Pięć powodów klęski Czarnka. Oto dlaczego operacja PiS nie mogła się udać

7 min. czytania
24.08.2026 06:02
Obserwuj nas na Google

Nominacja Przemysława Czarnka okazała się operacją całkowicie nieudaną. Radykalny frontman PiS nie zdołał odbić prawicowych wyborców Konfederacji i Brauna, a ofensywna gra jego „maślarzy” przyczyniła się do największego w historii rozłamu w PiS. Blisko pół roku po ogłoszeniu kandydata na premiera partia Jarosława Kaczyńskiego ma poważny problem.

Pięć powodów klęski Czarnka. Oto dlaczego operacja PiS nie mogła się udać
fot. Mateusz Kotowicz/REPORTER

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego PiS zdecydowało się na Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera.
  • Jak nominacja Czarnka wpłynęła na wewnętrzne podziały w PiS.
  • Co spowodowało brak spodziewanego „efektu Czarnka” w kampanii.
  • Które czynniki stoją za spadkiem poparcia dla PiS po nominacji Czarnka.

Wskazanie kandydata na premiera półtora roku przed wyborami parlamentarnymi miało nadać kampanii PiS zupełnie nową dynamikę i odświeżyć wciąż nadszarpnięty, po wyboistych latach rządów, wizerunek. Na giełdzie pojawiały się nazwiska polityków doświadczonych, ale także mniej znanych, nieskażonych jeszcze krajową polityczną konfrontacją. Wymieniano chociażby Zbigniewa Boguckiego, Tobiasza Bocheńskiego i Patryka Jakiego. Największe zaskoczenie wiązało się jednak z typowanymi samorządowcami: Jakubem Banaszkiem i Lucjuszem Nadbereżnym. To oni do samego końca wskazywani byli jako faworyci Jarosława Kaczyńskiego i wewnątrzpartyjnych analiz. W grze pozostawali również bardziej znani politycy: Mateusz Morawiecki, Mariusz Błaszczak i Przemysław Czarnek.

Decyzję ogłoszono 7 marca. Ostatecznie, ku niemałemu zaskoczeniu, padło na Przemysława Czarnka – doświadczonego szefa lubelskich struktur PiS, obecnego posła oraz byłego ministra edukacji i nauki. Polityka wyrazistego i radykalnego, kojarzonego z najbardziej prawicowym i ofensywnym skrzydłem ugrupowania. Tym samym kierownictwo PiS nie powtórzyło udanego wariantu z wyborów prezydenckich i nie zdecydowało się postawić na mało znaną, nieco młodszą twarz. Do gry wyznaczono zawodnika wagi ciężkiej – nieugiętego fightera, wywołującego jednocześnie skrajne emocje.

Teoretycznie motywacja PiS była zrozumiała. Celem partii nie była już walka o elektorat centrum, lecz konfrontacja z wyjątkowo silną prawicową konkurencją, czyli Konfederacją i Koroną Grzegorza Brauna, a w dalszej perspektywie – odzyskanie pozycji hegemona po prawej stronie sceny politycznej. Od wyborów prezydenckich w 2025 roku obie formacje urosły tak bardzo, że w niektórych sondażach ich łączny wynik był porównywalny z poparciem dla PiS. Dla Nowogrodzkiej była to sytuacja bez precedensu i śmiertelnie niebezpieczna. Uznano więc, że do walki o głosy na prawicy najlepiej nadaje się czołowy partyjny radykał.

Redakcja poleca

„Efekt Czarnka” odwrotny od spodziewanego

Istotny jest tutaj również kontekst. Po wygranych przez Karola Nawrockiego wyborach prezydenckich PiS nie otrzymało żadnej premii w postaci wzrostu notowań. Choć sondażowa popularność Nawrockiego rosła, nie przekładało się to na sytuację partii Jarosława Kaczyńskiego, która traciła względem Koalicji Obywatelskiej. W dodatku po prawej stronie sceny politycznej robiło się coraz ciaśniej. Nominacja Czarnka miała w założeniu odwrócić te proporcje, czyli odbić część wyborców Konfederacji i Brauna. Proces ten określono mianem „efektu Czarnka”.

Kandydat PiS na premiera zaczął z wysokiego C. Już na początku swojej kampanii zabłysnął wypowiedzią, która na trwałe zapisała się w politycznych słownikach. „OZE-sroze” – jak określił Czarnek inwestycje w odnawialne źródła energii – szybko odbiło mu się czkawką. Okazało się bowiem, że polityk PiS sam zainstalował na dachu swojego domu znienawidzoną fotowoltaikę. W kuriozalnych tłumaczeniach zapewniał później, że „zdemontuje to świństwo”, gdy tylko inwestycja mu się zwróci.

Kolejne miesiące kampanii utrzymane były w podobnej tonacji. Polityk zapowiedział m.in. wyjście Polski z systemu ETS, a gdy okazało się, że z prawnego punktu widzenia nie jest to możliwe, stwierdził, że Polska może po prostu nie stosować tych przepisów bez ponoszenia konsekwencji. Kandydat PiS na premiera zapowiedział także likwidację finansowania in vitro z budżetu państwa. Jako alternatywę zaproponował program „mody na dzieci”.

Konfederacja i Braun mocniejsi od PiS?

Najmocniejsze słowa padały jednak pod adresem Ukrainy i Wołodymyra Zełenskiego. Czarnek mówił m.in., że Zełenski nadal jest prezydentem dzięki pomocy Polski. Postulował, aby Unia Europejska wstrzymała finansowanie zbrojeń i odbudowy Ukrainy, a także sprzeciwiał się przystąpieniu tego kraju do Wspólnoty. W innym wystąpieniu stwierdził, że na Ukrainie odradza się ideologia nazistowska. Krytycy przypomnieli mu, że podobnej retoryki w 2022 roku używał Władimir Putin, uzasadniając rozpoczęcie pełnoskalowej inwazji na Ukrainę.

Ta narracja nie zrodziła się jednak spontanicznie. Nastroje antyukraińskie od dłuższego czasu przybierają w Polsce na sile, a polityczny kapitał próbują na tym budować partia Grzegorza Brauna oraz Konfederacja Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena. Politycy tych ugrupowań, nierzadko wykorzystując dezinformację i fake newsy, praktycznie od początku wojny starają się zagospodarować rosnący elektorat niechętny Ukrainie i podatny na antyzachodnią propagandę. PiS, które w okresie swoich rządów prowadziło zdecydowanie proukraińską politykę, pod wpływem zmieniających się nastrojów społecznych zostało zmuszone do zwrotu o 180 stopni. Tymczasem, jak pisaliśmy niedawno na RadioZET.pl, w 2022 roku Andrzej Duda deklarował, że „nie spocznie”, dopóki Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej, a Jarosław Kaczyński proponował wysłanie na Ukrainę międzynarodowej misji wojskowej.

Żaden z zabiegów Przemysława Czarnka nie przyniósł jednak oczekiwanego „efektu”. Po blisko pół roku jego dynamicznej kampanii PiS notuje alarmująco niskie poparcie. Z sondażu OGB z początku sierpnia wynika, że na partię Jarosława Kaczyńskiego chce zagłosować 22,34 proc. badanych. Trzecia w zestawieniu Konfederacja ma 15,82 proc. poparcia. Na czwartym miejscu znalazła się z kolei Korona Grzegorza Brauna, na którą chce zagłosować 10,51 proc. ankietowanych. Oznacza to, że dwa mniejsze prawicowe ugrupowania mają już łącznie wyższe poparcie niż PiS.

Operacja „Czarnek” przyniosła dołujące notowania

Niskie sondaże to niejedyny „efekt Czarnka”. W lipcu doszło do bezprecedensowego rozłamu w PiS, będącego również konsekwencją postawienia właśnie na posła z Lublina. Po tygodniach wewnątrzpartyjnych przepychanek i publicznego prania brudów były premier Mateusz Morawiecki wyprowadził z klubu PiS 40 posłów, którzy utworzyli klub Rozwój Plus – trzeci co do wielkości w Sejmie. Tym samym PiS przestało być najliczniejszym ugrupowaniem na Wiejskiej. We wspomnianym sondażu OGB opcja Morawieckiego może liczyć na 5,49 proc. poparcia.

Choć w PiS przekonują, że „efekt Czarnka” może jeszcze zadziałać niczym bomba z opóźnionym zapłonem, po blisko pół roku bardziej przypomina on granat, który eksplodował we własnym okopie.

Z perspektywy kilku miesięcy widać wyraźnie, że nominacja Przemysława Czarnka okazała się operacją całkowicie nieudaną. Radykalny frontman PiS nie zdołał odbić prawicowych wyborców Konfederacji i Brauna, a ofensywna gra jego „maślarzy” przyczyniła się do największego w historii rozłamu w PiS. Co więcej, niezależnie od politycznego przesilenia na prawicy, Czarnek ma dziś niewielkie szanse na objęcie stanowiska premiera. PiS musiałoby bowiem wygrać wybory i rządzić samodzielnie, a obecnie nic na to nie wskazuje. Mało prawdopodobne jest również, aby zielone światło Czarnkowi dali potencjalni koalicjanci, czyli Mentzen, Bosak i Braun.

Od pewnego czasu w sejmowych kuluarach słychać szepty o konieczności zmiany kandydata na premiera. PiS stanowczo dementuje te doniesienia. Wydaje się jednak, że niezależnie od samego kandydata moment jego nominacji – półtora roku przed wyborami – można uznać za klasyczny falstart i wyświadczenie przysługi politycznym konkurentom.

Pięć powodów, dla których to nie mogło się udać

Na koniec kilka powodów, dla których „operacja Czarnek” nie mogła się udać i dlaczego spodziewany „efekt” przybrał zgoła odwrotny kształt. Naiwne jest bowiem założenie, że elektoraty PiS, Konfederacji i Brauna to tożsame prawicowe grupy, które łączy tak wiele, że przepływy między nimi są jedynie kwestią odpowiednio napisanej politycznej narracji.

Po pierwsze – Przemysław Czarnek jest twarzą PiS, ugrupowania, które rządziło w latach 2015–2023 i ma na swoim koncie decyzje nie do zaakceptowania dla dużej części wyborców Konfederacji i Brauna. Ugrupowania te w ostatnich latach budowały swoją popularność m.in. na sprzeciwie wobec obostrzeń covidowych i polityki prowadzonej w okresie pandemii koronawirusa. Konsekwentnie sprzeciwiały się również integracji Ukrainy z Unią Europejską i przyznawaniu dodatkowych przywilejów Ukraińcom mieszkającym w Polsce. Restrykcje covidowe, a następnie wyraźnie proukraiński kurs były natomiast wizytówkami drugiej kadencji PiS i rządu Mateusza Morawieckiego. Przemysław Czarnek był w tym rządzie szefem resortu edukacji i nauki.

Po drugie – skażenie władzą. Dla wielu prawicowych wyborców Konfederacja i Korona Grzegorza Brauna to przede wszystkim ugrupowania antysystemowe, pozostające w konflikcie ze znienawidzonym politycznym mainstreamem. W przeciwieństwie do PiS, które trzykrotnie sprawowało w Polsce władzę, Konfederacja i Braun mogą w oczach tych wyborców uchodzić za formacje bardziej wiarygodne właśnie dlatego, że pozostają poza tzw. głównym nurtem.

Po trzecie – świadomość wyrachowania i teatralności działań PiS. Wyborcy rozumieją, że nominacja prawicowego radykała nie wynika z nagłej politycznej przemiany, lecz jest krokiem obliczonym przede wszystkim na konfrontację wewnątrz samej prawicy. W tym sensie Czarnek nie jest przez wyborców Konfederacji i Brauna postrzegany jako pozytywnie nastrajające objawienie, lecz jako próba wrogiego przejęcia kapitału zgromadzonego po prawej stronie. I choć finalnie może okazać się dla nich optymalnym drugim lub trzecim wyborem, a nawet akceptowalnym koalicjantem, trudno oczekiwać, by już dzisiaj stał się wyborem numer jeden.

Co miał na myśli Jarosław Kaczyński?

Po czwarte – agresywny styl samego Czarnka, przybierający momentami karykaturalne pozy. Przaśny radykalizm, przeplatany rozmaitymi wpadkami i obliczony na odbicie prawicowych wyborców, nie tylko ich nie przyciąga, lecz może skutecznie odstraszać dotychczasowy, bardziej centroprawicowy elektorat PiS. Teraz próbuje to wykorzystać Mateusz Morawiecki.

Po piąte – słabsza komunikacja w nowych mediach. Liczby na platformach społecznościowych pokazują to dość jednoznacznie. Konfederacja od lat wiedzie prym pod względem zasięgów – zarówno na kanałach partyjnych, jak i indywidualnych profilach jej polityków. Choć w PiS również są osoby potrafiące generować zawrotne zasięgi w sieci, nie ma to większego przełożenia na kampanię Przemysława Czarnka i poparcie całego ugrupowania. Jego profil na Facebooku śledzi ponad 170 tys. użytkowników. Dla porównania stronę Krzysztofa Bosaka obserwuje 588 tys. internautów, Sławomira Mentzena – 902 tys., a Ewy Zajączkowskiej-Hernik – 913 tys. Patryka Jakiego z PiS obserwuje z kolei 898 tys. użytkowników, a Michała Wosia – 257 tys. Widać zatem, że na odcinku serwisów społecznościowych, a więc w walce o młodszych wyborców, kampania Czarnka wypada słabo.

Decyzja Jarosława Kaczyńskiego wciąż budzi spore niezrozumienie. Przykłady z ostatnich lat pokazują, że największe sukcesy PiS przynosiło stawianie na mniej znane twarze. W 2015 roku do podwójnego zwycięstwa przyczynili się Andrzej Duda i Beata Szydło. Później podobny wariant zadziałał w przypadku Mateusza Morawieckiego – finansisty i bankowca, który dopiero po 2015 roku wszedł do pierwszej ligi polityków PiS. W 2025 roku wybory wygrał Karol Nawrocki – jeszcze kilka miesięcy wcześniej szerzej nieznany szef IPN.

Przemysław Czarnek jak dotąd najbardziej zasłużył się swoim politycznym konkurentom – Konfederacji, Koronie Grzegorza Brauna i Mateuszowi Morawieckiemu. Prawdopodobnie sporo powodów do zadowolenia dał także premierowi Donaldowi Tuskowi. Choć w PiS przekonują, że „efekt Czarnka” może jeszcze zadziałać niczym bomba z opóźnionym zapłonem, po blisko pół roku bardziej przypomina on granat, który eksplodował we własnym okopie.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET