"Człowiek z zarzutem zostanie milionerem, uczciwi nie dostaną ani grosza". Kontrowersyjna ustawa

7 min. czytania
14.10.2025 09:39
Obserwuj nas na Google

W Sejmie przyjęto, a Senat ma dziś rozpatrzyć, budzącą olbrzymie kontrowersje ustawę o rekompensatach za złomowanie kutrów, związaną z zakazem połowu dorsza. Środowisko armatorów jest podzielone: część z nich alarmuje, że ustawa została napisana pod wąską grupę beneficjentów, z pominięciem części przedsiębiorców.

Port
fot. MICHAL SZLAGA/REPORTER (zdj. ilustracyjne)

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie kontrowersje budzi ustawa o rekompensatach dla armatorów kutrów.
  • Dlaczego sposób podziału środków z ustawy o rekompensatach jest krytykowany.
  • Co budzi wątpliwości w zakresie wymagań formalnych do uzyskania zaświadczenia.
  • Które grupy armatorów zostaną faworyzowane przez ustawę i dlaczego.

Kontrowersyjna ustawa o rekompensatach za złomowanie kutrów

Sprawa ustawy o rekompensatach za złomowanie kutrów podzieliła środowisko armatorów. - Dzięki tej ustawie człowiek z zarzutem prokuratorskim zostanie milionerem, a uczciwi ludzie nie dostaną ani grosza - mówią Radiu ZET ci, którzy obawiają się, że zostaną pominięci przy podziale środków. Budzący kontrowersje projekt został już przyjęty przez Sejm, a dziś zajmie się nim Senat. Zdaniem szefa sejmowej komisji gospodarki morskiej Kacpra Płażyńskiego w ustawie znajdzie się przepis rażąco łamiący Konstytucję. 

Chodzi o ustawę o pomocy państwa skierowanej do armatorów jednostek pływających w związku z wprowadzeniem zakazu połowu dorsza na Morzu Bałtyckim. Dotyczy ona osób, które do 2020 roku żyły z organizowania rekreacyjnych rejsów dla wędkarzy, a po wejściu w życie unijnego zakazu straciły źródło dochodu. Ustawę obiecał jeszcze rząd PiS, wtedy mówiło się, że na zabezpieczenie potrzeb wszystkich armatorów w budżecie trzeba znaleźć 150 milionów złotych. Przy obecnym kształcie ustawy mowa jest jedynie o 50 milionach złotych do rozdysponowania. I właśnie sposób rozdzielenia tych pieniędzy wzbudza duże kontrowersje. 

Co podzieliło środowisko armatorów?

Ustawa przewiduje bowiem jeden główny warunek konieczny do uzyskania rekompensaty za zezłomowanie (bądź oddanie na cel publiczny) kutra, służącego niegdyś do rejsów wędkarstwa rekreacyjnego. A jest nim uzyskanie odpowiedniego zaświadczenia z Głównego Inspektoratu Rybołówstwa Morskiego wydawanego na podstawie posiadanych raportów połowowych, statystycznych kwitów pokazujących ile podczas danego rejsu złowiło się ryb. Problem w tym, że GIRM archiwizuje tylko raporty połowowe z ostatnich pięciu lat. Zatem jeśli ktoś wcześniej ich nie wyciągnął, nie ma jak udowodnić, że do 2020 roku prowadził działalność jako armator rybołówstwa rekreacyjnego. 

Redakcja poleca

- Prosiliśmy posłów, żeby dali jakąś inną możliwość udowodnienia tego, że prowadziliśmy działalność. Wystarczą przecież paragony czy faktury z urzędu skarbowego, pokazujące jakie usługi świadczyliśmy i jakie odprowadzaliśmy z nich podatki. Ale nikt naszych uwag nie wysłuchał - mówi Radiu ZET Marcin Ortel, właściciel kilku jednostek z Gdańska. Podczas sejmowej komisji gospodarki morskiej pod koniec września pracowano nad poprawkami do tej ustawy, a jej szef Kacper Płażyński cytował wiceministra infrastruktury Arkadiusza Marchewkę z czasów, gdy był on w opozycji i sam mówił, że bazowanie tylko na raportach połowowych jest błędem. Wiceminister Marchewka odpowiadał, że wtedy nie miał takiej wiedzy, jaką ma dzisiaj i że przyjęty system wyeliminuje ewentualnych wyłudzaczy rekompensat. 

Ustawa napisana tak, by pieniądze trafiły do konkretnej grupy?

Tymczasem część armatorów uważa, że całą ustawę napisano po to, by pieniądze trafiły do grupy, która była w trakcie prac nad ustawą najbliżej ucha wiceministra Marchewki. Chodzi o członków Sztabu Kryzysowego Rybołówstwa Rekreacyjnego. To ich lider Waldemar Giżanowski pisał do swoich ludzi w grudniu 2024 roku, żeby jeszcze przed końcem roku zawnioskowali do Głównego Inspektoratu Rybołówstwa Morskiego o wydanie zaświadczeń. - Okazuje się, że ci, którzy nie wiedzieli, że mają to zrobić, już nie mają szans na takie zaświadczenie. A za to człowiek, który tuż po przyjęciu ustawy usłyszał zarzut płatnej protekcji, będzie dzięki tym przepisom ustawiony na lata - mówią rozgoryczeni armatorzy ze Stowarzyszenia Armatorów Rybołówstwa Rekreacyjnego. 

Chodzi o Michała Niedźwieckiego (zgodził się na publikację pełnego nazwiska), który według prokuratury jako szef NSZZ Solidarność Morza Bałtyckiego oferował załatwienie rekompensat w rządzie PiS w zamian za przekazanie mu dwóch milionów złotych. Propozycję opisał w swoim reportażu "Dwie bańki na Solidarność" Artur Warcholiński z TVN24. Michał Niedźwiecki pieniędzy nie dostał, rząd PiS rekompensat nie załatwił, za to trzy dni po przyjęciu ustawy o rekompensatach przez Sejm został wezwany do prokuratury, by usłyszeć zarzut płatnej protekcji, do którego się nie przyznał.

"Ta ustawa kończy naszą wieloletnią walkę"

Michał Niedźwiecki w rozmowie z Radiem ZET potwierdza, że będzie jednym z beneficjentów nowej ustawy. Ale, jak zaznacza, będzie jednocześnie w gronie 95% armatorów, którzy rekompensaty dostaną. Jego zdaniem ustawa jest napisana dobrze, a raban o jej rzekomą niesprawiedliwość podnosi raptem kilku właścicieli łodzi, którzy z różnych powodów i tak nigdy nie byliby uprawnieni do uzyskania żadnej rekompensaty. W podobnym tonie wypowiada się Waldemar Giżanowski, armator z Kołobrzegu i szef Stowarzyszenia Armatorów Jachtów Komercyjno-Sportowych. - Ta ustawa kończy pozytywnie naszą wieloletnią walkę o odszkodowania i załatwia problem, którego nie udało się załatwić poprzedniemu rządowi - zaznacza w rozmowie z Radiem ZET Waldemar Giżanowski. 

Redakcja poleca

- Widać, że zrobiono to tak, by większość pieniędzy trafiła do ludzi działających głównie w zachodniej części wybrzeża. Za to armatorzy z okolic Zatoki Gdańskiej w sporej części zostaną na lodzie - słyszymy od osób niezadowolonych z obecnego kształtu ustawy. Wiceminister Arkadiusz Marchewka przekonywał na komisji, że raporty połowowe powinny i tak być w dyspozycji każdego armatora, bo były one dołączane do wniosków o tzw. pomoc covidową. Ale okazuje się, że nie każdy o taką pomoc wystąpił, albo wystąpił tylko na część swoich jednostek. Taki los spotkał Piotra Larbi, który - gdyby zdecydował się na zezłomowanie obu swoich jednostek LEON i GADUS - rekompensatę dostałby tylko za jedną z nich. - Raporty połowowe ma każdy, kto ubiegał się o pomoc covidową, a jeśli ktoś się o nią nie ubiegał i nie ma tych dokumentów, to może oznaczać, że po prostu takiej działalności nie prowadził, a zamiast tego na przykład organizował rejsy po portach - tak ten zarzut odpiera Waldemar Giżanowski. 

Armatorzy pokazują przykłady odmów, jakich Główny Inspektor Rybołówstwa Morskiego udzielił wnioskodawcom. GREEN WAVE, wniosek o raporty połowowe w latach 2016-2019, "odmawiam wydania zaświadczenia". FYLGIA, wniosek o raporty połowowe w latach 2015-2019, "odmawiam wydania zaświadczenia". LADY MAGDALEN, wniosek o raporty połowowe w latach 2015-2019, "odmawiam wydania zaświadczenia". Zresztą sam zastępca Głównego Inspektora Rybołówstwa Morskiego Marcin Mystek już we wrześniu 2024 roku pisał w piśmie do wiceministra Marchewki, że zapis ustawy "nie uwzględnia okresu archiwizacji raportów połowowych, który wynosi 5 lat" i że "dokumenty te nie stanowią materiałów archiwalnych w rozumieniu przepisów ustawy o narodowym zasobie archiwalnym i archiwach". "W związku z powyższym Główny Inspektor Rybołówstwa Morskiego nie będzie miał możliwości wystawiania zaświadczeń, o których mowa w projekcie ustawy" - czytamy w piśmie do wiceministra Marchewki, do którego dotarło Radio ZET.

Fot.

Faworyzacja w ustawie ws. złomowania kutrów?

Armatorzy zwracają też uwagę na to, że wysokość odszkodowań faworyzuje jednostki dużych rozmiarów, za to często wiekowe i złej jakości. Bo ustawodawca przyjął jako punkt odniesienia parametr "GT" (gross tonnage), liczony według pojemności ładowni kutra. - To jakiś absurd, przecież mówimy o jednostkach biorących ludzi na rejsy wędkarskie, gdzie łowi się parę sztuk ryb, a ładowni nie używa się wcale. Powinno się przyjąć liczenie według liczby pasażerów branych na rejsy, wtedy byłoby to sprawiedliwe - zaznacza Marcin Ortel. W wyniku uchwalonych przepisów armator, który w rejs zabierał 12 osób, ale ma dużą ładownię, będzie mógł uzyskać około 1,2 miliona złotych odszkodowania. A właściciel mniejszej łodzi, którą pływało przykładowo 20 wędkarzy, dostanie raptem 120 tysięcy złotych. Armatorzy wśród osób, które na mocy nowej ustawy mogą uzyskać wielomilionowe odszkodowania, wymieniają między innymi byłego ważnego oficera ABW, którego rodzina posiada dużych rozmiarów kutry.

- Tacy armatorzy jak ten pan mają bardzo duże jednostki, o bardzo dużym GT, czyli w myśl tej ustawy otrzymają olbrzymie wsparcie idące dosłownie w miliony. Co jest kompletnie bez sensu, bo przecież my w tej ustawie mówimy o armatorach wożących wędkarzy. Tutaj nie ma znaczenia czy łajba jest duża, czy mała, tylko znaczenie ma to ile może ona przewieźć wędkarzy. To coś zupełnie innego niż normalne rybołówstwo - zwraca uwagę w rozmowie z Radiem ZET Kacper Płażyński, poseł PiS i szef sejmowej komisji gospodarki morskiej. Inna członkini tej komisji, posłanka PiS Dorota Arciszewska-Mielewczyk, dokłada do tego inne wątpliwości. - Są głosy armatorów twierdzących, że nawet nie wypływając w morze każdy mógł wrzucić sobie do skrzynki taki połowowy raporcik, który jest czysto statystycznym dokumentem, i teraz na bazie tego domagać się odszkodowania. A łódka może sobie latami czekać na szuwarach. Do tego dochodzi kwestia współistnienia kilku armatorów na jednej łódce. Wyobraźmy sobie, że jest ich trzech. I co, mamy za to zapłacić im łącznie ponad 3,5 miliona złotych z budżetu państwa? - pyta posłanka Arciszewska-Mielewczyk. 

Nowymi przepisami zajmie się teraz Senat

Zastrzeżenia budzi też fakt, że ustawa przewiduje jedynie rekompensaty za pozbycie się kutra w postaci zezłomowania go bądź oddania na cele publiczne. - A co z nami, ludźmi, którzy zdecydowali się przebranżowić na inne ryby? Kosztowało nas to mnóstwo wysiłku i pieniędzy, ale za to już nic nie dostaniemy - zaznacza Marcin Ortel. - Wszystko to jest pomyślane tak, żeby skasować całą branżę i nie pozwolić jej się odrodzić. A przecież zakaz połowu dorsza nie jest wprowadzony na zawsze i w każdym momencie może zostać zniesiony. Tylko że wtedy w portach nie będzie już nikogo - dodaje inny z armatorów Jacek Stefański.

Właściciele kutrów liczą na to, że Senat pochyli się nad przyjętą w Sejmie ustawą i wprowadzi do niej poprawki. A jeśli nie, to będą próbowali zasygnalizować problem prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, który mógłby ją zawetować bądź skierować do Trybunału Konstytucyjnego. Zdaniem posła PiS Kacpra Płażyńskiego wymaganie od armatorów posiadania zaświadczenia, którego nie są w stanie fizycznie otrzymać, jest skrajnie niekonstytucyjnym rozwiązaniem. Kiedy na sejmowej komisji gospodarki morskiej toczyła się wokół tego dyskusja z udziałem armatorów, którzy przyjechali specjalnie na te obrady do Warszawy, poseł Koalicji Obywatelskiej Jarosław Wałęsa dwukrotnie zgłosił wniosek o zakończenie dyskusji, uznając, że wyjaśnienia wiceministra Marchewki są wyczerpujące. Za każdym razem jego wniosek przeszedł, a poprawki odrzucono.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET