Oswoić śmierć. "Próbuję robić wszystko, żeby ludzie mogli tu płakać"
- Bliska znajoma powiedziała mi kiedyś: "Wisława, ty masz misję do spełnienia. Musisz tym ludziom pomóc, jesteś im potrzebna. Oni chcą, żeby ktoś ich wysłuchał i odciążył od umierania". Wtedy zaczęłam postrzegać tę pracę zupełnie inaczej - mówi nam Wisława.
- 5 zdjęć Zobacz galerię
Śmierć zwykła, codzienna, oswojona
- Przez pracę przestałam się tej śmierci bać. Oswoiłam ją. Teraz jest taka normalna, codzienna. Choć po ludzku boję się cierpienia i choroby, samo przejście na drugą stronę nie wzbudza już we mnie większych emocji - mówi portalowi RadioZET.pl Wisława. W branży pogrzebowej znalazła się przypadkiem, z doskoku, na jedną chwilę, ostatecznie wydłużoną do siedmiu lat. - Tu mnie życie niechcący rzuciło. Nie planowałam tego, nie chciałam, wręcz się broniłam rękami i nogami. Moja mama bardzo długo nie mogła się z tym pogodzić. Dla niej było to odrobinę uwłaczające - opowiada. Jednym z pierwszych zadań Wisławy w nowej pracy było uporządkowanie przestrzeni. Teraz trumny stoją w innym pomieszczeniu, ukryte za granatową kotarą, żeby pierwszy krok osoby wchodzącej do biura nie bolał tak, jak każdy kolejny. - Próbuję robić wszystko, żeby ludzie mogli tu płakać. Oni mają się skupić na swojej żałobie, ja jestem od tego, żeby pomóc im ją udźwignąć. Wielokrotnie wchodzę w rolę terapeutki, czasami rozjemcy, bo jedna siostra chce kremacji, druga trumny. Szukamy wtedy kompromisu, rozmowy - wyjaśnia Wisława.
Nie wszyscy chcą płakać. - Często ludzie się tutaj śmieją - albo złoszczą na swoich bliskich, że odeszli. Inni podchodzą do sprawy bardzo zadaniowo, wyznaczają punkty na liście; tak, jakby chcieli pozornym porządkiem odwrócić uwagę od chaosu. Wachlarz emocji jest szeroki. Większość z nich współodczuwam razem z nimi - a ciężaru pewnych uczuć nie można się pozbyć. Dwa ogromne dramaty, które tu obserwowałam, zabiorę ze sobą do grobu. Pierwsza sytuacja jest jeszcze z czasów pandemii. Do zakładu przyszedł mężczyzna, żeby pochować swojego tatę. Mówił, że jego rodzice nie chcieli się zaszczepić. Ojciec zmarł na COVID-19, matka leżała w szpitalu. Dwa dni później dostaję wiadomość: wstrzymajcie się z pogrzebem, odeszła mama. Chowaliśmy wtedy dwie trumny i nie mogłam uwierzyć, że tak szybko stopiły się w dramat jednego człowieka - opisuje Wisława.
- Druga śmierć, to śmierć bezmyślna, straszna, niepotrzebna. 16-letni chłopak wracał po sylwestrze do domu. Razem z kolegą szli po torach kolejowych. W pewnym momencie usłyszeli nadjeżdżający z naprzeciwka pociąg. Zdążyli jeszcze uskoczyć na bok, na inny tor - zabił ich pociąg, który tamtędy przejeżdżał. Ten chłopak był jedynakiem, oczkiem w głowie rodziców. Nigdy nie zapomnę ich widoku, kiedy przyszli do zakładu. I tych ogromnych emocji - mówi Wisława.
Jak pośpiewam "Jasio Mańkę gonił w pokrzywach", jest lepiej
Wisława oswoiła śmierć. Kiedy otwiera drzwi biura, widzi połyskujące przy ścianie urny. Wie o rzędzie trumien za granatową, gładką kotarą. O wypełnianiu dokumentów, ustalaniu terminów na cmentarzach i w krematoriach, odbiorach ciał ze szpitali, kwiatach z napisem "Kochanemu Ojcu" i pogrzebowej logistyce, która zostawiła jej w głowie napis "memento mori". Wiele osób o śmierci postanawia nie pamiętać. - To budzi bardzo trudne sytuacje. Miałam w rodzinie taki przypadek. Ciocia zmarła nagle, w połowie śniadania. Odeszła od stołu i już się nie obudziła. Nagle okazało się, że jej mąż nigdy nie pytał o trumnę, kremację czy miejsce pochówku. Wielu przychodzi do nas z wielkim znakiem zapytania. Śmierć jest niewygodna, młodzi ludzie o niej nie rozmawiają. Starsi częściej wymuszają na swoich bliskich, żeby spojrzeli do szafy, w której czeka poskładane w kostkę ubranie na pogrzeb - opowiada Wisława.
Zanim nauczyła się pomagać ludziom w płaczu, Wisława marzyła o śpiewaniu i występach na wielkiej scenie. - Teraz to mój sposób na odreagowanie emocji, które przynoszę z pracy. Poszłam w kierunku, o który się nigdy nie posądzałam. Od zawsze tworzyłam muzykę alternatywną, poezję śpiewaną, w tej chwili śpiewam w zespole ludowym. Repertuar jest tak prosty, tak treściowo nieskomplikowany i przesycony czystą radością, że pozwalam mu stać się kontrastem do rzeczywistości, w której jestem. Jak pójdę dwa razy w tygodniu na próbę i pośpiewam, że "Jasio Mańkę gonił w pokrzywach", to jest lepiej - opowiada. - Nauczyłam się już oswajać demony i dostrzegać w zakładzie pogrzebowym coś, czego nie widziałam wcześniej. Bliska znajoma powiedziała mi kiedyś: "Wisława, ty masz misję do spełnienia. Musisz tym ludziom pomóc, jesteś im potrzebna. Oni chcą, żeby ktoś ich wysłuchał i odciążył od tego umierania". Wtedy zaczęłam postrzegać tę pracę inaczej - podsumowuje Wisława.
"Gdybym dziś zobaczyła go na ulicy, wiedziałabym, że to on"
- 10 lat temu zaczynałam pracę w zakładzie pogrzebowym. Zajmowałam się wtedy obsługą klienta. To był mój pierwszy dzień. Do biura przyszedł starszy pan z sąsiadem. Chciał pochować córkę, która zmarła na raka. Kilka miesięcy wcześniej odeszła jego żona, również przez nowotwór. Pamiętam, że prosił o skromny pochówek ze względu na brak finansów. Robiliśmy wszystko, żeby pogrzeb był jak najbardziej elegancki, a jednocześnie w zaplanowanym budżecie. Przeżyłam bardzo ten dzień - i myśl, że teraz ten pan zostanie zupełnie sam. Gdybym dziś zobaczyła go na ulicy, wiedziałabym, że to on - opowiada Klaudia Kląskała, która obecnie jest pełnomocniczką właściciela zakładu pogrzebowego Archon.
Wcześniej ze śmiercią oswajała ją mama. W domu mówiło się o pogrzebach i umieraniu od lat. - Moja mama była związana z tą branżą od 2000 roku. Sama zajmowałam się czymś innym, ale pewnego dnia zapytała, czy nie chciałabym na chwilę przyjść i pomóc, bo mają braki kadrowe. Tak już zostało. To bardzo hermetyczna branża; jeśli ktoś już w nią wsiąknie, to trudno stąd odejść - opowiada Klaudia. Nigdy nie bała się rozmów z klientem, nie miewała koszmarów sennych po trudnym dniu. - Czułam raczej głęboki smutek i rozdrażnienie tą śmiercią. Zdarzało się, że klient przychodził do nas nie z rozpaczą, a nostalgią i garścią pięknych wspomnień o zmarłej osobie. Takie rozmowy są inne. Czasami dopowiadałam: "mój dziadek też tak robił". Wtedy sama sprzedaż i wybór towaru rozmywają się gdzieś na drugim planie - najważniejsza jest rozmowa - twierdzi Klaudia. - Trudno do takiej pracy nie podchodzić emocjonalnie, przez co pewne więzy tworzą się naturalnie. Jedna z moich koleżanek zaczęła z klientem morsować. inna poznała takich znajomych, którzy za każdym razem, gdy idą do sklepu, muszą najpierw wstąpić do niej na kawę, żeby się przywitać. Po ludzku. Tragedie zbliżają - dodaje.
Klaudia oswoiła się ze śmiercią, choć widzi na co dzień, jak odległa jest ona dla innych. - Dawniej śmierć celebrowano. Gdy byłam dzieckiem, nagle zmarła mi babcia. Na kilka dni przed pogrzebem leżała w domu. Przychodzili sąsiedzi i najbliższa rodzina, odmawiano różaniec. Teraz ucieka się od tego w udawanie, że śmierci nie ma. Pogrzeby są mniej wystawne i z mniejszą liczbą uczestników. Zazwyczaj zjawia się najbliższa rodzina, garstka osób, zwłaszcza jeśli umiera osoba starsza. Nie wiem, czym jest to spowodowane. Może ludzie zaczynają bać się samych pogrzebów – zastanawia się.
Makijaż do snu
Kiedy Klaudia opowiada, gdzie pracuje, rozmówcom błyszczą się oczy. - Niektórzy myślą, że w biurze przechowujemy osoby zmarłe. Inni zadają pytanie za pytaniem. Większość osób nie wie, jak ta praca wygląda. Staram się cierpliwie wyjaśniać, choć pewnych informacji zdradzić nie można. Zatrudniamy pracowników w trzech głównych kategoriach: obsługa klienta, obsługa pogrzebu i praca w prosektorium. Pierwsza grupa zajmuje się przeprowadzeniem kogoś przez cały proces pogrzebu; polega na pokazaniu wszystkich możliwości i przygotowaniem klienta na to, jak uroczystość może wyglądać. Osoba zatrudniona na tym stanowisku musi najpierw przejść miesięczne szkolenie; uważnie słuchać, obserwować - głównie siebie. Jeśli wraca do domu i nadmiernie rozmyśla o tym, co się wydarzyło - to nie jest dla niej dobry kierunek. Bardziej wymagającą pracą fizycznie jest obsługa pogrzebów. Polega na przygotowaniu grobu, dekoracji. Pracownicy są i przeżywają z klientem chwilę największego rozgoryczenia. Mimo wszystko moim zdaniem najbardziej obciążająca psychicznie jest praca w prosektorium - opowiada Klaudia.
- Na takim stanowisku można pracować po przejściu odpowiedniego szkolenia. Obecnie w naszym prosektorium pracują dwie panie. To one przygotowują osobę zmarłą do ostatniej drogi. Klient musi opisać, w jaki sposób ubierała się, czesała i malowała na co dzień. Ten obraz zostanie z nimi na zawsze. Pracownicy prosektorium robią wszystko, żeby zmarły wyglądał tak, jakby spał. Makijażem nakłada się pozory, że ktoś wciąż tutaj jest. Wreszcie, gdy przyjdzie pora pożegnania, na chwilę spada maska profesjonalizmu. Klient płacze - panie z prosektorium płaczą razem z nim. Najważniejsze, jednak, by wychodząc za drzwi, były w stanie to wyłączyć.
Śmierć zapomniana
Polskie społeczeństwo coraz bardziej boi się śmierci. O próbę przeanalizowania tego zagadnienia poprosiliśmy dra Michała Rydlewskiego - etnologa, antropologa i filozofa z Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. - Moim zdaniem wzmożony lęk przed śmiercią objawia się w coraz silniej zaznaczającej się dominacji postawy zaangażowanej w świat kosztem namysłu nad światem, czyli postawy zdystansowanej. Dzisiaj coraz więcej ludzi nie chce myśleć o świecie, ale go przeżywać, doświadczać, i to coraz mocniej. Rzucamy się w wir wszelkich konsumpcyjnych przyjemności: od podróży, po sporty ekstremalne, kupowanie i gromadzenie dóbr. Rzucamy się w wir pracy. Coraz mniej mamy czasu oraz chęci na myślenie o cierpieniu, śmierci, odchodzeniu, sensie życia, naszym życiu i tego, co po nas zostanie. Zbyt jesteśmy zajęci "realizowaniem siebie” podług coachingowo-kapitalistycznych wzorców, nie pytając zazwyczaj, czy to jest naprawdę to, czego chcę, czy to ja żyję, czy jestem tylko "żyty" przez obce mi wzorce - twierdzi dr Rydlewski.
Ze śmiercią można się jednak oswoić. Z większą łatwością przychodzi to osobom, które w pracy mają styczność z umierającymi. Tym samym lekarze, pielęgniarki, policjanci, strażacy uważniej dostrzegają kruchość ludzkiego życia. - Zapewne mają swoje strategie "znieczulenia”, prawdopodobnie większość z nich się "wyłącza” - zaznacza dr Rydlewski. Jednocześnie podejście społeczeństwa do śmierci wyraźnie się zmienia. Zdaniem eksperta wpływ na to ma szereg różnych czynników, takich jak coraz silniejsza sekularyzacja i laicyzacja polskiego społeczeństwa, w tym niechęć do instytucji Kościoła, kariera nowych form duchowości - i powrót tendencji magiczno-panteistycznych - proces indywidualizacji oraz postrzeganie swojego życia jako dzieła sztuki.
- Myślę jednak, że można się oswoić ze swoją śmiercią. Obserwowałem proces umierania mojej babci oraz mamy. To były osoby głęboko wierzące i to z pewnością im pomagało. Ten moment, kiedy uświadamiamy sobie, że za kilka dni nas nie będzie, chyba zawsze jest momentem absolutnej samotności, nawet jeśli ma się wokół kochających bliskich, którzy powinni towarzyszyć w umieraniu, nawet jeśli to trudne. Uważam, że to nasz ludzki obowiązek, choć kultura ponowoczesna ze swoją ucieczką od śmierci, właściwie jej negacją, nie daje nam żadnych wzorów oswajania śmierci i bycia z umierającą osobą. Wtedy człowiek staje sam na sam ze swoim życiem i chyba dobrze, że ten moment istnieje. To moment prawdy - tylko wtedy nie można już zbyt wiele zmienić. Kontakt ze śmiercią może, a nawet powinien być pewnym szokiem; tak, by skłonił do namysłu nad życiem - zaznacza dr Rydlewski.
Źródło: Radio ZET