"Obawiam się, że Trump może to zrobić". Dr Szewko ostrzega. Czy grozi nam III wojna światowa?

8 min. czytania
20.06.2025 13:09
Obserwuj nas na Google

- Obawiam się, że Trump może zainicjować kilkudniową kampanię bombardowań irańskich ośrodków nuklearnych, po czym ogłosić zwycięstwo, niezależnie od efektów. A potem się wycofa - mówi w rozmowie z RadioZET.pl dr Wojciech Szewko z Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas. - Warto więc zadać pytanie, jak ewentualna wojna wpłynie na zdolności USA do zapewnienia bezpieczeństwa swoim sojusznikom, choćby tymczasowo. Czy Putin, widząc słabość Ameryki, nie pomyśli sobie, że Estonia to piękny kraj i bardzo dobrze by wyglądała jako Estońska "Republika Ludowa”? - zastanawia się ekspert.

Iran
fot. ATTA KENARE/AFP/East News
  • - Iran ma wszystko, by zbudować tzw. brudną bombę. Jej zrzucenie to kwestia decyzji politycznej - zauważa politolog dr Wojciech Szewko
  • Według eksperta Polska mogłaby zostać wciągnięta w konflikt na Bliskim Wschodzie tylko jeśli sama się zaangażuje, ale USA raczej nie poproszą o wsparcie
  • - Ale niektóre wypowiedzi naszych polityków są niepokojące - dodaje dr Szewko. - Minister Władysław Teofil Bartoszewski na antenie Radia ZET odmówił uznania państwa palestyńskiego, choć Polska oficjalnie uznaje je od 1988 roku. Czy to oznacza, że polski MSZ prowadzi niezależną od reszty państwa politykę zagraniczną? Premier panuje nad własnym rządem? [...] Zagrożeniem jest raczej warcholstwo polityczne, a nie polityka państwa jako takiego - mówi politolog

Karol Płatek: Wielu ludzi zastanawia się dziś nad jednym: obserwując rosnącą eskalację pomiędzy Iranem a Izraelem – czy grozi nam III wojna światowa?

Dr Wojciech Szewko: Nie. Żeby wybuchła wojna światowa, musiałyby się zaangażować wszystkie globalne mocarstwa – Chiny, Rosja, być może państwa z Ameryki Południowej czy Afryki. Tak jak to wyglądało w historii.

Dlaczego Izrael zdecydował się zaatakować właśnie teraz? Czy naprawdę chodziło o irański program nuklearny? To był atak prewencyjny?

Nie. Amerykański wywiad informował Kongres, że Iran potrzebuje przynajmniej trzech lat, by w ogóle zbliżyć się do możliwości zbudowania bomby atomowej. Izrael z kolei wiedział, że sam nie zniszczy podziemnych instalacji – szczególnie w Natanz i Fordo, ukrytych pod masywną górą. Tego nie da się zrobić bez pomocy USA, która dysponuje odpowiednią bronią, albo bez użycia broni jądrowej.

Netanjahu od dwóch dekad straszy irańską bombą. W sieci krążą archiwalne nagrania, na których robi to za prezydentury Obamy, Trumpa i Bidena. Wcześniej przekonywał też, że Saddam Husajn posiada broń atomową, a jego obalenie przyniesie pokój na Bliskim Wschodzie. Ten cytat i to nagranie powinny być codziennie pokazywane w telewizjach na całym świecie.

Dlaczego więc uderzył teraz, a nie wcześniej? Bo jego koalicja zaczęła się sypać. W przeszłości, gdy stawał pod ścianą, Netanjahu sięgał po rozwiązania militarne – czy to wobec Hamasu, Hezbollahu, czy Syrii. Teraz również wykorzystał tę strategię. Opozycja go nie krytykuje, bo kraj toczy wojnę i nie można liderowi wbijać noża w plecy. Jeśli koalicja się rozpadnie, Netanjahu grozi proces w związku z zarzutami korupcyjnymi i nadużyciami władzy.

Nie przegap

W Gazie bomby trafiały w szpitale i szkoły. Tymczasem dziś słyszymy o chirurgicznej precyzji – np. o rakietach, które uderzały w ściany budynków i zabijały irańskich dowódców. Skąd ta różnica?

Bo celem w Gazie nie było wyeliminowanie lidera Hamasu, tylko zniszczenie tkanki cywilnej i doprowadzenie do sytuacji, w której nie da się tam żyć. Jeden z dowódców Hamasu przeżył przynajmniej czternaście prób zabójstwa. Każde kolejne bombardowanie szpitala lub szkoły tłumaczono tym, że członkowie Hamasu mogli znajdować się w środku, obok budynku czy pod budynkiem.

Dziś w Rafah nie stoi ani jeden budynek, a Hamas nadal wystrzeliwuje rakiety. To pokazuje, że mimo zniszczeń Izraelowi nie udało się zlikwidować jego struktur. Izraelscy saperzy publikowali nagrania, na których wysadzają całe dzielnice – dom po domu. Tak jak Niemcy w Warszawie w 1944 roku. To planowa polityka. Podobnie jak głodzenie całej populacji. Dlatego Międzynarodowy Trybunał Karny rozpatruje wobec liderów Izraela zarzuty zbrodni wojennych i ludobójstwa.

Donald Trump obiecywał zakończenie wojny w Ukrainie w 24 godziny. Tymczasem jego prezydenturze towarzyszy eskalacja z Iranem. Czy USA zaangażują się militarnie po stronie Izraela?

Aktualnie są trzy opcje. Osobiście obawiam się, że tak. Trump może zainicjować kilkudniową kampanię bombardowań irańskich ośrodków nuklearnych, po czym ogłosić zwycięstwo – niezależnie od efektów. A potem się wycofa. To byłby już drugi taki przypadek. Wcześniej zaangażował USA w konflikt z Huti w Jemenie. Po trzech miesiącach bombardowań – nieskutecznych i kosztownych – Amerykanie się wycofali. Przypomnijmy: zestrzelono Reapery, prawie trafiono F-35, a jeden z lotniskowców musiał uciekać przed rakietami. Specjaliści przestrzegali, ze 10 lat bombardowań saudyjskich i emirackich nie rzuciło Huti na kolana. Trump wbrew nim uznał, że w 3 miesiące będzie po wszystkim. Nie było i nie jest.

Trump postawił Iranowi ultimatum – bezwarunkowa kapitulacja. Chamenei je odrzucił. Doradcy ostrzegają prezydenta USA przed konsekwencjami, ale może chcieć odzyskać inicjatywę i prestiż. Pytanie – za jaką cenę. Być może też zazdrości Netanjahu tego, że w tym konflikcie wychodzi na zwycięzcę. Dlatego zaczął mówić, że to "my" kontrolujemy sytuację, „my” mamy przewagę w powietrzu. Proszę zauważyć tę retorykę. Trump musi jednak mieć na uwadze to, że Iran to ogromny kraj z rozproszonymi, często podziemnymi instalacjami i infrastrukturą wojskową. Ich zniszczenie może wymagać interwencji lądowej, której ani Izrael ani Amerykanie się nie podejmą. Trump, forsując atak, łamie też filar republikańskiej tożsamości: nieangażowanie się w cudze wojny. W trakcie swojej kampanii zarzucał uwikłanie USA w „wieczne wojny” Bidenowi czy Obamie. Decyzja o zaangażowaniu się w ten konflikt może być kluczowa dla jego prezydentury.

A wątek ekonomiczny tego konfliktu? Przez Cieśninę Ormuz przepływa 20 proc. światowego handlu ropą. Czy w razie zaangażowania militarnego USA Iran mógłby ją zablokować?

Taki scenariusz jest możliwy w jednej sytuacji. Gdyby Arabia Saudyjska przyłączyła się do wojny przeciwko Iranowi. Na razie Saudyjczycy potępiają jednak atak Izraela.

Teoretycznie Iran mógłby również zaminować Cieśninę Ormuz, ale to mało prawdopodobne, chyba że wpłynie tam grupa amerykańskich lotniskowców i rozpocznie ataki z Zatoki. Bardziej realnym posunięciem Iranu w ramach ewentualnego odwetu na USA są uderzenia w bazy amerykańskie na Bliskim Wschodzie. Nie tylko przez sam Iran, ale także przez szyickie milicje w Iraku i Syrii.

Te bazy są trudne do obrony – żołnierze stłoczeni są na niewielkich przestrzeniach. Gdyby kilka dwutonowych głowic uderzyło w taką bazę, mogłoby dojść do masakry żołnierzy. To jest realna groźba dla obywateli USA, stad wycofywanie wojsk z części baz.

Redakcja poleca

Iran wzbogacił uran do 60 proc. Czy naprawdę zbliża się do budowy bomby atomowej?

Mogę powiedzieć to, co wiemy w tej kwestii na pewno. Tulsi Gabbard, szefowa wywiadu narodowego USA, przedstawiła raport przed Kongresem USA, z którego wynika, że Iran jest daleko od zbudowania bomby atomowej. Samo wzbogacenie uranu to jedno, ale stworzenie broni to osobny proces, który wymaga testów – Pakistan potrzebował na to dekady.

Według MAEA Iran ma wystarczającą ilość uranu, aby zbudować 10 bomb, ale nie wiadomo, czy ma całą resztę elementów. Kilka miesięcy temu pojawiła się informacja o odnotowanej przez inspektorów cząstce wzbogaconej aż do 90 proc.

Jest też aspekt religijny – ustna fatwa (opinia religijno-prawna) ajatollaha Chameneiego zakazuje budowy takiej broni. Irańczycy twierdzą, że ona nadal obowiązuje, choć jej treść ewoluowała.

Warto jednak zauważyć, że Iran ma wszystko, by zbudować tzw. brudną bombę. Jej zrzucenie to kwestia decyzji politycznej. Problem, o którym wie między innymi Trump, pojawiłby się wtedy, gdyby zabito wszystkich wysokich przedstawicieli aparatu państwa w Iranie i władzę przejąłby jakiś dziś jeszcze nieznany fanatyczny dowódca Gwardii Strażników Rewolucji. On mógłby podjąć decyzję o zrzuceniu takiej bomby np. na Tel Awiw i wtedy być może za dwa tysiące lat ktoś mógłby tam ponownie zamieszkać. Dlatego Trump sprzeciwiał się planom Izraela zabicia ajatollaha bo to wprowadziłoby element wielkiej niepewności do konfliktu na razie prostego w zarządzaniu. Ale to było wczoraj, jak wiemy Trump często zmienia zdanie.

Czy konflikt Izraela z Iranem może odciągnąć uwagę świata od Ukrainy?

Już odciąga. Każda gazeta ma tylko jedną stronę tytułową. Nie tak dawno pojawiła się informacja, że Trump wycofał z Ukrainy dużą partię broni przeciwdronowej i przekierował ją do Izraela. To realny skutek decyzji politycznej – w momencie, gdy Putin codziennie atakuje Ukrainę falami po kilkaset dronów.

Mówi się też, że Izrael ma zapasy rakiet przechwytujących na około siedem dni, a Amerykanie będą musieli oddać część własnych, coraz bardziej ograniczonych rezerw. Już podczas krótkiej operacji przeciwko Huti w Jemenie pojawiły się głosy z dowództwa Pacyfiku, że trzeba jak najszybciej zakończyć konflikt, bo kończy się amunicja. To właśnie wtedy padły słowa, że w razie wojny z Chinami USA nie będą w stanie zapewnić zaopatrzenia swojej armii i bronić Tajwanu.

Jeśli więc dojdzie do operacji przeciwko Iranowi, będzie to równie kosztowne. To dotyczy też Polski – przypomnijmy, że nasza tarcza antyrakietowa w Radzikowie, systemy Patriot i inne elementy obronne pochodzą od tych samych producentów. Nie wytwarzamy tego sami, a zapotrzebowanie globalne gwałtownie rośnie.

Warto więc zadać pytanie, jak ewentualna wojna wpłynie na zdolności USA do zapewnienia bezpieczeństwa swoim sojusznikom, choćby tymczasowo. Czy Putin, widząc słabość Ameryki, nie pomyśli sobie, że Estonia to piękny kraj i bardzo dobrze by wyglądała jako Estońska „Republika Ludowa”?

Czy Polska może zostać wciągnięta w konflikt na Bliskim Wschodzie – na przykład ze strony USA, które poprosi o pomoc członków NATO, tak jak podczas misji w Iraku?

Tylko jeśli sama się zaangażuje. USA raczej nie poproszą o wsparcie. Ale niektóre wypowiedzi naszych polityków – np. z MSZ – są niepokojące. Minister Władysław Teofil Bartoszewski na państwa antenie odmówił uznania państwa palestyńskiego, choć Polska oficjalnie uznaje je od 1988 roku. Czy to oznacza, że polski MSZ prowadzi niezależną od reszty państwa politykę zagraniczną? Premier panuje nad własnym rządem? Zresztą pamiętamy, jak na początku wojny na Ukrainie pojawiały się też szalone pomysły, by MiG-i startowały z polskich lotnisk i bombardowały Rosję. Amerykanie "pukali się w głowę" na ten pomysł. Była też jeszcze wcześniej jakaś firma, która miała pomysł wysłanie polskich policjantów czy pracowników ochrony do pacyfikowania Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu. Więc zagrożeniem jest raczej warcholstwo polityczne i bezkarność urzędników wynikająca ze słabości zarządzania rządem, a nie polityka państwa jako takiego.

A co z Unią Europejską? Czy Europa ma realny wpływ na sytuację na Bliskim Wschodzie? Na ten moment europejscy liderzy nawołują jedynie do deeskalacji konfliktu.

Sprawa jest bardziej skomplikowana, bo Europa – a konkretnie państwa G7, w tym kluczowe kraje UE, uznając izraelski atak na Iran za uprawnione działanie w samoobronie, de facto pozbawiła się możliwości dalszego potępiania Rosji. Jeśli uznaje się, że Izrael mógł uprzedzająco uderzyć, bo czuł się zagrożonyci jest to samoobrona, to jak powiedzieć, że Putin nie mógł czuć się zagrożony deklaracją, że Ukrainą wejdzie do NATO? On też powie, że atakował w samoobronie, jak Izrael. To tworzy poważną niespójność i dewaluację prestiżu w polityce międzynarodowej.

Europa traci wiarygodność, a soft power – przez lata budowana jako narzędzie wpływu – przestaje działać. Stanowiska europejskich liderów stają się pustymi formułkami. Oświadczenia o "zaniepokojeniu” , „potępieniu” są dziś rutynowo ignorowane. Zresztą jak może brzmieć wiarygodnie potępienie działania Izraela w Strefie Gazy, a jednocześnie sprzedawanie mu broni w tej Strefie używanej. Dlatego podczas aktualnych konfliktów coraz częściej to Arabia Saudyjska czy Turcja odgrywa rolę mediatora, gwaranta porozumień czy kraje te proszone są o oddziaływanie na strony konfliktu. Nikt na poważnie nie obsadzi dziś w takiej roli Macrona czy Merza.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET