"Nie wiem, czy po mnie nie przyjdą". Przeszukali mu dom ws. zaginięcia Iwony Wieczorek
Policja przeszukała dom znajomego Iwony Wieczorek, który 12 lat temu bawił się w towarzystwie dziewczyny w klubie w ostatnią noc przed jej zaginięciem. Według relacji 34-latka i jego partnerki, zostali oni potraktowani bez szacunku: skonfiskowano im sprzęt elektroniczny, a funkcjonariusze mieli sugerować, że Iwona nie żyje, a mężczyzna może mieć coś wspólnego z jej śmiercią. - Ta sytuacja mnie przerasta. Nie wiem, czy nie przyjdą i mnie nie aresztują - mówił w rozmowie z Onetem.
Iwona Wieczorek zaginęła w nocy z 16 na 17 lipca 2010 roku. 19-latka bawiła się wówczas ze swoimi znajomymi w jednym z klubów w Sopocie. Ok. godz. 3 z niewyjaśnionych przyczyn opuściła jednak lokal i postanowiła na piechotę wrócić do domu. Niestety, nigdy tam nie dotarła. Ślad urywa się o godz. 4:12, gdy dziewczynę zarejestrowała kamera miejskiego monitoringu w okolicy Parku Reagana.
Śledztwo umorzono po 1,5 roku, ale później wielokrotnie próbowano rozwikłać tę sprawę, a wokół niej narosło mnóstwo hipotez. W międzyczasie zajmowali się tym m.in. Krzysztof Rutkowski oraz nieżyjący już Janusz Szostak. Dopiero w 2018 roku akta trafiły do Prokuratury Krajowej, a rok później słynnego krakowskiego Archiwum X. W lipcu informowano, że po wakacjach mają być ujawnione przez prokuraturę "nowe i bardzo konkretne ustalenia", takie, "których nikt się nie spodziewał".
Iwona Wieczorek poszukiwana. Policja znów interesuje się jej kolegą
Jedną z osób, które towarzyszyły wówczas w klubie Iwonie był 22-letnie wówczas Paweł. Bardzo zaangażował się w poszukiwaniu znajomej: rozwieszał ulotki w Trójmieście, wspierał rodzinę zaginionej, pośredniczył w kontakcie z Krzysztofem Rutkowskim. Jednocześnie część mediów sugerowała, że to on może mieć coś wspólnego ze zniknięciem Iwony, choć miał alibi - nocował w domu dziadków, co oboje potwierdzili, a odwiózł go tam kolega, który również był wtedy w klubie. Przeszukiwano również jego samochód, domy rodziców i dziadków oraz rodzinną działkę i niczego nie znaleziono.
Pawłowi oraz jego partnerce Joannie (z którą związał się kilka miesięcy po tamtym incydencie) służby dały spokój. Mężczyzna ostatni raz przesłuchiwany był w 2018 roku. Jak pisze Onet, po czterech latach przerwy policja znów zainteresowała się Pawłem, który w rozmowie z portalem relacjonował, iż w lutym odwiedziło ich kilku funkcjonariuszy, w tym jeden z charakterystyczną brodą. Miał on również "nachodzić" innych znajomych oraz wspólników.
Do kolejnego "spotkania" ze służbami doszło 27 września. Paweł wjeżdżał na teren swojej posesji, gdy "na zderzaku" zobaczył policję. Jeden z mundurowych kazał wysiąść z auta jadącemu z nim koledze, inny kazał Pawłowi trzymać ręce na kierownicy. Następnie wszedł przez garaż do domu, w którym przebywała Joanna. Ta relacjonowała zaś Onetowi, że "była w szoku", bo policjant "zaszedł ją od tyłu" podczas sprzątania. Twierdził, że jest z wydziału zabójstw i wraz z innymi funkcjonariuszami zaczął przeszukiwać dom.
W tym czasie Paweł wciąż był w samochodzie wraz z kilkunastoma innymi policjantami. Nie pozwolono mu skontaktować się z adwokatem. Próbował przez chwilę krzyczeć do swojej partnerki. - Policjant powiedział mi, że jak nie przestanę, to dostanę w zęby i będę leżał na kamieniach. Kazali mi wykręcić rejestrator nagrań z kamer. Z Asią mogłem zobaczyć się po godz. 16., ponad dwie godziny od rozpoczęcia przeszukania. Dopiero wtedy mogłem ją przytulić i zapytać, czy wszystko w porządku - mówił Onetowi.
"Ta sytuacja mnie przerasta". Upokarzające przeszukanie ws. I. Wieczorek
Portal napisał, że parze zabrano "telefony komórkowe, tablety, pendrivy, karty pamięci, karty SIM, kamery GoPro, komputery, rejestrator nagrań z kamer, dokumenty i stare zdjęcia. Policjanci przeszukiwali m.in. zamrażalnik oraz meble z ubrankami ich 2-letniego synka. Oprócz tego mieli im też m.in. porysować stół, schody oraz zniszczyć szafę z kablami.
Mówili, że Iwona nie żyje. [...] Wtedy Paweł zapytał "To ona nie żyje?". A policjant powiedział mu "To ty mi powiedz". Potem mówili, że mają dosyć zajmowania się tą sprawą i że już nie chce im się tu przyjeżdżać - Do mnie powiedzieli wprost, że mogę dostać 25 lat, ale jeśli się przyznam, to będzie tylko 15 lat. Mówił to ten z tą brodą - żalił się mężczyzna w rozmowie z dziennikarzem Onetu.
Mam 34 lata, niejedno już przez tę sprawę przeszedłem, ale ta sytuacja mnie przerasta. Moja matka jest przez to wszystko na lekach uspokajających. [...] nie mogę prowadzić firmy, nawet wejść na skrzynkę mailową, bo hasła miałem na zabranym sprzęcie. Nie mam swoich wzorów umów, które wypracowywałem latami. Wszystko dlatego, że poszedłem na imprezę 12 lat temu. Nie wiem, czy niedługo po mnie nie przyjadą i mnie nie aresztują. Mogą szukać kozła ofiarnego
Kobieta dodała zaś, że "wiele czynności było prowadzonych bez naszej obecności", m.in. przeszukanie jej torebki.- Przeraziło mnie, że śledczy uparcie idą w wątek Pawła. Śmiali się nawet, że dobrze nam trawnik rośnie, bo jest nawożony zwłokami. Nie wiemy jak się mamy bronić - opowiadała przerażona.
Wiadomo, że zażalenie na zachowanie policji złożył już pełnomocnik 34-latka, który podkreślił, że w tym przypadku mogło dojść do zakłócenia miru domowego, a mundurowi potraktowali jego klienta bez szacunku i godności. - Nie neguję tego, że być może trzeba przyjrzeć się zapisom w pamięci elektronicznej przedmiotów mojego mandanta, ale w mojej ocenie nie zachowano jego godności. Nie było podstaw, żeby nie zaufać panu Pawłowi, aby on wydał na żądanie te przedmioty - mówił Onetowi adw. Krzysztof Woliński.
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET