`

Kryzys na granicy z Białorusią. Ranna funkcjonariusza SG i poruszająca relacja lekarza

4 min. czytania
09.01.2022 12:50
Obserwuj nas na Google

Ostatnia doba nie była spokojna na polsko-białoruskiej granicy. W nocy doszło do poważnego incydentu, w którym ranna została polska funkcjonariusza Straży Granicznej. Poprawia się natomiast sytuacja w przygranicznych szpitalach. Lekarz z Hajnówki dr n. med. Tomasz Musiuk zwraca jednak uwagę, że śmierci młodych ludzi w lasach można było uniknąć.

Sytuacja na granicy polsko-białoruskiej się uspokoiła, ale wciąż zdarzają się incydenty. - W sumie granicę siłowo próbowało przekroczyć kilkadziesiąt osób m.in w Szudziałlowie i Czeremsze - mówi Radiu ZET w niedzielę Anna Michalska, podsumowując wydarzenia z ostatniej nocy.

Incydent na granicy polsko-białoruskiej. Ranna funkcjonariuszka SG

Rzeczniczka dodała, że cudzoziemcom towarzyszyły osoby w mundurach. - Prawdopodobnie to służby białoruskie. Oprócz kamieni i konarów drzew, które były rzucane w polskie patrole, rzucane były również petardy hukowe – informuje Michalska. Rzeczniczka zaznaczyła, że funkcjonariuszka doznała urazu głowy od petard, którymi rzucano w Polaków.

Funkcjonariuszka trafiła do szpitala. W sobotę granicę polsko-białoruską próbowało nielegalnie przekroczyć 10 osób. 

Redakcja poleca

W czasie kryzysu na granicy ucierpiało wielu uchodźców. – Od połowy sierpnia do szpitala w Hajnówce trafiło około 250 cudzoziemców, którzy nielegalnie przekroczyli granicę. Wszyscy oni wymagali przede wszystkim opieki humanitarnej. Połowa z nich musiała być hospitalizowana – powiedział PAP zastępca dyrektora ds. lecznictwa szpitala w Hajnówce dr n. med. Tomasz Musiuk. 

Dużą grupę poszkodowanych stanowiły dzieci, które wymagały dokładniejszej obserwacji. Stwierdzano u nich m.in. odwodnienie, infekcje, zapalenie płuc, było też kilka przypadków przewlekłych chorób neurologicznych.

Mniej uchodźców trafia do szpitali. Relacja lekarza z Hajnówki

Z kolei głównymi przyczynami pobytu w szpitalu wśród dorosłych były stany związane z odwodnieniem, wyziębieniem lub wychłodzeniem organizmu, a także hipotermią. Stwierdzano również infekcje, COVID-19 czy zapalenia płuc. - Pojedyncze przypadki stanowiły złamania, skręcenia kończyn, skaleczenia stóp ze względu na to, że migranci przemieszczali się bez butów. Dochodziło też do tzw. maceracji skóry z powodu wody w butach. Były też pojedyncze pobicia, jedno uszkodzenie twarzoczaszki – wyliczył zastępca dyrektora ds. lecznictwa, który jest jednocześnie szefem oddziału anestezjologii i intensywnej terapii w szpitalu w Hajnówce. Jak uzupełnił, dwie osoby musiały być hospitalizowane właśnie na intensywnej terapii. – Ze wszystkich migrantów, którzy trafili do hajnowskiego szpitala, nie udało nam się uratować jednej osoby” – przekazał doktor. 
 
Nawiązując do reakcji polskiego społeczeństwa na kryzys migracyjny na wschodniej granicy zwrócił uwagę, że „to wszystko dzieje się bardzo blisko nas, a jednocześnie zachowujemy się tak, jakby tego nie było”. – Wydaje się nam się to odległym problemem. W moim przypadku było podobnie, mimo że przecież jako przedstawiciel szpitala kontaktowałem się ze Strażą Graniczną, przygotowywałem statystyki, informowałem media, jak wygląda sytuacja w szpitalu. Wiedziałem o tym wszystkim, ale tak naprawdę byłem jakby “obok tego”, mimo że działo się to w tym szpitalu – powiedział anestezjolog.

Redakcja poleca

 
Przyznał, że to podejście zmieniło się u niego, gdy podczas pewnego dyżuru został wezwany na SOR z prośbą o pomoc. - Była godz. 4 nad ranem, a tam kilkunastu migrantów, rodzin z dziećmi. To był widok śpiących dzieci na kozetkach, przytulonych do matek, dorosłych leżących na korytarzach – opisał zastępca dyrektora. Dodał, że ogromny wpływ na niego wywarła rozmowa z młodym ojcem rodziny, który potrafił mówić po angielsku i zapytał się go, czy jest lekarzem. Po czym migrant dodał: Proszę nas uratować, bo jak pozwolisz, że nas stąd zabiorą, to wrócimy na Białoruś, a tam nas biją, pomóż nam. - Ta sytuacja mną osobiście wstrząsnęła i została w pamięci przez długi czas. To był pierwszy tak emocjonalny moment. Dopiero wtedy tak naprawdę poczułem ciężar tego kryzysu – dodał doktor.

"Śmierci młodych osób na granicy można by z pewnością uniknąć"

Odnosząc się do zgonów osób, które w ostatnim czasie nielegalnie przekroczyły granicę polsko-białoruską zaznaczył, że „tych przypadków śmierci młodych osób można by z pewnością uniknąć”. - Przecież to nie był nagły wypadek, ani przewlekła choroba. Lekarz zawsze musi wpisać w kartę bezpośrednią przyczynę zgonu. Tutaj można by wpisać w cudzysłowie “brak odpowiedzialnej polityki międzynarodowej” – ocenił dr n. med. Tomasz Musiuk, który od 19 lat jest lekarzem. 
 
Podkreślił, że w jego doświadczeniu zawodowym ogromnym wstrząsem była pandemia koronawirusa. Myślałem, że nic gorszego mnie nie spotka, a tu się nałożył jeszcze kryzys migracyjny. Tak naprawdę to doświadczenie pokazało, jak bardzo jesteśmy bezradni wobec niektórych problemów i nie mamy wpływu na wiele rzeczy – dodał doktor.

Uchodźcy, którzy utknęli po białoruskiej stronie granicy
Fot. AA/ABACA/Abaca/East News
Uchodźcy, którzy utknęli po białoruskiej stronie granicy

 
Najwięcej migrantów trafiło do szpitala w Hajnówce w październiku i listopadzie, po około 100 osób. Od dwóch tygodni żaden migrant nie został przywieziony na szpitalny oddział ratunkowy. Jak podkreślił doktor, w szczytowym okresie migranci stanowili 4 proc. wszystkich pacjentów szpitala. – Zgodnie z polskim prawem, koszty leczenia cudzoziemców, którzy przekroczyli nielegalnie granice Polski i wymagają ratowania zdrowia lub życia, finansowane są przez Straż Graniczną – uzupełnił. 
 
O każdym podejrzeniu dotyczącym tego, że ktoś mógł przekroczyć nielegalnie granicę, lekarze muszą informować Straż Graniczną. Podobnie jest przy wypisie cudzoziemców ze szpitala. 
 
Szpital w Hajnówce funkcjonuje obecnie w pobliżu strefy objętej zakazem przebywania, a wcześniej stanem wyjątkowym, ogłoszonym na pograniczu polsko-białoruskim. W placówce znajduje się 350 łóżek na kilkunastu oddziałach. Rocznie wykonywanych jest tu ok. 3 tys. operacji.

RadioZET.pl/PAP - Gabriela Bogaczyk/oprac. AK

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET