Najpierw alertów RCB nie było wcale, teraz nawet kilka dziennie. Ekspert wskazuje co zmienić
Tylko w ostatnich dniach mieszkańcy Lubelszczyzny i Podkarpacia dostali kilkanaście alertów RCB. Wszystkie w alarmistycznym tonie, o różnych porach dnia i nocy. Zdecydowana większość się nie sprawdziła. - Treść SMS-ów z pewnością wymaga modyfikacji. Dziś wskazują, że musimy coś pilnie zrobić, tymczasem z naszej perspektywy są de facto komunikatem informacyjnym – mówi portalowi RadioZET.pl Sergiusz Parszowski, ekspert do spraw bezpieczeństwa. Wskazuje też, dlaczego system wysyłania alertów wymaga zmian.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie są opinie mieszkańców Lubelszczyzny o alertach RCB
- Dlaczego eksperci krytykują częstotliwość wysyłania alertów.
- Które zmiany w systemie RCB można wprowadzić w pierwszej kolejności.
Zaczęło się 20 sierpnia o godz. 4.13. „UWAGA! UWAGA! UWAGA! Na obszarze zachodniej Ukrainy trwa zmasowany atak powietrzny. Sledz komunikaty.” Po godzinie alarm został odwołany. W ciągu kilkunastu ostatnich dni mieszkańcy Lubelszczyzny i Podkarpacia dostawali kolejne alerty. Tak było 30 sierpnia, a następnie 5, 8 (w sumie cztery alerty), 10, 12 i 13 września. Często w nocy lub z samego rana.
- Ostatni po prostu zignorowałem. Obudziłem się, poczekałem chwilę, aż go odwołają i po kilkunastu minutach poszedłem spać. Żona na początku panikowała. Teraz też podchodzi do tego spokojniej. Jak można brać na serio alerty RCB, skoro z większości niewiele wynika. Wiemy, że jest wojna na Ukrainie, że są bombardowania i naprawdę szkoda nam tych ludzi, którzy giną. Ale wysyłanie alarmów co dwa dni, w nocy uważam za przesadę. Niektóre są kuriozalne - mówi Wojciech mieszkaniec Lublina. Nie jest to odosobnione zdanie.
Zbyt dużo alertów RCB? „Rząd straszy, zamiast ostrzegać”
Krzysztof wspomina sytuację z niedzielnej nocy. Po godz. 4 dostał SMS, żeby udać się w bezpieczne miejsce i stosować do poleceń lokalnych służb. - Powiedzmy, że zszedłbym do garażu podziemnego, gdzie nie mam zasięgu. Ile tam miałem spędzić czasu? Jak dowiedziałbym się o odwołaniu alarmu? Ani w lokalnych mediach, ani w telewizji nie było żadnych komunikatów. Rozumiem, że rząd chce nas ostrzegać, ale to, co się dzieje od połowy sierpnia nie jest ostrzeganiem, tylko straszeniem. Straszeniem, z którego nic nie wynika – twierdzi mieszkaniec Lublina. Jego żona na noc wyłącza powiadomienia.
Niedzielny (13 września) komunikat Rządowe Centrum Bezpieczeństwa wysłało do mieszkańców województw lubelskiego i podkarpackiego. Mieszka tam około czterech milionów ludzi. Według oceny zagrożenie było duże. Jeden z rosyjskich dronów trafił w pociąg stojący na przejściu granicznym Dorohusk-Jagodzin, 800 metrów od polskiej granicy. Kolejny w stację benzynową tuż przy granicy. W kilku powiatach Lubelszczyzny zawyły syreny alarmowe. Mieszkańcy ponownie nie wiedzieli jak postępować. Dodajmy, że w przygranicznej gminie Dorohusk nie ma ani jednego schronu.
Z kolei poprzednie alerty dotyczyły wyłącznie potencjalnego zagrożenia. - Jeden z nich dostałem w niedzielę (30 sierpnia – przyp. red.), odwiedzałem rodzinę, siedzieliśmy przy obiedzie. Po nim już cały czas siedziałem w napięciu. I to: „UWAGA! UWAGA! UWAGA!”, jakby nie można było napisać tego raz, albo zacząć od słowa „ostrzeżenie”. Atak był poza Polską, czytam o „śledzeniu komunikatów”, zero konkretów. I jakby tego było mało, SMS-a z odwołaniem alertu nie dostałem. Kompletnie tego nie rozumiem – dodaje Wojciech.
W sieci także trwa dyskusja na temat tego, czy RCB odpowiednio informuje mieszkańców. Czy SMS-y w ostatnim czasie nie przychodzą za często i do zbyt wielu mieszkańców. Politycy PiS krytykują rząd za politykę informacyjną w tym zakresie. Rząd tłumaczy, że woli dmuchać na zimne. Co na to eksperci?
System ostrzegania jak konsoleta radiowca
Sergiusz Parszowski, prezes think tanku Obserwatorium Bezpieczeństwa, doradca w sprawach bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego zauważa, że w ostatnim czasie sytuacja uległa zmianie. Rosja częściej atakuje zachodnią Ukrainę. Polscy politycy i służby ostrzegają o możliwej eskalacji. Mimo tego, w jego ocenie, komunikatów w ostatnim czasie jest zdecydowanie za dużo.
- Często porównuję temat ostrzegania i alarmowania do pracy dźwiękowca w radiu, który ma konsoletę z różnymi suwakami. Jeden daje lekko w górę, drugi w dół, coś zmienia i dostosowuje cały czas do okoliczności. Ostrzeganie i alarmowanie o zagrożeniach też powinno tak wyglądać. Służby, rząd, wojsko muszą próbować znaleźć „złoty środek”. Nieinformowanie społeczeństwa sprawi, że ludzie nie będą wiedzieli, co się dzieje i nie będą mieli szansy na reakcję. W przypadku, kiedy ktoś poniesie szkodę, będzie ranny, zginie, dojdzie jeszcze odpowiedzialność karna. Z drugiej strony zbyt duża liczba komunikatów powoduje, że one powszednieją, uodparniamy się na nie i zaczynamy je lekceważyć, ignorować - mówi portalowi RadioZET.pl Sergiusz Parszowski.
Zauważa też, że rząd zmienił strategię po upadku rosyjskiej rakiety w miejscowości Tarnawa-Kolonia, w nocy ze środy na czwartek 30 lipca. W wielu powiatach Lubelszczyzny wybrzmiały wówczas syreny, ale nie było alertów. W mediach także nie było żadnych informacji. Nasz portal, jako jeden z pierwszych, informował co się wówczas wydarzyło. Rząd, a w szczególności szef MSWiA Marcin Kierwiński byli za to krytykowani. Już kolejnego dnia rozesłano alert, by pobrać poradnik bezpieczeństwa. Problem w tym, że nie działał odnośnik do strony internetowej. Później nastąpił prawdziwy wysyp alertów.
- Dzisiaj tych komunikatów jest zdecydowanie za dużo. To wynika ze zmiany podejścia rządu po incydencie z rakietą w Tarnawie-Kolonii. Ono się zmieniło o 180 stopni. Wcześniej przecież też były naloty na Ukrainę. Oczywiście dziś jest ich więcej, dotyczą zachodniej Ukrainy, więc mamy obiektywny czynnik. Natomiast wysyłanie alertów co drugi-trzeci dzień, w środku nocy, sprawia, że ludzie przestają na nie reagować. I tu wracamy do suwaków. Wcześniej one były obniżone, teraz zostały podniesione niemalże maksymalnie do góry. Tymczasem one powinny znaleźć się gdzieś pośrodku. Być może to jest to też kwestia zdolności monitorowania zagrożenia ze strony państwa, które dziś nie są wystarczające. Infrastruktura, która mogłaby jeszcze precyzyjniej monitorować zagrożenie, dopiero powstaje. Gdy będzie w pełni gotowa może pomóc, chociaż część tych alertów ograniczyć - zauważa Parszowski.
Sergiusz Parszowski, prezes Obserwatorium Bezpieczeństwa
System alertów RCB wymaga zmian? Ekspert wskazuje
Przypomnijmy, że rząd pisze o systemie SMS-owego powiadamiania o zagrożeniach tak: „Alert RCB (…) Jest wykorzystywany w sytuacjach nadzwyczajnych, wtedy, gdy występuje prawdopodobieństwo bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia na znaczącym obszarze. Alert RCB powstaje na podstawie informacji o potencjalnych zagrożeniach otrzymywanych z ministerstw, służb np. policji, straży pożarnej, straży granicznej, urzędów i instytucji centralnych, np. Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej oraz urzędów wojewódzkich.”
Kluczowe są więc dwie kwestie. Sytuacja musi być nadzwyczajna. A zagrożenie zdrowia lub życia powinno być bezpośrednie, a nie potencjalne.
Według Sergiusza Parszowskiego system informowania wymaga zmian z kilku względów. Chodzi przede wszystkim o to, aby komunikaty nie spowszedniały i nie były ignorowane przez mieszkańców. Do tego trzeba też dodać większą precyzję ich wysyłania. Może nie całe województwa, a konkretne powiaty, gdzie według systemów zagrożenie według wojska może być największe.
- Ciężko oceniać każdy pojedynczy przypadek. Nie mamy takiej wiedzy, jaką ma wojsko, które monitoruje trajektorię lotu pocisków, rakiet manewrujących czy dronów. Natomiast dziś uczymy się na żywym organizmie. Ta duża ilość komunikatów wynika z ostrożności, a także z odpowiedzialności opisanej w kodeksie karnym. Rządzący wolą się zabezpieczyć i wysłać więcej SMS-ów, niż żeby zabrakło chociażby jednego. Bo mieliśmy już w Polsce przypadek urzędnika, który nie przesłał dalej komunikatu o zagrożeniu meteorologicznym i został skazany prawomocnym wyrokiem sądu - przypomina prezes Obserwatorium Bezpieczeństwa.
I wskazuje, gdzie w pierwszej kolejności powinny zajść zmiany. - Treść SMS-ów z pewnością wymaga modyfikacji. Ja dzielę komunikację kryzysową na trzy rodzaje komunikatów: informacyjne, ostrzegawcze i alarmowe. Każdy z nich ma inną pilność. Informacyjny przekazuje potrzebną wiedzę. Ostrzegawczy informuje o potencjalnym zagrożeniu, które jeszcze niekoniecznie wystąpiło. Alarm uruchamiamy, kiedy zagrożenie jest nieuchronne, albo jego wystąpienie graniczy niemalże z pewnością. Jeśli teraz mamy trzykrotnie powtórzone słowo „Uwaga” w sytuacji ataków w zachodniej Ukrainie, to ile razy trzeba będzie je powtórzyć, gdy będzie leciał do nas rój dronów? Taki SMS wskazuje, że musimy coś pilnie zrobić, tymczasem z naszej perspektywy jest to de facto komunikat informacyjny - zauważa Sergiusz Parszowski.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET