`

"Dach przecieka, z nerwów nie śpię". Rodziny z Wyryk nadal czekają na pomoc od MON

5 min. czytania
10.12.2025 06:02
Obserwuj nas na Google

- Tutaj to jeszcze z rok będziemy siedzieli. Nie tylko zimę, ale pewnie i lato. Na święta synowie mają do nas przyjechać, może jeszcze jakaś rodzina. Nie mogę się odnaleźć w tej sytuacji, że już nie mamy domu – mówi  Tomasz Wesołowski z Wyryk, którego dom został zniszczony przez rosyjskie drony. Takich rodzin jest więcej. - Ta sytuacja pokazuje, że trzeba uprościć procedury związane z obronnością państwa - komentuje wójt Bernard Błaszczuk.

Dom w Wyrykach zniszczony po ataku rosyjskich dronów
fot. Czarek Sokolowski/Associated Press/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie problemy mają poszkodowani z uzyskaniem odszkodowań po nalocie dronów.
  • Co przeszkadza w realizacji planów odbudowy domów po ataku.
  • Dlaczego proces wypłaty odszkodowań się nie zakończył.
  • Które instytucje są zaangażowane w pomoc poszkodowanym.

- Mijają już trzy miesiące od ataku, a nadal nie otrzymałam odszkodowania z Ministerstwa Obrony Narodowej. Dom niszczeje, dach przecieka, woda leje się do środka. Znajomi pomogli mi pozaklejać duże dziury w blachodachówce, ale ostatnio mocno padało, w listopadzie był śnieg. Wszystko stoi. Ze zdenerwowania nie mogę spać – mówi Urszula Zaprzaluk, mieszkanka wsi Wyryki-Wola.

Jej dom także został uszkodzony podczas nalotu kilkudziesięciu rosyjskich dronów, które w nocy z 9 na 10 września wleciały do Polski. Poderwane zostały polskie i NATO-wskie myśliwce. W poranek 10 września rakieta wystrzelona przez pilota holenderskiego F-16 trafiła w dom państwa Wesołowskich, w miejscowości Wyryki-Wola na wschodzie Lubelszczyzny, niedaleko granicy z Ukrainą. Okazuje się, że nie tylko ta rodzina ucierpiała podczas nalotu dronów. Poszkodowane są też dwie inne osoby, które od trzech miesięcy nie doczekały się pomocy ze strony MON.

Rozbiórka domu uszkodzonego przez rakietę jeszcze w tym roku?

RadioZET.pl sprawdziło, jak trzy miesiące po nalocie dronów wygląda sytuacja. Alicja i Tomasz Wesołowscy, w których dom trafiła rakieta, nadal mieszkają w lokalu zastępczym, tuż przy urzędzie gminy. Regularnie odwiedzają i wójta, który pomaga w rozmowach z urzędem wojewódzkim i MON, a także gospodarstwo, które czeka na odbudowę.

Niedawno wybrali projekt nowego domu, który stanie w miejscu uszkodzonego. Będzie mniejszy, parterowy. - W najbliższych dniach może będzie wydana zgoda na zburzenie domu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to do końca roku może ta rozbiórka się zakończy. A później będzie stawianie nowego - mówi RadioZET.pl Tomasz Wesołowski.

Jednak zanim małżeństwo wprowadzi się do nowego domu, minie kilka miesięcy. Budynek ma być stawiany w tradycyjny sposób. Zanim prace ruszą, trzeba będzie jednak zdobyć wszystkie niezbędne pozwolenia i zgody. - Tutaj to jeszcze z rok będziemy siedzieli. Nie tylko zimę, ale pewnie i lato. Na święta synowie mają do nas przyjechać, może jeszcze jakaś rodzina. Nie mogę się odnaleźć w tej sytuacji, że już nie mamy domu - dodaje Tomasz Wesołowski.

Regularnie odwiedza gospodarstwo, w którym zostały zwierzęta. Psy, koty i kury. Nocują w budynku gospodarczym. Rano Tomasz go otwiera i karmi zwierzęta. Wieczorem tak samo. Krowę, którą Wesołowscy mieli w gospodarstwie, trzeba było sprzedać.

Redakcja poleca

- Człowiek planował, żeby jeszcze trochę pogospodarzyć. Wytrąciło mnie to wszystko z równowagi. Nie ma teraz takiego celu, do którego by się dążyło. Chodzimy, załatwiamy te wszystkie sprawy, ale czy będzie dobrze, to nie wiem - podsumowuje.

Urszula: Mam zniszczony dach, komin i ścianę. I ciągle czekam

Nerwy na co dzień towarzyszą też Urszuli Zaprzaluk, sąsiadce Wesołowskich, która obok remontowała niewielki dom. Prace były już na ukończeniu, kiedy na budynek posypały się odłamki. - Mam zniszczony dach, jedną ze ścian od północnej strony, komin, z którego poodpadały fragmenty cegły klinkierowej. W budynku gospodarczym wyleciały okna. Dziś część rzeczy jest prowizorycznie zabezpieczona, ale myślałam, że te wszystkie procedury będą przebiegały szybciej - mówi RadioZET.pl Urszula Zaprzaluk.

Gdy odwiedziliśmy ją pod koniec września, mówiła, że urzędnicy skierowali ją do ubezpieczyciela, który powinien pokryć straty. Fachowiec remont wycenił na ok. 60 tys. zł. Ubezpieczyciel wypłacił tylko 29 tys. zł. Później dosłał jeszcze 4 tys. W uzasadnieniu decyzji wpisał "inne zjawiska", bo ubezpieczenie nie obejmowało ataków rakietowych.

- Nie zgodziłam się z tym, bo to za mało. Pod koniec października poszłam do starostwa. Tam tylko oczy wytrzeszczyli, czego chcę. Napisałam pismo do MON, że jestem poszkodowana. Dostałam potwierdzenie, że 30 października odebrali. I też cisza. Później słuchałam wywiadów, jak wiceminister  mówił, że nic nie wie o żadnych innych poszkodowanych. Dopiero jak wezwałam jedną z telewizji, to zaraz MON się pojawił. Teraz jestem z nimi w kontakcie. Na razie nic konkretnego nie zaproponowali. Zamówiłam blachówkę, już są rozstawione rusztowania. Muszę coś zacząć robić, bo ile można czekać - denerwuje się Urszula Zaprzaluk.

Jednak na razie z powodu pogody nie można na dobre zacząć prac. Komin jest oczyszczony, ale nie można do niego przykleić płytek, bo jest ciągle mokry. Farba schodzi z pomalowanej drewnianej ściany, więc zapewne trzeba będzie wszystko zedrzeć, zagruntować i pomalować na nowo.

Zniszczone domy w Wyrykach. Na pierwszym planie dom Urszuli Zaprzaluk
Fot. Wojciech Olkusnik/East News
Zniszczone domy w Wyrykach. Na pierwszym planie dom Urszuli Zaprzaluk

Odłamki uszkodziły samochód Daniela. Wójt: trwają procedury

Ostatnią z poszkodowanych osób jest Daniel, którego Audi A6 stało po drugiej stronie ulicy. Jeden z odłamków wbił się w auto od strony bagażnika i przebił biały samochód niemal na wylot. Uszkodził zderzak, siedzenia, poprzerywał kable. Mieszkaniec wynajął rzeczoznawcę, który uznał, że samochód nadaje się do kasacji. - Na szczęście mam drugi samochód, więc ten po prostu stoi. Na spotkaniu w gminie 28 listopada przedstawiciel MON powiedział, że pokryją straty. Na razie tego nie zrobili, więc czekam – mówi Daniel.

Bernard Błaszczuk, wójt gminy Wyryki, który na bieżąco kontaktuje się z MON, Lubelskim Urzędem Wojewódzkim i poszkodowanymi mówi, że wszystkie sprawy powoli są rozwiązywane. - Nie zawsze widać tę pracę, ale zapewniam, że ją wykonujemy. Czekamy na wycenę kosztorysanta, trwają procedury administracyjne, które w przypadku państwa Wesołowskich pozwolą na rozbiórkę uszkodzonego, a później na budowę nowego domu. Musimy działać zgodnie z procedurami i pamiętać, że wydajemy publiczne środki. Niestety, obecne przepisy nie dają możliwości przyspieszenia pewnych rzeczy. Nie były przygotowywane pod takie sytuacje - zauważa wójt.

Małżeństwo Wesołowskich otrzymało już wsparcie od sejmiku województwa lubelskiego (70 tys. zł), ze zbiórki, którą zorganizowało stowarzyszenie Poleskie Psy Ratownicze (50 tys. zł) oraz zasiłek celowy z LUW (8 tys. zł). Te pieniądze mają być przeznaczone na bieżące funkcjonowanie czy zakup lub remont uszkodzonego samochodu. Dodatkowo 200 tys. zł zadośćuczynienia ma wypłacić MON.

Oglądaj

Potrzebna zmiana przepisów. Prawo nieprzygotowane na podobne sytuacje

W przypadku Urszuli i Daniela wójt przekonuje, że oboje także otrzymają pomoc. - Jeśli odszkodowanie nie pokryje całej szkody, różnica zostanie wyrównana. Na razie pomogliśmy pani Urszuli napisać odwołanie od decyzji ubezpieczyciela. Czekamy na ruch z jego strony. W przypadku pana Daniela jest deklaracja ze strony MON, że pieniądze zostaną wypłacone. Jesteśmy już na końcu tej zagmatwanej sytuacji, z której, mam nadzieję, wyjdziemy zwycięsko. Te sytuacje pokazują, że pewne przepisy, pewne procedury związane z obronnością państwa trzeba uprościć - mówi Bernard Błaszczuk, wójt gminy Wyryki.

O to, jak wygląda sprawa pomocy poszkodowanym z Wyryk, zapytaliśmy MON oraz Lubelski Urząd Wojewódzki. Do momentu publikacji nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET