Kuriozalne słowa ojca 10-latki. Tak tłumaczył, dlaczego zostawił ją w Bieszczadach
Ojciec 10-latki, który zostawił córkę na szlaku w Bieszczadach, zalecając jej samodzielne zejście z Połoniny Wetlińskiej i znalezienie transportu do Wetliny, idzie w zaparte. Po wszystkim tłumaczył policji, że "w Warszawie córka sama wraca ze szkoły" – poinformowała rzeszowska „Gazeta Wyborcza”.
Ojciec zostawił na szlaku w Bieszczadach swoją 10-letnią córkę. Zmęczona dziewczynka nie miała sił iść dalej. Opiekun polecił jej, by samodzielnie zeszła ze szlaku i znalazła sobie transport do Wetliny. Sam natomiast ruszył z młodszymi dziećmi w dalszą trasę.
Dziewczynką zaopiekował się w górach przewodnik, który szedł na szlaku wraz z grupą harcerzy. 10-latka nie chciała szerzej mówić o swojej sytuacji. Dopiero po przybyciu policjantów opowiedziała o wszystkim, została też zabrana do Wetliny.
Bieszczady. 10-latka zostawiona na szlaku. Kuriozalne słowa ojca
Z gór ściągnięto ojca, skontaktowano się również z matką dziewczynki. Zadziwiające jest to, że ojciec miał po wszystkim pretensje, że przewodnik powiadomił służby.
– Tłumaczył, że córka jest bardzo samodzielna. W Warszawie, gdzie mieszkają, wraca ze szkoły sama – powiedziała rzeszowskiej "Wyborczej" Katarzyna Fechner, oficer prasowa Komendanta Powiatowego Policji w Lesku. Co ciekawe, podobnych argumentów miała używać też mama 10-latki.
Dziewczynka była w dobrym stanie, jednak została sama w górach bez telefonu. W przypadku problemów nie miałaby możliwości żadnego kontaktu z rodziną lub ratownikami. Nieodpowiedzialnym zachowaniem rodzica zajmie się sąd rodzinny.
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET