Nawrocki idzie śladem Komorowskiego. Koalicja szykuje swoje „weto”
Referendalna inicjatywa Karola Nawrockiego nie wywołała większego entuzjazmu na scenie politycznej. Choć pomysł pozytywnie oceniają politycy PiS i część Konfederacji, wszystko wskazuje na to, że szanse na przeprowadzenie ogólnokrajowego głosowania są minimalne. Zapytaliśmy przedstawicieli różnych ugrupowań nie tylko o sam projekt prezydenta, ale też o to, czy referenda mają dziś w Polsce jeszcze realny sens i w jakich sprawach politycy powinni oddawać decyzję bezpośrednio obywatelom.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego propozycja referendum Nawrockiego nie zostanie zrealizowana.
- Jakie były reakcje polityków na propozycję referendum klimatycznego.
- Co krytycy zarzucają pytaniu referendalnemu prezydenta Nawrockiego.
- Dlaczego referenda w Polsce często kończą się klęską.
Prezydent Karol Nawrocki zaskoczył propozycją organizacji ogólnokrajowego referendum w sprawie polityki klimatycznej. Zgodnie z wolą głowy państwa miałoby się ono odbyć 27 września. Wszystko wskazuje jednak na to, że tak się nie stanie, bo najpierw potrzebna jest zgoda Senatu, a tam większość ma rządząca koalicja 15 października, która pomysł Nawrockiego ocenia jednoznacznie negatywnie. Trudno uwierzyć w to, że prezydenccy prawnicy nie byli świadomi wyjątkowo wyboistej drogi, jaka czeka ten wniosek, dlatego nie dziwią głosy, że ruch Karola Nawrockiego był obliczony przede wszystkim na odwrócenie uwagi od tematów budzących polityczne kontrowersje.
– Temat zupełnie nietrafiony, szczególnie że efekty zmieniającego się klimatu widzimy na co dzień – mówi nam Klaudia Jachira, posłanka klubu KO i partii Zieloni. – Chociażby niedawne pożary lasów. Susza to nie są nasze wyobrażenia, a zmiana klimatu to fakt. Przykre, że prezydent próbuje po tej katastrofie wizerunkowej w związku z Zondacrypto i kryptoaktywami czymś to przykryć i akurat pada na tak ważną kwestię, jaką są wyzwania klimatyczne – ocenia.
Prezydent krytykowany jest także za samą treść zaproponowanego pytania referendalnego, które brzmi: „Czy jest pan/pani za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?”. – Ostatni równie udany pomysł na referendum pamiętam z 1987 roku. Pytano wtedy: „Czy jesteś za pełną realizacją przedstawionego Sejmowi programu radykalnego uzdrowienia gospodarki, zmierzającego do wyraźnego poprawienia warunków życia, wiedząc, że wymaga to przejścia przez trudny dwu-, trzyletni okres szybkich zmian?”. Karol Nawrocki wpisał się w ówczesną Radę Państwa PRL, bo ona to rozpisywała – komentuje Michał Gramatyka, poseł Polski 2050.
Referendum Nawrockiego. „Działanie marketingowe”
– To referendum proponowane przez pana prezydenta Nawrockiego wydaje się reakcją na nastroje i odczucia unijnosceptyczne w temacie polityki klimatycznej UE – uważa z kolei poseł Bartłomiej Pejo z Konfederacji. – Pytanie jest niestety z tezą, co szkodzi pomysłowi. Generalnie poruszany temat jest słuszny, natomiast wydaje mi się, że to jest bardziej działanie marketingowe – dodaje.
Referenda ogólnokrajowe nie mają w Polsce pięknej i bogatej historii, a te przeprowadzane w ostatnich latach kończyły się spektakularnymi fiaskami. 18 lutego 1996 roku, gdy jeszcze formowała się polska demokracja, odbyło się referendum, w którym pytano Polaków o „powszechne uwłaszczenie” oraz „kierunki wykorzystania majątku państwowego”. W głosowaniu wzięło udział 32,44 proc. obywateli, co skutkowało tym, że było ono niewiążące. Kolejne referendum przeprowadzono już w 1997 roku i dotyczyło ono przyjęcia nowej konstytucji. Choć wzięło w nim udział 42,86 proc. obywateli, a więc ponownie mniej niż połowa, zostało ono uznane za wiążące, a przyjęta wówczas ustawa zasadnicza obowiązuje do dziś.
Sukcesem zakończyło się referendum z 2003 roku dotyczące przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. W dwudniowym głosowaniu wzięło udział 58,85 proc. Polaków, a za dołączeniem do wspólnoty opowiedziało się 77,45 proc. obywateli. Był to jednak ostatni udany epizod referendalny.
Katastrofalne referendum Komorowskiego
W 2015 roku na wniosek prezydenta Bronisława Komorowskiego odbyło się referendum, w którym pytano o JOW-y, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze do Sejmu, finansowanie partii politycznych z budżetu państwa oraz rozstrzyganie wątpliwości w prawie podatkowym na rzecz podatnika. Głosowanie w tych sprawach odbyło się 6 września i wzięło w nim udział zaledwie 7,85 proc. obywateli. Jak potwierdzają statystyki, była to najgorsza frekwencja we wszystkich ogólnokrajowych głosowaniach przeprowadzonych w Europie po 1945 roku. Referendum z 2015 roku okazało się jednak podwójną porażką. Pierwotnie miało ono przysporzyć dodatkowych głosów Bronisławowi Komorowskiemu, który walczył wtedy o prezydencką reelekcję. Ówczesny prezydent liczył na to, że propozycja referendum w sprawie JOW-ów i finansowania partii przekona przede wszystkim zwolenników antysystemowego Pawła Kukiza, który wokół tych tematów budował swoją polityczną tożsamość, a w wyborach prezydenckich zdobył ponad 20 proc. głosów. Ostatecznie nie tylko referendum zakończyło się klapą, ale i kampania Komorowskiego, który w drugiej turze przegrał z Andrzejem Dudą.
Politycy, z którymi rozmawiamy, zgodnie popierają ideę referendum, ale dostrzegają szereg trudności towarzyszących takim inicjatywom. To przede wszystkim frekwencja. Aby referendum było w Polsce wiążące, do urn musi pójść co najmniej 50 proc. uprawnionych. – Referendum to pytanie w sprawach zasadniczych. Polacy pokazali, że w sprawach niezasadniczych nie bardzo chce im się uczestniczyć w referendach – ocenia Anita Kucharska-Dziedzic, posłanka Nowej Lewicy.
Ostatnią próbę z referendum przeprowadziło w 2023 roku Prawo i Sprawiedliwość przy okazji wyborów parlamentarnych. Zadano wówczas Polakom cztery pytania dotyczące: wyprzedaży majątku narodowego, podniesienia wieku emerytalnego, muru na granicy z Białorusią oraz przyjęcia tysięcy nielegalnych imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu. Pytania wyraźnie wpisane były w kampanię wyborczą PiS, które ostrzegało, że powrót do władzy Donalda Tuska oznaczać będzie namnożenie się tych właśnie zagrożeń. Pozornie sprytna operacja PiS zakończyła się podwójną klęską. W referendum wzięło udział 40,91 proc. głosujących, co na tle odbywających się w tym samym czasie wyborów do Sejmu i Senatu prezentowało się blado. W wyborach zagłosowało bowiem 74,3 proc. Polaków. W dodatku rządzące PiS musiało pożegnać się z władzą.
O co zapytać Polaków w referendum?
Choć nasi rozmówcy przyznają, że referenda są potrzebne, to nie do końca mają pomysł na to, o jakie zagadnienia powinno się w nich pytać Polaków. Anita Kucharska-Dziedzic z Nowej Lewicy uważa, że ta forma demokracji bezpośredniej powinna być zarezerwowana dla kwestii najważniejszych. – Jeżeli mówimy o takich sprawach, to referendum konstytucyjne byłoby jak najbardziej na miejscu. Tyle tylko, że w tej chwili ani nie ma zgody sił politycznych, ani potrzeby, żeby konstytucję zmieniać – mówi.
Poseł Bartłomiej Pejo z Konfederacji uważa, że trzeba zastanowić się, czy w tym momencie obywatele w ogóle wierzą w instytucję referendum. - To zorganizowane w 2015 i to w 2023 roku można raczej nazwać pokazówką polityczną, która zniszczyła w oczach Polaków to narzędzie. Dotychczasowe doświadczenia pokazują nam, że frekwencja nie jest wystarczająca – komentuje.
Pomysł na referendum ma jednak Michał Gramatyka z Polski 2050. Sęk w tym, że od dawna przewija się on w debacie publicznej i jest ostro krytykowany z wielu stron. – W czasie kampanii wyborczej Szymona Hołowni proponowaliśmy referendum dotyczące ładu aborcyjnego w Polsce. Uznaliśmy, że to powinno zostać rozstrzygnięte w publicznym głosowaniu i mielibyśmy ten temat raz na zawsze z głowy. On jest chyba najistotniejszy do zebrania głosów całego społeczeństwa – przekonuje polityk.
– To kolejny sposób części strony politycznej na to, żeby problem rozwiązać nie tyle poprzez zmianę ustawodawstwa, ile zaognienie emocji społecznych i wywołanie konfliktu, aby wykorzystać go politycznie. Nie mam żadnych wątpliwości, że referendum aborcyjne poszłoby po myśli środowisk lewicowych, bo większość społeczeństwa jest już za tym, abyśmy mieli takie prawo jak reszta Europy. Jednak głosowanie w referendach w sprawach dotyczących praw człowieka nie mieści się w moim systemie wartości – odpowiada Kucharska-Dziedzic.
„Brexit zaczął się od referendum”
Według Klaudii Jachiry w ostatniej dekadzie, i to przez różne środowiska, idea referendum, które przez pierwsze 20 lat naszej transformacji ustrojowej było traktowane naprawdę poważnie i w którym pytano o fundamentalne sprawy, jak wejście do UE czy przyjęcie konstytucji, została sprowadzona do narzędzia uprawiania polityki. - Zdecydowanie jestem zwolenniczką myślenia o referendum jako o przełomowych, ustrojowych decyzjach. Nie bardzo widzę teraz przestrzeń, aby referendum było potrzebne – mówi posłanka. W jej ocenie warte rozważenia jest wprowadzenie takich przepisów, aby ewentualny Polexit nie był możliwy bez wcześniejszego referendum. - Ale rozumiem też sceptyków tego pomysłu. Minister Sikorski często przypomina, że Brexit zaczął się właśnie od tego, że Brytyjczycy wymyślili sobie referendum - przypomina.
Problem z własnym pomysłem na referendum ma także PiS. Jak pisaliśmy ostatnio na RadioZET.pl, partia Jarosława Kaczyńskiego już półtora roku temu zapowiedziała ogólnokrajowe referendum na temat nielegalnej migracji. Politycy PiS ogłosili ten pomysł w listopadzie 2024 roku. Przedstawiali go jako inicjatywę obywatelską, choć jej koordynatorem został wiceprezes i przewodniczący klubu PiS w Sejmie Mariusz Błaszczak. Gdy zapytaliśmy, kiedy można spodziewać się formalnego rozstrzygnięcia sprawy, okazało się, że zbiórka podpisów jeszcze trwa.
4xTak i kompromitacja PO
Opcję referendalną chce wykorzystać prof. Joanna Senyszyn, która po wyborach prezydenckich założyła własną partię o nazwie Nowa Fala. Barwna polityczka zapowiedziała zbiórkę podpisów pod projektem ustawy w sprawie utrudnienia wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Zgodnie z obecnymi przepisami do uchwalenia ustawy wyrażającej zgodę na wypowiedzenie traktatów unijnych potrzebna jest zwykła większość w Sejmie. – Chodzi o dokonanie zapisu, że Polskę można wyprowadzić z UE tylko w wyniku referendum. Uważamy, że obecnie zarówno PiS, jak i Konfederacja – jeżeli miałyby większość – zgodnie z prawem mogłyby zwykłą większością sejmową i z podpisem Nawrockiego doprowadzić do Polexitu. Trzeba więc temu przeciwdziałać, a przynajmniej uświadomić obywateli i obywatelki, że taka groźba istnieje – wyjaśnia.
Warto przypomnieć, że nieudaną przygodę z referendum miała w swojej historii także Platforma Obywatelska. W 2004 roku politycy tego ugrupowania zbierali podpisy w sprawie zmian w konstytucji. W referendum Polacy mieli odpowiedzieć na pytania, czy chcą likwidacji Senatu, zmniejszenia liczby posłów o połowę, jednomandatowych okręgów wyborczych do Sejmu i zniesienia immunitetu parlamentarnego. Akcja 4xTak przyniosła jednak nieoczekiwany finał. Platforma pochwaliła się, że udało jej się zebrać 700 tys. podpisów, ale ostatecznie do referendum nie doszło, bo politycy nie wykonali w tej sprawie żadnego kolejnego kroku. Jak po latach tłumaczył Andrzej Olechowski, inicjatywa była skierowana głównie „do aktywistów partyjnych, żeby się nie kisili w domach, tylko wyszli na miasto i coś robili”.
Jak wynika z sondażu United Surveys by IBRiS dla Wirtualnej Polski, gdyby referendum zaproponowane przez Karola Nawrockiego w sprawie polityki klimatycznej odbyło się teraz, do urn poszłoby 47 proc. badanych. W referendum nie wzięłoby zaś udziału 49,1 proc. respondentów, przy czym 30,5 proc. ankietowanych stwierdziło, że „zdecydowanie nie” poszłoby do urn, a 18,6 proc. – „raczej nie”. Decyzja o tym, czy Senat zgodzi się na przeprowadzenie referendum, zapadnie na najbliższym posiedzeniu, czyli w dniach 20–21 maja.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET