Oskarżenie o przemoc i dyscyplinarka to nie koniec. Znany prawnik będzie miał kolejne kłopoty?
Po oskarżeniu o wieloletnie psychiczne znęcanie się nad żoną oraz obrażanie i poniżanie studentów prof. Andrzej K., znany prawnik z Lublina, może mieć kolejne problemy. Prokuratura bada wątek jego fikcyjnego zatrudnienia w PZU. Jako doradca w ciągu kilku miesięcy miał zarobić ponad 450 tys. zł. Efekty pracy? Nieznane.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego doradztwo prof. Andrzeja K. w PZU budzi kontrowersje.
- Na jakim etapie jest śledztwo w sprawie fikcyjnych doradców PZU.
- Jakie działania w tej sprawie zamierza podjąć państwowa spółka.
- O co oskarżany jest prof. K. i jakie postępowania dyscyplinarne toczą się wobec niego.
- Czyny, których miał się dopuścić profesor K., są oczywiście naganne. Ale proszę zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt jego ostatniej działalności. Profesor znalazł się na liście "fikcyjnych doradców PZU". Za półroczny kontrakt zainkasował grubą kasę. Problem w tym, że nikt nie wie, czym się zajmował i jakie są efekty tego doradztwa - skomentował w rozmowie z nami jeden z wykładowców lubelskiej uczelni, który śledzi ostatnie wydarzenia z udziałem profesora K.
Rzeczywiście, nazwisko znanego prawnika pojawia się w audycie otwarcia grupy PZU za lata 2016-2024. Dokument przygotowany przez kancelarię prawną prof. Marka Chmaja objął lata rządów Prawa i Sprawiedliwości. Wynika z niego, że spółka mogła ponieść szkody w wysokości ponad 700 mln zł. Jednym z wątków audytu jest zatrudnianie osób związanych z PiS lub sympatyzujących z partią na fikcyjnie tworzonych stanowiskach. W tym kontekście wymieniany jest właśnie prof. Andrzej K., specjalista prawa gospodarczego i handlowego oraz wykładowca UMCS.
Profesor K. w PZU na "liście cichych wyjątków"
K. został doradcą zarządu PZU 15 listopada 2023, czyli miesiąc po przegranych przez PiS wyborach, ale w czasie, gdy partia nie oddała jeszcze władzy i nadal związani z nią ludzie rządzili m.in. w państwowych spółkach. W PZU prezeską była wówczas Beata Kozłowska-Chyła, prawniczka z Uniwersytetu Warszawskiego, była szefowa ZUS-u za rządów PiS.
Prof. K. miał doradzać w sprawach prawnych z pensją w wysokości 50 tys. zł. Z ustaleń "Polityki" wynika, że nie był zarejestrowany w systemie korporacyjnym PZU, nie miał służbowego adresu mailowego, a z komórki nie zadzwonił ani razu. W ciągu pół roku pracy miał się widzieć z prezeską spółki zaledwie pięć razy. Tygodnik dotarł też do maila, jakie dział HR miał przekazać do specjalistów od IT: "Zatrudniliśmy od dziś nowego wyjątkowego w WKK (wyższa kadra kierownicza – przyp. red.). Prośba o dopisanie go do listy wyjątków, tj. nie tworzyć dla niego adresu mailowego, niech pan Andrzej będzie naszym cichym wyjątkiem". - brzmiała wiadomość.
PZU
W styczniu 2024 roku, a więc już po utracie władzy przez PiS, zmieniono umowę K. Spółka w razie rozwiązania miała wypłacić prawnikowi 600 tys. zł odszkodowania w ramach zakazu konkurencji. Ostatecznie tak się nie stało. Spółka rozstała się z Andrzejem K. 30 kwietnia 2024 roku. Wypowiedzenie prawnik otrzymał po zwolnieniu Kozłowskiej-Chyły. I ponoć nie chciał go przyjąć. "Polityka" pisze o próbach powoływania się na wpływy, znajomości z osobami u władzy, a nawet próbie zastraszania. W ciągu niespełna sześciu miesięcy pracy prof. K. miał zarobić łącznie 454 tys. zł.
Audyt wywołał ogromne poruszenie. Na liście „fikcyjnych doradców PZU” wymieniono także prof. Alojzego Nowaka, rektora UW. W spółce miał zarobić 4 mln zł. Z kolei Witold Ziobro (ale występujący pod nazwiskiem Kornicki), prywatnie brat Zbigniewa Ziobry, miał zarobić w banku Pekao, kontrolowanym przez PZU aż 4,6 mln zł. Wicepremier Krzysztof Gawkowski ponad rok temu zapowiadał wnioski do prokuratury wobec osób, które nienależnie pobrały wynagrodzenie.
Śledztwo w sprawie fikcyjnych doradców PZU przedłużone
- Wszyscy się oburzyli, a później sprawa na dłuższy czas przycichła. Raport przeleżał kilka miesięcy w szufladzie i dopiero do upomnieniu z Ministerstwa Aktywów Państwowych zostały skierowane zawiadomienia do prokuratury. Dotyczą m.in. fikcyjnych doradców. Na liście osób, co do których pracy są wątpliwości, wymieniony jest też profesor K. - dodaje nasz rozmówca.
Śledztwo w tej sprawie trwa. Niedawno zostało przedłużone do 14 kwietnia 2026 roku. „Cały czas wykonywane są czynności z udziałem świadków i analizowana jest dokumentacja. Nikomu nie przestawiono zarzutów w przedmiotowym postępowaniu” - informuje RadioZET.pl prokurator Karolina Staros, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga, gdzie toczy się śledztwo.
Dodaje, że Andrzej K. "nie jest stroną tego postępowania." Nie występuje więc w nim ani jako świadek, ani jako podejrzany. To jednak nie oznacza, że w przyszłości ten status się nie zmieni. "Jeśli chodzi o stawianie komukolwiek zarzutów – nie informujemy o tym, czy rozważamy wydanie postanowienia o przedstawieniu zarzutów. Jeśli takie postanowienie zostanie wydane, wtedy stosowna informacja będzie mogła być udostępniona." - tłumaczy prokurator Staros.
Prof. K. nie chce rozmawiać. Mówi o "medialnej nagonce"
Zapytaliśmy biuro prasowe PZU, czy oprócz złożenia zawiadomienia do prokuratury władze spółki podjęły inne działania wobec osób, co do których są wątpliwości w sprawie świadczenia usług - np. wniosek o zwrot nienależnie wypłaconych pieniędzy. Spółka odpisała, że nie ujawnia szczegółów ze względu na tajemnicę postępowania przygotowawczego oraz współpracę "z odpowiednimi organami".
"Jeśli natomiast chodzi o postępowania cywilne w sprawach dotyczących byłych doradców zarządów spółek z Grupy PZU, aktualnie trwa analiza prawna możliwości i zakresu dochodzenia roszczeń w procesach cywilnych względem osób odpowiedzialnych za wyrządzone szkody. Z uwagi na taktykę procesową PZU, nie możemy udzielić bardziej szczegółowych informacji." - odpowiada biuro prasowe PZU.
Spółka przekonuje też, że rozliczenie nieprawidłowościach opisanych w audycie otwarcia jest dla niej priorytetem. "Jesteśmy zdeterminowani, by wskazać odpowiedzialnych za takie decyzje i wyciągnąć wobec nich konsekwencje, a także wykonać działania naprawcze w spółkach, które zminimalizują ryzyko pojawienia się podobnych nadużyć w przyszłości." - dodaje biuro.
O trwającym śledztwie chcieliśmy porozmawiać z profesorem Andrzejem K. Prawnik na wstępie zaznaczył, że nie chce wypowiadać się na żadne tematy i nie zgadza się na zamieszczenie jego wypowiedzi. Jak tłumaczył, to efekt "medialnej nagonki" na niego. Później jednak przekonywał, że zarzuty, które padają w audycie, są absurdalne, a on dobrze wykonał swoją pracę, wywiązał się w 100 proc. z umowy, mimo że zarabiał "gówniane pieniądze". Twierdzi, że nie ma sobie nic do zarzucenia. A gdyby wiedział, jak sprawa zostanie rozdmuchana, to nie podpisałby umowy. O zakresie swojej umowy nie chciał rozmawiać.
Przypomnijmy, że prof. Andrzej K. jest jednym z najbardziej znanych prawników w Polsce. Do niedawna był wykładowcą w Katedrze Prawa Gospodarczego i Handlowego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, a w przeszłościm.in. ekspertem komisji sejmowych, doradcą rządu, członkiem rady nadzorczej KGHMczy konsulem honorowym Republiki Federalnej Niemiec w Lublinie.
Profesor oskarżony o znęcanie nad żoną i poniżanie studentów
W ubiegłym tygodniu prof. Andrzej K. stanął przed sądem. Jest oskarżony o psychiczne znęcanie się nad żoną. Z aktu oskarżenia wynika, że jej koszmar trwał blisko 20 lat, a K. bez przyczyny urządzał awantury, obrażał, wyzywał i poniżał żonę. Miał jej też grozić "utratą życia". W związku z tym policja zabezpieczyła trzy sztuki broni należące do profesora. Mężczyzna posiada zezwolenie na broń.
Po awanturach profesor przepraszał, obiecywał poprawę, ale później znów powtarzał się ten sam schemat - przekonuje prokuratura. Andrzej K. nie przyznał się do stawianych zarzutów. Jego proces będzie toczył się za zamkniętymi drzwiami. O wyłączenie jawności wnioskowała jego żona. Za psychiczne znęcanie się grozi do pięciu lat więzienia. Profesor nie chciał rozmawiać o zarzutach z dziennikarzami. Zapewniał jednak, że był wzorem męża i ojca. Nie zgodził się na cytowanie swoich wypowiedzi i pokazywanie wizerunku, mimo że wcześniej występował pod nazwiskiem.
W sprawie prof. Andrzeja K. toczą się też dwa postępowania dyscyplinarne na UMCS. Pierwsze ma związek ze skargami studentów złożonymi wiosną ubiegłego roku. Z zawiadomienia wynika, że wykładowca miał ich obrażać i poniżać nazywając m.in. "kupą idiotów", kretynami, gnidami. Natomiast do studentek miał kierować seksistowskie uwagi. Drugie postępowanie to efekt rozpoczętego procesu karnego.
- Prof. K. jest osobą o wybujałym ego, nieznoszącą sprzeciwu, zawsze chce postawić na swoim. Z tego wynikają różnego rodzaju konflikty. O zachowaniu prof. K. mówiło się na uczelni od dawna, ale nie było na to twardych dowodów. Trzeba też pamiętać, że to, co było akceptowalne 10-20 lat temu, teraz jest nie do pomyślenia. W związku z tym nie jestem zaskoczony skargami studentów. Skoro rektor go zawiesił, to dowody muszą być bardzo mocne - komentuje jeden z wykładowców UMCS.
Profesor K. już w ubiegłym roku został odsunięty od prowadzenia zajęć ze studentami. Natomiast na początku sierpnia rektor UMCS prof. Radosław Dobrowolski zawiesił prof. Andrzeja K. w wykonywaniu obowiązków na pół roku i o połowę obniżył mu pensję. To maksymalna sankcja, jaką mógł zastosować rektor. Profesorowi K., w przypadku udowodnienia winy w postępowaniu dyscyplinarnym, grozi od nagany do nawet wydalenia z uczelni i pozbawiania prawa pełnienia funkcji kierowniczych na uczelniach lub pozbawiania prawa wykonywania zawodu nauczyciela akademickiego do 10 lat.
Źródło: Radio ZET/Polityka
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET