Prawie 1,6 tys. świadków, 59 opinii biegłych i zarzut dla wiceszefa Kancelarii Prezydenta
Po trwającym od 12 lat śledztwie, przesłuchaniu 1596 świadków i wywołaniu 59 opinii biegłych Prokuratura Regionalna w Lublinie nie ma wątpliwości. I stawia poważny zarzut Adamowowi Andruszkiewiczowi, byłemu liderowi Młodzieży Wszechpolskiej, a dziś wiceszefowi Kancelarii Prezydenta. Może mu grozić nawet pięć lat więzienia
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jaki zarzut prokuratura postawiła Adamowi Andruszkiewiczowi.
- Jaka kara grozi politykowi w związku z zarzutami.
- Jakie będą dalsze działania prokuratury w tej sprawie.
Adam Andruszkiewicz, zastępca szefa Kancelarii Prezydenta został wezwany do Prokuratury Regionalnej w Lublinie w charakterze podejrzanego w środę (11 lutego) na godzinę 14. Stawił się ze swoim obrońcą. Śledczy postawili mu zarzuty w związku ze sprawą fałszowania podpisów pod listą Ruchu Narodowego w wyborach do sejmiku podlaskiego w 2014 roku. Andruszkiewiczowi nie zarzucono fałszowania podpisów, tylko kierowanie procederem podrabiania list wyborczych przez inne osoby. To przestępstwo zagrożone karą do pięciu lat więzienia.
Śledczy twierdzą, że mają mocne dowody na winę Andruszkiewicza. Polityk nie przyznał się do zarzutu. Natomiast złożył wyjaśnienia, których śledczy na tym etapie postępowania nie ujawniają. Po wyjściu z przesłuchania Adam Andruszkiewicz nie rozmawiał z dziennikarzami. Szybko opuścił budynek lubelskiej prokuratury. Od długiego czasu przekonuje jednak, że jest niewinny.
Śledczy przebadali prawie 1,8 tys. podpisów
Śledczy sprawę widzą zupełnie inaczej. W środę prokurator Beata Syk-Jankowska, rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Lublinie przez kilka minut tłumaczyła dziennikarzom skąd decyzja o postawianiu Andruszkiewiczowi zarzutu i dlaczego śledztwo trwało tak długo.
Postępowanie w sprawie fałszowania podpisów pod listami Ruchu Narodowego do sejmiku województwa podlaskiego w 2014 roku zainicjowano po zawiadomieniu Wojewódzkiej Komisji Wyborczej w Białymstoku z października 2014. Najpierw prowadziła je Prokuratura Rejonowa Białystok-Południe. W 2016 roku przeniesiono je do Prokuratury Okręgowej w Białymstoku. W lutym lutego 2019 roku decyzją ówczesnego zastępcy prokuratora generalnego Krzysztofa Sieraka, który był zaufanym człowiekiem Zbigniewa Ziobry, śledztwo przekazano do Prokuratury Regionalnej w Lublinie. Tu wyznaczono zespół śledczych z Prokuratury Okręgowej w Lublinie, a osobistym nadzorem postępowanie objął szef Prokuratur Regionalnej w Lublinie Jerzy Ziarkiewicz, kolejny zaufany Ziobry. Przez lata w sprawie nic się nie działo.
Sytuacja zmieniła się po odejściu PiS od władzy. W październiku 2024 roku zespół śledczych rozwiązano, a Prokuratura Regionalna w Lublinie na poważnie zajęła się sprawą. Efektem są zarzuty dla Adama Andruszkiewicza. - Od wszczęcia tego postępowania śledztwo miało wielu referentów. Badano łącznie 1761 podpisów, które podzielono na trzy kategorie - tłumaczyła Beata Syk-Jankowska.
W pierwszej kategorii było 255 podpisów, wobec których nie można było stwierdzić czy są prawdziwe, czy sfałszowane. W drugiej grupie jest 567 podpisów, które można było sprawdzić pod katem autentyczności, ale nie mogły być poddane badaniom porównawczym komparystycznym. W trzeciej kategoria jest 501 podpisów poddanych takim badaniom. Śledczy nie mówią jednak, ile z nich było sfałszowanych. Skąd więc zarzut? Wynika on m.in. z zeznań jednego z podejrzanych, który przez cały czas konsekwentnie obciążał Andruszkiewicza. Chodzi Pawła P., działacza Młodzieży Wszechpolskiej, który także ma zarzuty w sprawie. Według śledczych P. także podczas konfrontacji z Andruszkiewiczem potwierdzał swoje zeznania. - Jego wyjaśnienia znajdują potwierdzenie w pozostałym materiale dowodowym, a więc w zeznaniach świadków i opiniach z zakresu badania pisma ręcznego - dodała Syk-Jankowska.
Andruszkiewicz: "wyssana z palca bajeczka"
W sumie w całej sprawie przesłuchano 1596 świadków, część z nich miała potwierdzić, że ich podpisy są sfałszowane. Nie wszystkie można było jednak rozpoznać, bo część to np. nieczytelna parafki. W śledztwie zamówiono też 59 opinii biegłych z zakresu badania pisma ręcznego. Adamowi Andruszkiewiczowi mimo wywołania wielu opinii nie przedstawiono zarzutu podrabiania podpisów. Status podejrzanych w sprawie miało w sumie dziewięć osób.
Obecny wiceszef Kancelarii Prezydenta do sprawy odniósł się na platformie X. "Za mną wizyta w prokuraturze. 12 lat szczegółowego śledztwa, kilkanaście opinii grafologicznych i wbrew oszczerstwom medialnym - zarzutów o fałszowanie podpisów brak. Mówiłem!" - napisał Andruszkiewicz. I dodał, że zarzut kierowania podrabianiem jest "wyssaną z palca bajeczką" użytą jako "polityczna pałka". "Obalę tę kłamliwą tezę podobnie jak tę, że niby osobiście fałszowałem podpisy. Dziękuję wszystkim za wsparcie i działamy dalej na rzecz powrotu państwa prawa." - podsumował polityk.
Wobec Andruszkiewicza nie zastosowano żadnych środków zapobiegawczych. Jakie będą dalsze działania prokuratury w tej sprawie? - Podejrzany ma prawo do składania wniosków dowodowych, czego nie możemy wykluczyć. Również ma prawo zaznajomienia się z aktami. Czy będzie składał takie wnioski? Zobaczymy. Stąd też trudno powiedzieć, jak długo będzie toczyło się to postępowanie, ale mam nadzieję, że zmierza ku końcowi - mówiła prokurator Syk-Jankowska.
Wiadomo, że koszt śledztwa będzie ogromny, m.in. ze względu na konieczność przesłuchania wielu świadków i wywołania wielu opinii. W środę śledczy nie byli jednak w stanie podać tych kosztów.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET