`

Obrońca kolegi Łukasza Ż. uderza w prokuraturę. "Byłem w szoku, jak zobaczyłem materiały dowodowe"

3 min. czytania
08.10.2024 22:10
Obserwuj nas na Google

- Byłem w szoku, jak zobaczyłem materiały dowodowe. Wynika z nich, że było zupełnie inaczej niż przedstawiła to prokuratura. Mój klient nie zgadza się z zarzutami - powiedział w rozmowie z Onetem pełnomocnik Maciej O., kolegi zatrzymanego w Niemczech Łukasza Ż. Obaj wraz trzema innymi osobami jechali w aucie, które prowadził Ż., gdy na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie doszło do wypadku drogowego. W zdarzeniu zginął mężczyzna, a jego żona i dzieci trafili do szpitala.

Wypadek Trasa Łazienkowska
fot. Piotr Jedzura/REPORTER, Policja (screen)

Wypadek na Trasie Łazienkowskiej. Adwokat kolegi Łukasza Ż. zabrał głos

Nie milkną echa wypadku, do którego doszło w nocy z 14 na 15 września na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie. Rozpędzony volkswagen uderzył z impetem w tył forda, którym jechała czteroosobowa rodzina. Śmierć na miejscu poniósł 37-letni mężczyzna, podróżujący w drugim z tych samochodów. Jego żona oraz ich dzieci - 8-letnia córka i 4-letni syn - w ciężkim stanie trafili do szpitala. Volkswagena prowadził Łukasza Ż., który po tym, jak doszło do tragedii, uciekł z miejsca zdarzenia.

Według ustaleń prokuratury trzech innych uczestników podróży również miało się oddalić, zostawiając na miejscu ranną kobietę - partnerkę kierowcy. Mikołaj N., Damian J. i Maciej O. zostali zatrzymani na miejscu wypadku, natomiast Łukasza Ż. zatrzymano kilka dni później w jednym ze szpitali na terenie Niemiec. Oprócz nich status podejrzanych w sprawie mają jeszcze dwie osoby. Mikołaj N., Damian J. i Maciej O. usłyszeli zarzuty nieudzielenia pomocy i poplecznictwa. Grozi im do pięciu lat więzienia.

Redakcja poleca

Onet skontaktował się z adwokatem Macieja O., który - jak się okazuje - przedstawił inną wersję wydarzeń niż ta, którą podała prokuratura. Mec. Krzysztof Dadura przekonuje, że jego klient jest niewinny, co wynikać ma z materiałów dowodowych. - On był tam na miejscu w zupełnie innej sytuacji niż pozostali jego koledzy. Sam był też pokrzywdzony, był właściwie w tej samej sytuacji, w jakiej była ta dziewczyna Łukasza Ż., choć oczywiście miał lżejsze obrażenia niż ona. W chwili wypadku siedział za kierowcą. Miał stłuczenia rąk i nóg, a także doznał obrażeń głowy po uderzeniu w zagłówek fotela kierowcy - tłumaczy prawnik. 

Pełnomocnik Macieja O.: prokuratura poczuła, że sprawa jest medialna

Ustalenia śledczych mówią, że cała czwórka mężczyzn z volkswagena miała od razu po wypadku utrudniać postępowanie, m.in. odganiać osoby, które chciały pomóc poszkodowanej w wypadku dziewczynie Ż. Jedna z hipotez głosiła, że chcieli ją nawet wrobić w prowadzenia pojazdu. Piotr Skiba, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie, nazwał to "zorganizowaną akcją" i "przypadkiem bez precedensu". Zupełnie nie zgadza się z tym mec. Dadura, który twierdzi, że jego klient "cały czas był z boku".

- Wyciągnęło go z rozbitego auta dwóch przypadkowych ludzi, którzy pojawili się tam na miejscu. Nie brał udziału w tych wszystkich akcji odganiania, przebierania się, ucieczek i tych innych dziwnych sytuacji. Leżał przy barierkach, przy przypadkowej dziewczynie, która mu pomagała i co chwilę tracił przytomność z powodu obrażeń głowy, jakich doznał. Jego obrażenia były widoczne. To wynika też z zeznań świadków, jak również z dostępnych w internecie filmów z tego zdarzenia - wyjaśnia adwokat w rozmowie z Onetem. 

Prokuratura poczuła, że sprawa jest medialna i wrzuciła wszystkich do jednego worka, nawet nie analizując prawidłowo tych zeznań świadków. Byłem w szoku, jak zobaczyłem materiały dowodowe, bo wynika z nich, że było zupełnie inaczej, niż przedstawiła to prokuratura. Mój klient nie zgadza się z zarzutami. Ani nie utrudniał śledztwa, ani nikomu nie pomagał w ucieczce - mec. Krzysztof Dadura

Dadura relacjonuje też, że jego klient "miał prawo do odmowy składania wyjaśnień" i "nie należy mu z tego powodu czynić zarzutu". Jego zdaniem Macieja O. zniechęciła do tego postawa funkcjonariuszy na miejscu tragedii. - Z jego relacji wynika, że [...] siedział w karetce, a policjanci do niego przybiegli i zaczęli krzyczeć: "ty prowadziłeś, to ty prowadziłeś!", jakoś tak agresywnie go atakując. To nie była ani rozmowa, ani rozpytanie. Pan Maciej poczuł, że nie jest to działanie ukierunkowane na wyjaśnienie sytuacji, tylko atak - przyznaje. 

Zapytany o spożycie alkoholu przez osoby z volkswagena, rozmówca Onetu odpowiada, że "nie widział wyników badań", ale przekonuje, że "jego klient jako pasażer miał prawo" pić alkohol przed jazdą. Nie zgadza się też z zastosowaniem wobec O. aresztu. - Jest zupełnie bezzasadny. Nie ma żadnych przesłanek do zastosowania tego środka zapobiegawczego - nie ma groźby wysokiej kary czy uprawdopodobnionej obawy matactwa - mówi. Jednocześnie nie chciał zabierać głosu ws. sytuacji pozostałych podejrzanych.

Źródło: Radio ZET/Onet

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET