`

Nie każda rodzina jest święta. „Los dzieci obchodzi ich mniej niż flaszka wódki”

11 min. czytania
29.04.2024 11:52
Obserwuj nas na Google

– Nasz system boi się odbierać dzieci ze środowisk dysfunkcyjnych od razu, czyli wtedy, gdy jest podejrzenie, że coś może być nie tak, bo uważa rodzinę za świętą instytucję, na którą nikt nie powinien „ręki podnosić”. No niestety, nie każda rodzina jest święta… – zaznacza Piotr Matysiak autor książki „Patożycie. Z notatnika kuratora sądowego”. I podkreśla, że potrzebne są zmiany systemowe.

dziecko płacz
fot. EAST NEWS/ zdj. ilustracyjne

Piotr Matysiak do niedawna był kuratorem sądowym. Przez 15 lat przemierzał „Polskę C” – brudną i zaniedbaną. W swojej pracy często spotykał się z osobami dysfunkcyjnymi. To ludzie uzależnieni od alkoholu lub innych środków odurzających. Osoby, które na co dzień posługują się przemocą, żyją w melinach, często nie kontrolując swojego popędu seksualnego. Bywa, że tacy ludzie mają pod opieką dzieci. „A wychowanie mylą z hodowaniem, na które państwo powinno łożyć pieniądze” – tłumaczy Piotr Matysiak.

Monika Kurowska, RadioZET.pl: Gdzie leży „Polska C”?

Piotr Matysiak, autor książki „Patożycie. Z notatnika kuratora sądowego”: Trudno mi jest podać jej dokładną lokalizację, czy też definicję. Moim zdaniem do „Polski C” nie należą wyłącznie oddalone od cywilizacji i zapomniane przez Boga wsie, czy też popegeerowskie stare enklawy, gdzie internet został podłączony dopiero niedawno. „Polska C” to również kamienice, czasami te znajdujące się w centrum miast i osiedla położone na uboczu.

W „Polsce C” żyją bardzo hermetyczni ludzie. Łączy ich duża pobłażliwość na zachowania, które statystycznego Polaka oburzają i szokują. Bo gdy statystyczny Polak w telewizji, prasie czy internecie widzi przemoc wobec dzieci, jest przejęty, przerażony. W „Polsce C” całkowitą normą jest to, że bije się dzieci, daje się im klapsy. Rodzice używają w stosunku do swoich pociech wyzwisk, wulgaryzmów i nie widzą w tym nic złego.

„Polskę C” łączy też umiłowanie alkoholu...

I to właśnie alkohol jest najczęściej powodem ingerencji sądu w życie tych rodzin. To właśnie przez alkohol pojawiają się lub nasilają różnego rodzaju dysfunkcję w tych rodzinach. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że około 60-70 proc. spraw, którymi zajmują się kuratorzy sądowi, związanych jest z nadużywaniem alkoholu. Na drugim miejscu są środki psychoaktywne – często zresztą łączone z alkoholem.

Warto jednak podkreślić, że „Polskę C” cechuje bardzo niewielka świadomość społeczna i bardzo niski poziom edukacji. Ci ludzie żyją w skrajnie nieodpowiednich warunkach – nie mówimy tu tylko o ubóstwie, ale przede wszystkim o brudzie.

Pracował pan jako kurator sądowy ponad 15 lat. W trakcie tego czasu w naszym kraju wiele się zmieniło i wydawać by się mogło, że ogólna świadomość społeczna znacząco wzrosła. Czy to oznacza, że „Polska C” się skurczyła?

Ona bardzo wolno poddaje się jakimkolwiek zmianom. Jest odporna na wszelkie kampanie społeczne – w tym również te antyprzemocowe. Tego typu treści właściwie tam nie docierają. Ludzie, z którymi spotykałem się jako kurator sądowy, najczęściej stosowali chwyt, który nazwałbym „zmianami pozorowanymi”. Jeśli sąd wymagał od nich konkretnej obietnicy, a oni widzieli, że mogą na tym skorzystać – na przykład otrzymując dodatkowe świadczenie, dofinansowanie, mieszkanie socjalne – utrzymywali pozory tak długo, jak się dało. Ale w rzeczywistości nie zmieniali swoich przyzwyczajeń. Trochę bardziej je po prostu kamuflowali.

Gdy zaczynałem pracę, kilkanaście lat temu, miałem zupełnie inne wyobrażenie o „Polsce C”. Wydawało mi się, że to Polska, którą łatwo da się „naprawić”. Że pierwsze dwa, może trzy lata zajmie mi „wyczyszczenie” rejonu. Tam gdzie będzie to konieczne, doprowadzę do odebrania dzieci, w innych miejscach będę sprawował regularny nadzór, tłumaczył, pomagał, a sytuacja będzie stopniowo się poprawiała. Wydawało mi się, że te rodziny zaczną lepiej funkcjonować, ich poziom życia się poprawi, a po kilkunastu latach zauważalny zacznie być również spadek w statystykach dotyczących alkoholizmu czy też przemocy.

Byłem przekonany, że skoro tyle osób – kuratorzy, sąd, asystenci rodzin – będzie wkładało codzienny wysiłek w to, żeby poprawić sytuację „Polski C”, to tak właśnie się stanie...

Rozumiem, że rzeczywistość pana rozczarowała.

Mogę zaryzykować stwierdzenie, że spraw jest coraz więcej, a poziom patologii, czy też dysfunkcji w Polsce stale się pogłębia.

Jakie są tego przyczyny?

Z pewnością jest ich wiele. Z roku na rok dochodzą nowe problemy. W ostatnim czasie przybyło na przykład rozwodów. A to właśnie podczas nich często na światło dzienne wychodzą różne rodzinne problemy – również te związane z przemocą stosowaną przez małżonków.

Ponadto niektórzy uważają, że „pompowanie” pieniędzy w najróżniejsze programy socjalne – bardzo zresztą modne w ostatnim czasie – załatwi problem. Niestety z mojego doświadczenia wynika, że pieniądze rozdawane w sposób niekontrolowany, nie są żadnym rozwiązaniem, a czasami nawet pogłębiają dysfunkcje, bo są przeznaczane na alkohol, czy też inne substancje psychoaktywne.

Jest jeszcze jedna kwestia, którą postaram się wytłumaczyć obrazowo. Dajmy na to, że 15 lat temu nadzorowałem wielodzietną rodzinę, w której problemem było nadużywanie alkoholu. W jej skład wchodziło pięcioro, czy też sześcioro dzieci – wychowywały się w środowisku pełnym przemocy, używek. Przez ten czas dzieci dorosły, założyły własne rodziny. Okazuje się, że większość z nich powiela schematy rodziców, a w ich nowych domach również pojawia się problem alkoholowy, przemoc. Tym sposobom z jednej nadzorowanej rodziny po kilkunastu latach robi się kilka.

W książce „Patożycie. Z notatnika kuratora sądowego” wspomina pan o tym, że „Polska C” nie wychowuje dzieci, ale je hoduje...

W „Polsce C” nie ma świadomości tego, że wsparcie rodziców w edukacji dzieci jest potrzebne. Rodzice uważają, że to szkoła ma obowiązek zająć się edukacją. Kilka lat temu, wszedłem do rodziny mieszkającej w bardzo zaniedbanym miejscu. Zastałem czworo dzieci w wieku szkolnym, a w domu nie zauważyłem żadnego biurka. Na moje pytanie o to, gdzie dzieci odrabiają lekcję, mama pokazała mi biurko w rogu pokoju pełniące funkcję kwietnika, zamiast miejsca do nauki. Wykrzyczała: „a po co im biurko, jak chcą się uczyć, to mogą zostać w szkole”.

Ale hodowanie dzieci to też oziębłość emocjonalna. Rodzice z „Polski C” nie rozmawiają z dziećmi, nie spędzają z nimi czasu. Często jest tak, że samotna mama ma troję lub czworo dzieci i co jakiś czas nowego konkubenta. Taki mężczyzna zazwyczaj wiąże się z kobietą, a nie z jej dziećmi. Jeśli facet toleruje te dzieci, to już jest pewien sukces. Rzadko możemy mówić tu o jakimkolwiek wychowaniu, uczuciu. W takich rodzinach najczęściej nie ma wzorca męskiego, a jeśli już się pojawia, to jest on dysfunkcyjny. Bo tata albo jest stale pijany, albo bije mamę, albo co jakiś czas wraca do więzienia...

W rodzinach funkcjonujących normalnie rodzice przekazują dzieciom pewne wartości. Mówią im, że trzeba się starać, kształcić, pracować, rozwijać się, by coś w życiu osiągnąć, kimś zostać. W rodzinach, które funkcjonują prawidłowo, przynajmniej jedno z rodziców pracuje. Wstaje rano, wykonuje pewne obowiązki. Rodzice gospodarują środkami finansowymi i uczą tego dzieci.

A jak jest w rodzinach dysfunkcyjnych?

Państwo daje: zasiłki, dofinansowania, mieszkania socjalne lub komunalne. Takim rodzinom najczęściej przysługują wszelkie możliwe ulgi finansowe, bo rodzice nie mają dochodów. Jeśli już pracują, to „na czarno”, bo po co mają płacić podatki, skoro mogą schować więcej „do kieszeni”. Dzieci w takich rodzinach hodują się w przeświadczeniu, że kombinowanie, manipulowanie i oszukiwanie jest wygodniejsze i się po prostu opłaca.

Redakcja poleca

Ten system da się jakoś naprawić? Od czego pan zacząłby zmiany?

Jestem zwolennikiem systemu skandynawskiego, czy chociażby niemieckiego. W Polsce czeka się, aż w dysfunkcyjnych domach dojdzie do tragedii, a potem szuka się winnych. Wystarczy przeanalizować doniesienia medialne, by zauważyć ten schemat. Gdy programy informacyjne donoszą o pobitych dzieciach, osoby, które nie mają do czynienia z „Polską C” i tym środowiskiem są w szoku. Społeczeństwo szuka winnych i zastanawia się, czy pracownicy socjalni, kuratorzy sądowi mogli zrobić coś jeszcze, by do tragedii nie doszło.

W systemie skandynawskim jest inaczej. Gdy kurator ma podejrzenie, że dzieciom może coś zagrażać, odbiera je rodzicom i dopiero wtedy rodzinę poddaje się diagnozie. W zdecydowanej większości przypadków działania te okazują się słuszne – pokazują to statystyki. Gdybyśmy w Polsce również podejmowali odpowiednie interwencje szybko i sprawnie, moglibyśmy wyrwać dzieci ze środowisk dysfunkcyjnych. Moglibyśmy wychować je w rodzinach zastępczych, czy nawet placówkach opiekuńczych i przekazać im właściwe wartości.

Ale nasz system polega na czekaniu i odwlekaniu wszystkiego w czasie. Rodzicom z „Polski C” proponuje się terapie alkoholowe, terapie dla sprawców przemocy i czeka się na rezultaty takich działań – najpierw pół roku, potem rok, potem kolejne sześć miesięcy…

Rodzice w tym czasie pozorują, kombinują. Najczęściej nie dlatego, że rzeczywiście zależy im na szczęściu rodziny, ale dlatego, że dzieci są dla nich źródłem pieniędzy i „przepustką” do kolejnych ulg. Bo spójrzmy prawdzie w oczy, tych rodziców los dzieci obchodzi zazwyczaj mniej niż flaszka wódki. A nasz system boi się odbierać dzieci z dysfunkcyjnych rodzin od razu, gdy jest podejrzenie, że coś może być nie tak, bo uważa rodzinę za świętą instytucję, na którą nikt nie powinien „ręki podnosić”. Tymczasem niestety nie każda rodzina jest święta…

Będę adwokatem diabła i zapytam: czy pana zdaniem w takich przypadkach nie należy się druga szansa?

Oczywiście. Takim rodzicom powinno się dawać szansę, ale ograniczoną czasem. Jeśli upłynęłoby, powiedzmy, pół roku i taki rodzic nie podjąłby skutecznej terapii, nie zmieniłby swojego życia i swoich przyzwyczajeń, powinien odczuć konsekwencje swoich działań, np. tracąc mieszkanie komunalne lub socjalne. Jego majątek – jeśli taki posiada – powinien stawać się zabezpieczeniem dla dzieci, które zaniedbał, a które kiedyś opuszczą placówki wychowawcze i będą potrzebowały środków „na start”. Dzięki temu nastolatkowie, którzy opuszczają domy dziecka, nie musieliby wracać do melin, do matek alkoholiczek i ich przemocowych konkubentów.

Obecne rodzice, których dziecko ląduje w placówce wychowawczej, nie ponoszą właściwie żadnych konsekwencji zaniedbań, których się dopuścili. Nie ciąży na nich żadna odpowiedzialność karna czy też finansowa. Bardzo rzadko zostają obciążeni jakimikolwiek alimentami, bo przecież nie mają dochodów. Tacy rodzice bardzo często zostają na melinach, dalej piją, biją, ćpają i często nadal korzystają z niektórych dofinansowań. Takie jest moje doświadczenie.

W pana książce wyraźnie rozbrzmiewa to, że dzieci z „Polski C” mimo tragicznych warunków, w jakich żyją, często bronią rodziców, kryją ich, kłamią na ich korzyść.

Dorośli w swoje kłamstwa często wplątują dzieci – choćby po to, żeby te kłamstwa uwiarygodnić. Rodzice straszą dzieci. Mówią im: „jeśli się poskarżysz, powiesz komuś, że tatuś cię uderzył, a mamusia wczoraj cały dzień była pijana, to pójdziesz do domu dziecka”. Proszę mi wierzyć, żadne dziecko nie chce iść do domu dziecka…

To kolejna porażka systemu? Mam na myśli to, że dzieci wolą wychowywać się w dysfunkcyjnych rodzinach, niż w domach dziecka, gdzie panuje względy spokój.

Proszę pamiętać, że te dzieci wzrastają w konkretnych warunkach. Dla nich normą jest to, że tata jest nieustannie pijany, a mama używa wulgaryzmów. Dla nich normą są kłótnie, bijatyki, wyzwiska. Te dzieci funkcjonują tak od urodzenia. Bronią więc „normy”, która ich otacza, bo innej nie znają. Niestety często później również ją powielają. Jeśli więc chcemy przeciwdziałać tym mechanizmom, musimy pokazać dzieciom inne życie jak najwcześniej. Bo znacznie łatwiej jest nauczyć nowych schematów 5-latka niż 15-latka.

Myślę, że historie, które opisuje pan w książce i sytuacje, o których mówi pan dziś, będą przerażające i szokujące dla większości naszych czytelników. Czy po kilkunastu latach w tym zawodzie coś pana jeszcze szokowało w domach, w których sprawował pan nadzór?

Przyzwyczajenie się do krzywdy dzieci chyba nie jest możliwe. Gdy widzi się półroczne maluchy niemające szansy na normalne życie i niepotrafiące obronić się przed rodzicami, zawsze czuje się niesprawiedliwość – niezależnie od tego, czy taki obraz ma się przed oczami pierwszy, piąty, czy piętnasty raz. A zdarzało mi się widzieć dzieci w naprawdę krytycznym stanie...

Jakaś szczególna sytuacja zapadła panu w pamięć?

Z pewnością było ich kilka. Doskonale pamiętam odbiór półrocznego niemowlaka karmionego stałym pokarmem i mlekiem krowim. To dziecko było w wyjątkowo tragicznym stanie. Miało szereg wad rozwojowych, które ze względu na zaniedbania rodziców nie zostały wcześniej zdiagnozowane. Mimo natychmiastowego przewiezienia dziecka do szpitala, po niedługim czasie zmarło. Nadal widzę to niemowlę leżące bez jedzenia, picia, wychudzone, brudne…

Po obcowaniu z takimi tragediami, powrót do domu i normalne życie, załatwianie codziennych spraw musi być trudne. Kuratorzy nie mogą liczyć nawet na pomoc psychologiczną…

Nie należą do służby mundurowej, więc nie mają takiego wsparcia, nie mają możliwości konsultacji z psychologiem. Właściwie nie mają zapewnionego żadnego sposobu na przepracowanie tych traum.

Ale to niejedyny problem tej pracy. Wchodząc na melinę, właściwie nigdy nie mają pewności, co tam zastaną. Czy będzie spokojnie, czy właśnie spotkają agresywnych mężczyzn pod wpływem alkoholu lub środków odurzających. Kurator może liczyć tylko na swoją intuicję i na swoje wyczucie. Proszę zauważyć, że policjanci pracują dwójkami. Są uzbrojeni w gaz, czasami nawet w broń i asekurują się wzajemnie. Kuratorzy właściwie zawsze są sami.

Były w pana karierze sytuacje, w których się pan bał?

Zdecydowanie. Podczas jeden interwencji pijany mężczyzna gonił mnie, rzucał we mnie przedmiotami, szarpał mnie. Kiedyś zostałem poszczuty bardzo agresywnym owczarkiem niemieckim. Również musiałem uciekać.

Historie moich kolegów i koleżanek z pracy są zresztą podobne. Moja znajoma podczas wizyty u nadzorowanego z zaburzeniami psychicznymi została przez niego zamknięta. Był to rosły mężczyzna. W pewnym momencie zatarasował drzwi wyjściowe swoim ciałem i nie chciał jej wypuścić. Gdy chciała zadzwonić na policję, zaczął jej grozić. Udało się jej wydostać tylko dzięki umiejętnościom negocjacyjnym. Niestety takie przypadki nie są rzadkością...

Praca kuratora sądowego jest trudna, niebezpieczna, ważna i… słabo płatna.

Dlatego jest nas coraz mniej. Młodzi ludzie raczej nie garną się do tego zawodu. Obecnie kuratorzy mają w swoim terenie nawet kilka gmin. Pokonują codziennie kilkadziesiąt kilometrów, pracują w weekendy, wieczorami i popołudniami. Bo żeby udowodnić systemowi, że osoba z dysfunkcją nie powinna mieć pod opieką dzieci, muszą złapać ją „na gorącym uczynku”, a libacje, imprezy, awantury najczęściej mają miejsce późnym wieczorem lub w nocy.

Ponadto system bardzo beztrosko, ale i konsekwentnie dokłada kuratorom sądowym obowiązków, jednocześnie chwaląc się, że prawo wychodzi naprzeciw rodzinom. Osoby decyzyjne mówią: „na pewno sytuacja w tej rodzinie się poprawi, jeśli kurator będzie odwiedzał ją trzy razy częściej”. Za modyfikacją rozporządzenia nie idą jednak nowe etaty. Kuratorzy są przepracowani.

A czy w tej pracy, mimo wszystkich niedogodności i trudności, można liczyć na sytuacje, które budują, i napawają nadzieją na to, że coś rzeczywiście może się zmienić również w „Polsce C”?

Oczywiście. Zdarzało się, że rodziny, w których sprawowałem nadzór zmieniały swoje przyzwyczajenia. I to zawsze jest bardzo budujące.

Kiedyś spotkałem matkę, która w czasie mojego nadzoru miała problem z alkoholem. Z tego powodu zabrano jej dzieci. Ta kobieta podjęła skuteczne leczenie i wyszła na prostą. Niedługo potem odzyskała dzieci. Widząc mnie na ulicy, podeszła i powiedziała: „gdyby nie pan, zapiłabym się na śmierć z moim starym”. Wyznała, że gdy sprawowałem nadzór nad jej rodziną, robiła wszystko, by mnie oszukać i przechytrzyć. Powiedziała, że to właśnie utrata dzieci, zmobilizowała ją do walki z nałogiem. Wiem, że tym dzieciom ostatecznie udało się ukończyć szkoły, a niektóre z nich rozpoczęły już pracę.

Takie rozmowy muszą być wzruszające.

Kiedyś spotkałem na ulicy mężczyznę, który jako nastolatek trafił do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego. Oczywiście żaden nastolatek z dysfunkcyjnej rodziny nie chce tam trafić. Ten dwudziestokilkuletni już mężczyzna powiedział do mnie wtedy: „w MOW-ie nauczyłem się zawodu, teraz mieszkam z dziewczyną i pracuję. Gdybym tam nie trafił, pewnie bym się zaćpał”. A potem zaczął wymieniać nazwiska kolegów, którzy rzeczywiście się zaćpali…

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET