediach społecznościowych, który szybko rozgrzał dyskusję o prywatności i bezpieczeństwie danych. Ministerstwo Cyfryzacji postanowiło nie pozostawiać zarzutów bez odpowiedzi.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Co dokładnie zarzuca aplikacji mObywatel znany prawnik i publicysta.
- Jakie dane i funkcje rzeczywiście obsługuje aplikacja.
- Jak Ministerstwo Cyfryzacji tłumaczy kontrowersyjne uprawnienia.
mObywatel szpieguje Polaków? Burza zaczęła się od jednego wpisu
Iskrą zapalną był wpis prawnika Dawida Adamczyka w serwisie X (dawniej Twitter). Publicysta ostro skrytykował aplikację mObywatel, nazywając ją "szpiegowską" i porównując do konia trojańskiego klasy Pegasus. Zwrócił uwagę na szeroki zakres uprawnień, jakich aplikacja wymaga — od dostępu do lokalizacji, aparatu i mikrofonu, po możliwość nagrywania ekranu i korzystania z biometrii.
Adamczyk szczególnie alarmował, że aplikacja łączy te techniczne uprawnienia z dostępem do wrażliwych danych — jak numer PESEL, dane medyczne, adres zamieszkania czy cyfrowy dowód osobisty. W jego ocenie mObywatel teoretycznie może przechwytywać dane logowania do banku, e-maila czy inne prywatne informacje.
Ministerstwo odpowiada: to nie szpiegostwo
Już następnego dnia Ministerstwo Cyfryzacji wydało szczegółowe oświadczenie. Resort stanowczo zaprzecza, jakoby aplikacja służyła do jakiejkolwiek formy inwigilacji. Jak wyjaśniono, dostęp do funkcji takich jak kamera czy lokalizacja jest potrzebny do prawidłowego działania niektórych usług — np. skanowania kodów QR, umawiania wizyt w urzędach czy pobierania potwierdzeń tożsamości.
Ministerstwo zaznacza, że wszystkie uprawnienia wymagają zgody użytkownika i mogą być w każdej chwili cofnięte w ustawieniach telefonu. Aplikacja nie działa w tle bez wiedzy użytkownika — system operacyjny (Android, iOS) informuje np. za pomocą kolorowych ikon, gdy aktywne są kamera czy mikrofon.
Resort przypomina też, że mObywatel przeszedł pełny proces certyfikacji w Google Play i App Store. Aplikacje, które naruszają zasady prywatności lub omijają zabezpieczenia, nie są dopuszczane do oficjalnych sklepów. Co więcej, w przypadku wykrycia naruszeń mogą zostać usunięte z platformy i pociągnięte do odpowiedzialności prawnej.
Użytkownik decyduje
Zgodnie z wyjaśnieniami ministerstwa użytkownicy mObywatela mają pełną kontrolę nad tym, jakie dane i funkcje udostępniają. Mogą przyznać dostęp jednorazowo, tylko na czas korzystania z aplikacji lub całkowicie go odmówić. Dotyczy to m.in. lokalizacji, aparatu, mikrofonu czy zapisu plików. Zdaniem resortu oskarżenia o szpiegostwo są nieuzasadnione i wynikają z niezrozumienia, w jaki sposób działają nowoczesne aplikacje zintegrowane z usługami publicznymi.
Debata wokół mObywatela pokazuje, jak silne emocje budzi kwestia prywatności w dobie cyfryzacji usług publicznych. Chociaż aplikacja rzeczywiście posiada szeroki zakres uprawnień, Ministerstwo Cyfryzacji zapewnia, że wszystkie są niezbędne do działania, transparentne i w pełni kontrolowane przez użytkownika. Warto jednak, by rząd kontynuował działania informacyjne i edukacyjne — bo w cyfrowym świecie zaufanie buduje się komunikacją, nie tylko deklaracjami.
Źródło: Radio ZET/Telepolis
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET