Awantura w pociągu PKP. Rodzice wsiedli z chorym dzieckiem. „Bardzo zaraźliwa”

4 min. czytania
16.07.2026 15:22
Obserwuj nas na Google

Awantura w pociągu PKP. Wszystko przez rodziców, którzy wybrali się w podróż z dzieckiem chorym na ospę wietrzną. - Jeśli okaże się, że zachoruje moje dziecko, zachoruję ja i będą powikłania, nie odpuszczę tej rodzinie - opowiada jedna z pasażerek w rozmowie z portalem dziennikwschodni.pl.

Pociąg
fot. Piotr Molecki/East News (zdj. ilustr.)

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak doszło do sytuacji z chorym dzieckiem w pociągu.
  • Co doradzała matka chorego dziecka innym pasażerom.
  • Co było powodem awantury w pociągu PKP z udziałem rodziców dziecka.

Wsiedli z chorym dzieckiem do pociągu

Do sytuacji doszło w niedzielę 12 lipca w pociągu Bystrzyca z Warszawy do Lublina. Kobieta, która o całej sytuacji opowiedziała w rozmowie z portalem dziennikwschodni.pl, podróżowała z czteroletnim synem w wagonie nr 13, w przedziale dla rodziców z dziećmi. Jak relacjonuje, tuż za za stacją Warszawa Wschodnia poszła z synem do toalety. Wtedy jeszcze przedział był pusty, ale po powrocie był już pełen ludzi. 

- Nasze miejsca zostały zajęte. Żeby nie robić zamieszania, usiedliśmy na dwóch wolnych. Nie przyglądałam się innym pasażerom. To była nasza pierwsza podróż pociągiem. Zajęłam się opowiadaniem synowi, co widzimy za oknem. W pewnym momencie zaproponowałam mu przekąskę. Kątem oka spostrzegłam, że naprzeciwko nas również siedzi dziecko. Spytałam więc, czy też chciałoby się poczęstować. I dopiero wtedy bliżej mu się przyjrzałam: czerwone plamki na twarzy, bąble. Jego matka powiedziała mi, że syn zachorował, że to bardzo zaraźliwa ospa. Poradziła, żeby lepiej się ewakuować, bo moje dziecko na pewno się zakazi. Po trzydziestu sekundach już nas nie było w przedziale - wyjaśnia kobieta.

Awantura w pociągu PKP

Wolne miejsca udało się znaleźć w innym wagonie, jednak pasażerka wróciła do poprzedniego po bagaże. Tam natomiast była już konduktorka. - Tłumaczyła ojcu tego chorego dziecka powagę sytuacji. Dziwiła się, jak mógł pozwolić na to, żeby jego synek z tak zakaźną chorobą wszedł do pociągu. Przecież narażali tym resztę pasażerów. Ojciec odparował, że pretensje konduktorka powinna mieć przede wszystkim do pani w kasie PKP, która sprzedała im bilet, choć ponoć widziała, w jakim stanie jest dziecko. Mówił, że wracają znad morza. I pytał: „Jak inaczej mielibyśmy przedostać się do Lublina” - opisuje w rozmowie z dziennikwschodni.pl.

Kobieta wtrąciła się do rozmowy, twierdząc, że nie rozumie, dlaczego ma rezygnować z wykupionych miejsc, bo rodzina z chorym dzieckiem podjęła nierozsądną decyzję o zabraniu go w podróż w takim stanie. Wtedy - według relacji kobiety - oburzyła się matka dziecka, a jego ojciec zaczął zachowywać się agresywnie. Miał się awanturować i twierdzić, że wszystko robi zgodnie z prawem i nie życzy sobie, by odzywać się do niego takim tonem. Jego zdaniem kobieta powinna mieć pretensje jedynie do PKP.

Redakcja poleca

„Lekarz powiedział jej, że to skrajnie zaraźliwy etap”

- Zapytałam, czy jak miałby HIV, to też sypiałby, z kim popadnie, wiedząc, że może zakażać? Odpowiedział, że jestem psychicznie chora, że nic mu nie zrobię. Stanął jak do bójki ze słowami: „No, co mi zrobisz?”. Żona go uspokajała. Przekonywałam, że powinni załatwić dziecku bezpieczny transport wynajętym autem, taksówką, przedłużyć pobyt, jakkolwiek uniknąć tej sytuacji. A ten tylko krzyknął, że chyba jestem chora i zaczął się śmiać, że sama mam dziecko pod opieką, a wchodzę z nim w konfrontację - tłumaczy. Inni pasażerowie mieli zarzucić mężczyźnie nieodpowiedzialność i opuścić przedział. - Musieli stać na korytarzu. Konduktorka załatwiła nam miejsca na końcu pociągu w wagonie rezerwowym. Tamta rodzina nie została wyproszona. Policji nie wzywałam - dodaje kobieta.

- Konduktorka rozmawiała przy mnie z matką tego chorego dziecka. I ona wprost przyznała, że jest to trzeci dzień od wystąpienia krostek. Lekarz powiedział jej, że to skrajnie zaraźliwy etap, dlatego też mnie ostrzegała. Zrobiła to jednak, kiedy już kilka minut siedziała z nami ze swoim dzieckiem na kilku metrach kwadratowych, a nie przed wejściem do przedziału. Już nie wspominając o tym, że zalecenia lekarzy nie bez powodu są takie, żeby z ospą wietrzną siedzieć w domu, nie rozprzestrzeniać celowo i świadomie choroby, która ma tak wysoką zakaźność i jest potencjalnie groźna dla starszych czy osłabionych osób - relacjonuje.

Pasażerka oburzona zachowaniem rodziców

Kobieta nie kryje oburzenia. Twierdzi, że rodzice nawet nie otworzyli okna w przedziale, a ich dziecko nie miało maseczki. - Usiedli zresztą nie na swoim miejscu, przekładając cudze rzeczy z fotele na fotel, bez pytania. Po wyjściu z pociągu widziałam ich na peronie. Stali w środku tłumu ludzi oczekujących na wejście na schody podziemne. I nawet się nie odsunęli - opisuje.

Pasażerka po wszystkim zgłosiła sprawę do sanepidu, jednak tam powiedziano jej, że nie ma obowiązku izolowania chorej osoby i że trzeba się szczepić. Teraz planuje zgłosić sprawę także na policję, bo, jak twierdzi, rodzice dziecka narażali innych pasażerów na niebezpieczeństwo. - Myślę nad pozwem zbiorowym. Jeśli okaże się, że zachoruje moje dziecko, zachoruję ja i będą powikłania, nie odpuszczę tej rodzinie. Uważam, że każdy, kto wsiada do pociągu, powinien liczyć się z konsekwencjami finansowymi. Ostatecznie to na ludzi zawsze działa - podsumowuje kobieta.

Źródło: Radio ZET / dziennikwschodni.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET