Patrząc w ciemność. Służba na granicy polsko-białoruskiej po incydencie w Mielniku
- Robimy swoje. Reżim Łukaszenki nie zatrzyma się przez jeden wypadek - mówi dowództwo operacji Bezpieczne Podlasie po incydencie z pijanym żołnierzem. Na zaproszenie Ministerstwa Obrony Narodowej i 18. Dywizji Zmechanizowanej odwiedziliśmy strefę buforową przy granicy polsko-białoruskiej. Jak wygląda patrolowanie granic, codzienna służba i wzmocniona stalowa bariera? Dowiecie się z relacji reportera Radia ZET Michała Makowskiego.
- 8 zdjęć Zobacz galerię
Czarny Łabędź
Do bazy wojskowej OC Zielona w Karakulach nieopodal Białegostoku przyjechaliśmy nieco ponad tydzień po dramatycznych wydarzeniach, które położyły się cieniem na kryptonimie operacji Bezpieczne Podlasie. 1 stycznia 25-letni szeregowy Daniel H. stacjonujący w Mielniku powinien odpoczywać po 12 godzinnym patrolu spędzonym bezpośrednio przy granicy czyli na tzw. pasku. Zamiast tego razem ze współlokatorem z kontenera mieszkalnego wypił pół litra wódki, a następnie zabrał służbowy karabinek Grot i zaczął strzelać w powietrze.
Żołnierz zatrzymał przejeżdżającego pobliską drogą VW Golfa, którym podróżował mieszkający w okolicy ojciec z córką. Ojciec wysiadł z samochodu i zaczął dyskutować z agresywnym żołnierzem, który groził W międzyczasie nastolatka uciekła z samochodu. Kiedy kierowca Golfa zawrócił i odjechał Daniel H. złożył się do strzału w kierunku Golfa i pociągnął za spust. Pełnopłaszczowy pocisk z łatwością przebił tylną klapę, fotel pasażera i wyszedł przez przednią szybę. Gdyby dziewczynka została w samochodzie całe zdarzenie prawdopodobnie skończyłoby się tragicznie.
Szeregowy został wydalony ze służby i skazany przez Sąd Garnizonowy w Olsztynie na 3 miesięczny areszt. Prokuratura postawiła mu zarzuty usiłowania zabójstwa, przekroczenia uprawnień, kierowania gróźb karalnych i wprowadzenia się w stan upojenia alkoholowego podczas służby. Mężczyźnie grozi nawet dożywocie. Jak zeznał, nie zamierzał nikomu zrobić krzywdy a jedynie „narobić hałasu”. Po zatrzymaniu Daniel H. wydmuchał blisko 2 promile alkoholu.
- Raz na jakiś czas rodzi się Czarny Łabędź i niestety to nas spotkało – powiedział z nutą goryczy generał Arkadiusz Szkutnik, główny dowódca operacji Bezpieczne Podlasie. Wcześniej Daniel H. Pełniący Dobrowolną Zasadniczą Służbę Wojskową nie sprawiał żadnych problemów i pozytywnie zaliczał szkolenia specjalistyczne oraz badania psychologiczne. Mężczyzna nie zgłaszał problemów osobistych, a wolny czas spędzał na siłowni i przy grach komputerowych.
Zmiany organizacyjne
18 Dywizja Zmechanizowana robi teraz wszystko, aby zmyć wizerunkową plamę pozostawioną przez czarną owcę. Żołnierze spotykają się z okolicznymi mieszkańcami, uczniami szkół i samorządowcami. „Ludzie dalej nam machają, gdy nas widzą. Z takim zachowaniem nie spotkałem się nigdzie w kraju.” – powiedział Radiu ZET anonimowo jeden z podlaskich mundurowych. Ojciec z córką otrzymali wsparcie psychologiczne i dostaną odszkodowanie gdy prokuratura zwróci samochód i rzeczoznawca będzie mógł wycenić wartość szkody. Później wojskowy oddział gospodarczy będzie próbował wyegzekwować pieniądze od sprawcy całego zamieszania.
Incydent z Mielnika doprowadził do kilku zmian organizacyjnych. Dotychczas żołnierze trzymali broń i cztery magazynki amunicji „przy sobie” czyli mieli do niej łatwy dostęp również w czasie przeznaczonym na odpoczynek i regenerację. Teraz po zakończeniu służby amunicję w magazynkach trzeba oddać do depozytu.
Jednak wcześniejsze zarządzenie „broń przy sobie” miało swoją dobrą stronę, która okazała się niezwykle pomocna w kryzysowej sytuacji. Kiedy w Mielniku rozległ się alarm żołnierze nie musieli biec do zbrojowni po amunicję tylko na rozkaz dowódcy kompanii błyskawicznie rozpoczęli izolowanie pobliskiego osiedla mieszkaniowego, budynku Straży Granicznej i lokalnej drogi. Trójka żołnierzy wykazała się zimną krwią i zatrzymała pijanego szeregowca, który ukrył się w lesie. - Dla nas to są bohaterowie – dodaje gen. Szkutnik sugerując, że niedługo wspomniani wojskowi mogą otrzymać odznaczenia.
W wojsku dalej obowiązuje zasada „zero tolerancji” dla alkoholu, ale po Mielniku wyrywkowe kontrole trzeźwości prowadzone są także wśród odpoczywających żołnierzy. - Żołnierze pomyślą, że trochę się im nie dowierza, ale biorę za to odpowiedzialność. Czasem trzeba kogoś obudzić i powiedzieć - Dmuchnij w grzmiącego kija, kontrola trzeźwości. Niezależnie od stopnia i stanowiska picie na służbie kończy się zwolnieniem dyscyplinarnym - przestrzega gen. Szkutnik.
Jak tu cicho...
Mniej więcej od października liczba przekroczeń i prób przekroczenia granicy spadła do poziomu Niskiego czyli mniej niż 100 przypadków na dobę. Zimowa aura w ostatnich dniach dosłownie zamroziła nielegalny ruch graniczny. Zdarzały się dni bez ani jednej próby przedostania się na polską stronę. Migranci są też znacznie mniej agresywni wobec żołnierzy. Jeszcze w sierpniu i wrześniu potrafili rzucać w kamieniami, powerbankami (wszystkie zostały skonfiskowane przez SKW aby poszukać śladów linii papilarnych), a co najgorsze strzelać z procy metalowymi kulkami.
Skutecznym środkiem uspokajającym było wprowadzenie na wyposażenie wojska broni gładkolufowej czyli strzelb Mossberg nabitych gumową amunicją. Jak mówią żołnierze już sam dźwięk przeładowania potrafi skutecznie zniechęcić agresora. Taki sprzęt otrzymują tylko osoby wyselekcjonowane przez dowódców. - To nie ma być raptus tylko żołnierz spokojny, który zanim podejmie decyzję, to dwa razy pomyśli. Innymi słowy żołnierz, któremu dobrze z oczu patrzy. A uwierzcie mi po oczach można poznać wszystko - przekonuje gen. Szkutnik. Według dowództwa gumowych pocisków używa się tylko w sytuacji realnego zagrożenia i w taki sposób aby ograniczyć cierpienie po drugiej stronie.
Zapędy migrantów ostudziło także wzmocnienie fizycznej zapory oraz zainstalowanie elektronicznych systemów monitoringu. Pionowe lamele podpierające ścianę wschodnią mają teraz towarzystwo w postaci pary poziomych belek. Zmodyfikowane lewarki samochodowe służące od rozginania bariery przestały działać i wyszły z mody. Jednak wyścig zbrojeń trwa, bo wojsko odnotowało próby wycięcia fragmentów zapory za pomocą szlifierki kątowej na akumulator. Najpopularniejszym sposobem stała się wspinaczka nad ostrym jak brzytwa ogrodzeniem.
- Po drugiej stronie drugiej stronie przystawia się drabinę. Następnie migranci próbują rozciąć koncertinę i przejść górą. Jednak na drugiej belce na wysokości 2 metrów również mamy zawieszoną wiązkę koncertiny, aby utrudnić ześlizgiwanie się po przęsłach. To znacznie opóźnia i utrudnia przeprawę - powiedział z-ca Komendanta Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej płk SG Marek Sochański.
Ewakuacja medyczna
Tragiczna śmierć sierżanta Mateusza Sitka, który pod koniec maja został dźgnięty nożem przez migranta była przyczynkiem do usprawnienia procedur zabezpieczenia medycznego żołnierzy.
Zgodnie ze znaną w ratownictwie zasadą „złotej godziny” ranny powinien w ciągu maksymalnie 60 minut trafić do szpitala. „Gdy dojdzie do incydentu wysyłamy po rannego Rosomaka, który z łatwością mknie przez nieutwardzone drogi na spotkanie z karetką w punkcie wyznaczonym przez koordynatora medycznego. Po przejęciu pacjenta pogotowie kieruje się do szpitala lub na jedno z 57 lądowisk Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, które od stycznia 2024 działa 24 godziny na dobę. Mieliśmy przypadek, że pacjenta trzeba było przetransportować śmigłowcem do Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.” - powiedział kapitan Konrad Witalec, szef taktycznego Centrum Operacyjnego w Dubiczach Cerkiewnych.
W powietrzu
- Kolejny dzień poza biurem - pomyślałem obserwując łagodnie uśmiechniętego gen. Szkutnika, gdy ciemnozielony śmigłowiec MI-8 z dziennikarzami i wojskowymi na pokładzie odrywał się od ziemi. Budzący respekt dowódca z odblaskowymi „kocimi oczami” na kamizelce kuloodpornej siedział zamyślony opierając jedną nogę na kolanie a drugą asekurując służbowego Grota.
Rycząca maszyna zdążyła zabrać nas w okolice Hajnówki zanim pogoda pokrzyżowała plany operacyjne. Z pola widzenia stopniowo znikały połacie dachów pokrytych panelami fotowoltaicznymi. Wlecieliśmy nad widmowy las poprzecinany sektorami wysokich trzcin i traw, a podmuchy śnieżnego wiatru tarmosiły za uszy wierzchołki białych brzóz. Warunki atmosferyczne nie pozwoliły nam dostrzec 5,5 metrowej stalowej zapory ciągnącej się na odcinku 186 km.
Obserwowanie pogranicza gołym okiem bez specjalistycznego oprzyrządowania byłoby równie pożyteczne jak pielenie pola minowego. Kamery termowizyjne zamontowane w śmigłowcach, bezzałogowych statkach powietrznych Bayraktar TB2 i systemach FlyEye efektywnie wykrywają rozżarzone sylwetki pojedynczych migrantów jak i większe grupy.
Żołnierze korzystają też z mniejszych, poręcznych dronów do poszukiwania osób, które przedarły się przez granicę. Zamiast narażać piechura na zwichnięcie nogi przy przeprawie przez trudny teren lepiej posłać tam technikę. Sprzęt ma prawo się zniszczyć, a dron nie zapisuje danych więc nawet jeśli wpadnie w niepowołane ręce to trudno będzie wyciągnąć z niego coś przydatnego.
Na pasku
Z lądowiska odebrała nas kolumna samochodów terenowych i z przykrością stwierdziłem, że Radio ZET nie odbiera bezpośrednio przy granicy. Musimy coś z tym zrobić. Pojechaliśmy wyboistymi leśnymi drogami w okolicę granicznej rzeki Przewłoka, gdzie jeszcze w kwietniu 2024 r. grupa ponad 220 cudzoziemców przeprowadziła nieudany szturm. Na podmokłym terenie nie sposób postawić stałej zapory. Polskę od Białorusi oddzielają tutaj nawet 6 rzędów drutu żyletkowego. Przy każdym przypadku przecięcia koncertiny sukcesywnie dostawiano kolejną warstwę. Nasza strona jest wykoszona aby zniwelować liczbę martwych punktów, których nie można obserwować. Po drugiej stronie za koncertiną widnieją gnijące kępy wysokich trzcin i traw. Dwuosobowe drużyny grzeją się koksownikach opalanych węglem i drewnem, które w niedalekiej przyszłości zostaną zastąpione czystszymi gazowymi promiennikami ciepła. Przy solidnie wyglądającej stróżówce, stoją policyjne tarcze z pałkami oraz ręczne miotacze gazu łzawiącego.
- W tym roku jest dość sucho, więc teoretycznie warunki do przejścia są bardzo dobre. Jednak od kilku miesięcy mamy tutaj spokój - opowiada generał Tadeusz Nastarowicz, dowódca 21. Brygady Strzelców Podhalańskich odpowiedzialny za odcinek ZZ Centrum. Przy posterunkach zbudowano słupy z kamerami, którymi zarządza straż graniczna i na bieżąco wysyła informacje o incydentach do centrum operacyjnego. Systemy potrafią rozróżnić zwierzę od migranta, chociaż zając który wolno dreptał na dwóch łapkach zamiast dynamicznie kicać został wychwycony przez algorytmy jako człowiek. Miejscami widzimy przykłady żołnierskiej pomysłowości. - Do drutu kolczastego przyczepiono puszki po napojach energetycznych z kamieniami w środku. Przy szarpnięciu za drut puszka hałasuje i alarmuje pobliski patrol - dodaje gen. Nastarowicz.
Brodzenie w błocie nie należy do najprzyjemniejszych aktywności. W trudno dostępnym terenie wojsko buduje blisko 470 metrów kładek, które mają zastąpić prowizoryczne szlaki ułożone z przemoczonych euro palet. Wbite w grząską ziemię metalowe na których ułożono drewniane podesty sprawiają wrażenie trwałych i w spokojniejszych czasach posłużą jako element szlaków turystycznych.
Aby sprawnie obserwować teren trzeba wyostrzyć a nawet udoskonalić niektóre zmysły. Po zapadnięciu zmroku dostaliśmy hełmy z okularami noktowizyjnymi. Nagle plamy na wojskowych kamuflażach stały się bardziej czytelne niż w mglistym świetle dnia. Jak mówią Radiu ZET żołnierze patrolujący teren oczy przy takich soczewkach dość szybko się męczą i po godzinie trzeba zrobić przerwę. Z kolei dźwięk uderzenia o metalową zaporę rozchodzi się tak, że na ucho ciężko zlokalizować jego źródło. Z pomocą przychodzi tzw. perymetria czyli czujniki zamontowane w elektronicznej warstwie bariery.
Pijany szeregowiec tłumaczył przed prokuraturą, że w alkoholu szukał sposobu na stres związany z służbą na pasku. Patrząc w ciemność pogranicza i nasłuchując wycia duchów puszczy można nieco zrozumieć jakie emocje mu towarzyszyły. Dlatego tym bardziej należy docenić innych mundurowych, którzy dniem i nocą niezależnie od pogody pilnują granicy i nie uciekają się przy tym do niebezpiecznych wybryków. W ramach Bezpiecznego Podlasia na granicy służy około 6000 żołnierzy. Jeden „wariat” nie zniweczy tego, co wspólnie zbudowali.
Źródło: Radio ZET