"Nie można akceptować takiego tłumaczenia". Mieszkańcy wściekli po pożarze kamienicy

2 min. czytania
26.09.2025 10:59
Obserwuj nas na Google

Mieszkańcy kamienicy przy al. Hallera w Gdańsku od lat zgłaszali problemy z lokatorem, który składował śmieci, organizował libacje alkoholowe i zagrażał bezpieczeństwu, co ostatecznie doprowadziło do tragicznego pożaru. W efekcie ludzie od trzech tygodni nie mogą wrócić do zalanych podczas akcji gaśniczej mieszkań. - Jeżeli od 20 lat kierowane są pisma dotyczące zagrożeń, to nie można akceptować takiego tłumaczenia, jakie było wczoraj na radzie miasta, że proces eksmisyjny rwa długo - mówi w Radiu ZET jeden z poszkodowanych., 

Spalona kamienica
fot. Oliwia Domanska/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie problemy sprawiał lokator przed pożarem i od jak dawna?
  • Dlaczego procedura eksmisyjna trwała tak długo w Gdańsku?
  • Co sądzą mieszkańcy o reakcjach władz na ich zgłoszenia?
  • Jakie są skutki pożaru dla mieszkańców i ich mieszkań?

Pożar przy al. Hallera w Gdańsku. Od trzech tygodni nie mogą wrócić do domów

Mieszkańcy kamienicy przy alei Hallera w Gdańsku, której górna część spłonęła w pożarze, od trzech tygodni nie mogą wrócić do domów. Ludzie mają ogromny żal do władz miasta, bo mężczyzna, w którego lokalu pojawił się ogień, od lat sprawiał problemy. 

Mieszkańcy mówią o składowaniu śmieci, organizowaniu libacji alkoholowych, zalaniach sąsiadów. Co jeszcze bardziej szokujące, mężczyzna zajmował mieszkanie należące do gminy i dopiero w sierpniu tego roku udało się uzyskać nieprawomocny nakaz eksmisji. Zanim go wykonano, lokal spłonął, jego lokator zginął, a mieszkania sąsiadów zostały zalane podczas akcji gaśniczej. 

Redakcja poleca

Jedna z poszkodowanych kobiet mówi Radiu ZET, że była w mieszkaniu i jest załamana tym, co zobaczyła. - Ciężka sprawa. Otworzyłam okna, bo spleśniałe są ściany, sufity, podłogi. To wszystko jest do zbicia - opowiada. 

Władze wiedziały o problemach od 20 lat. "Nie można tego zaakceptować"

Inni mieszkańcy zwracają uwagę, że mężczyzna od wielu lat sprawiał problemy, co było zgłaszane władzom. - Jeżeli od 20 lat kierowane są pisma dotyczące zagrożeń, to nie można akceptować takiego tłumaczenia, jakie było wczoraj na radzie miasta, że proces eksmisyjny trwa długo, bo na pewno trwa krócej niż 20 lat - mówi jeden z nich. - Tym bardziej że ten człowiek wygrażał często sąsiadom, że spali kamienicę - dodaje inna. 

Mieszkańcy mają też żal do urzędników z miejskiego ratusza. W rozmowie z Radiem ZET mówią, że nikt nie spotkał się z nimi, żeby porozmawiać o naprawie skutków pożaru. Do czasu naprawy dachu, która niewiadomo kiedy się zakończy, żadna z rodzin nie będzie mogła się ponownie wprowadzić. 

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET