`

Pensje nauczycieli. Więcej dla polonisty z dużego miasta, mniej dla wuefisty ze szkoły wiejskiej?

7 min. czytania
16.02.2023 09:55
Obserwuj nas na Google

Przemysław Czarnek co jakiś czas wraca do pomysłu, by zróżnicować zarobki nauczycieli w zależności od przedmiotu, czy liczby dzieci w klasie. Np. więcej powinien zarabiać polonista przygotowujący do matury 35-osobową klasę, niż wuefista uczący pięcioosobową grupę. Nauczyciele bronią swoich przedmiotów i ich znaczenia. W jednym się zgadzają: zmiany są potrzebne, ale nie takie, które podzielą i tak podzielone środowisko.

Nauczyciele
fot. Andrzej Zbraniecki/East News

- Potrzebna jest kompleksowa zmiana statusu zawodowego nauczyciela – oceniał wielokrotnie podczas swojej kadencji minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek. Nieraz wracał do pomysłu, by zróżnicować zarobki nauczycieli w zależności od prowadzonego przedmiotu, miejsca pracy i liczby dzieci w klasie.

- Nie może być tak, że nauczyciel w Kielcach w liceum mający w klasie maturalnej 30 uczniów zarabia tyle samo, albo mniej, co nauczyciel, z całym szacunkiem, wychowania fizycznego w wiosce, gdzie w klasie jest pięcioro dzieci – to sztandarowy przykład szefa MEiN, który znów przytoczył podczas niedawnej wizyty w woj. świętokrzyskim (stąd przykład Kielc).

Pensje z dodatkami dla części nauczycieli

Obecnie nauczyciele podzieleni są na grupy według stażu pracy, czyli na początkujących, mianowanych i dyplomowanych (najwyższy stopień awansu). W ten sposób, jak tłumaczy na swoim BelferBlogu polonista Dariusz Chętkowski, „dyplomowany katecheta zarabia więcej od mianowanego nauczyciela matematyki. Także więcej zarobi mianowany wuefista od początkującego polonisty.” Mało kto z takiego układu jest zadowolony, a zwłaszcza z wysokości pensji. Nauczyciele więc mocno zaczęli zastanawiać się nad luźno rzuconym przez ministra problemem.

- Biorąc pod uwagę całe środowisko, które i tak jest mocno skłócone i podzielone, to absolutnie nie wchodzi to w grę. Doleje to jeszcze oliwy do ognia – zwraca uwagę od razu Małgorzata, matematyczka z Łodzi. Widzi jednak sporą różnicę w pracy, którą wykonuje ona i przysłowiowy wuefista. Przysłowiowy, bo nie tylko o WF tu chodzi, ale też o takie przedmioty jak podstawy przedsiębiorczości czy edukacja dla bezpieczeństwa.

- W zeszłym roku do egzaminu ósmoklasisty przygotowywałam trzy klasy. Dwie miały po cztery egzaminy próbne, jedna sześć. Czyli do sprawdzenia miałam 14 egzaminów próbnych po 20 parę sztuk. W sumie ponad 300 prac – mówi. Dodaje od razu, że nie da się zrobić tego w pracy, bo brakuje chociażby miejsca, gdzie mogłaby usiąść w spokoju i sprawdzić testy. Siedzi nad nimi więc w domu. - Przygotowanie do egzaminu to ogromna praca i wysiłek. W dodatku potem jesteśmy rozliczani z wyników, na które nie zawsze mamy wpływ. Robimy, co możemy, ale efekty są różne. Obciążenie psychiczne jest duże – nie ukrywa.

Magda, nauczycielka biologii w liceum zaznacza, że przygotowanie do lekcji dotyczy wszystkich. Różnica jest w pracy po lekcjach. - Jestem trochę rozbita, ale jakieś rozróżnienie powinno być. Ja np. uczę sześć klas, sprawdzenie klasówek zajmuje mi sporo czasu – mówi. Obie zgodnie przyznają, że i tak najgorzej mają poloniści, którzy oprócz przygotowania do matury, czy egzaminu ósmoklasisty, sprawdzania testów siedzą jeszcze nad wypracowaniami uczniów. W ich gestii leży też nieraz przygotowywanie przedstawień czy szkolnych gazetek.

Redakcja poleca

Dlatego zdaniem Małgorzaty pensje można by nie tyle obniżać czy podwyższać w zależności od uczonego przedmiotu, ale zróżnicować je dodatkami. Inni widzą to tak: nauczyciele obowiązkowych przedmiotów egzaminacyjnych (pensja podstawowa X 1,5), nauczyciele dodatkowych przedmiotów maturalnych (pensja podstawowa X 1,2-1,3). To propozycje, które przytoczył Chętkowski na blogu, zaznaczając jednak, że sam jest im przeciwny. Niektórzy wspominają o tym by, powiązać wynagrodzenia z osiągnięciami, ale ustalenie tego jest trudne.

Który przedmiot lepszy, który gorszy

- Jak będziemy zarobkami określać, który przedmiot jest lepszy, gorszy, to w ogóle zaczniemy się zastanawiać, po co inne przedmioty w szkole niż polski i matematyka – mówi Agnieszka, nauczycielka biologii i geografii z woj. świętokrzyskiego. - Tylko jeśli dziecko akurat interesuje się przyrodą, to jak będzie rozwijało swoje pasje, talenty, jak pójdzie do szkoły średniej o takim profilu? Poza tym skoro taki nauczyciel będzie zarabiać mniej od innych, to czemu ma się przykładać do pracy? - pyta retorycznie Agnieszka.

Pokazuje swój przykład: pięć lat studiowała geografię. Tyle samo ile uczył się polonista czy matematyk. Im jednak wystarczy jeden kierunek - mają tyle godzin, że dostają zazwyczaj pełny etat po studiach. - Ja dodatkowo robiłam jeszcze podyplomówki z biologii, przyrody i informatyki. Muszę mieć cztery specjalności, żeby mieć etat. I to jeszcze w trzech szkołach. Zainwestowałam w siebie, to wszystko było płatne, a teraz się dowiem, że te przedmioty są gorsze? - mówi.

Redakcja poleca

W obronę bierze też wspominanych wuefistów. - Patrząc na to, jak dzieci wyglądają, funkcjonują, to jest ważny przedmiot, jeden z najważniejszych. Poza tym wuefista też musi się przygotować do zajęć, musi dopasować ćwiczenia do ucznia, jego wieku, dysfunkcji, których teraz jest mnóstwo. Może być doskonały wuefista i kiepski polonista – stwierdza.

- Nie uważamy się za osoby drugiego sortu, bo chyba tak chciano by nas potraktować – dodaje Marcin, nauczyciel WF w łódzkiej podstawówce. - Bez wuefistów polskie społeczeństwo będzie społeczeństwem kalekim, otyłym, niepotrafiącym niczego zrobić – mówi. Jego zdaniem sportu powinno być jeszcze więcej, np. kosztem religii, na którą mało kto chodzi. - Im starsze klasy tym więcej jest migania się od WF. Dużo wysiłku musimy włożyć w to, żeby zachęcić młodzież do ruchu. Poloniści czy matematycy mogą postraszyć egzaminem i nieraz tyle wystarczy – dodaje.

Nauczyciel w małej szkole z niższą pensją?

Większa zgodność jest w wypadku pomysłu dotyczącego zróżnicowania pensji w zależności od liczby dzieci w klasach i miejsca, w którym się uczy – czy jest to miasto i duża szkoła, czy wieś. - Nie powinno być tu żadnego rozdziału. Może w 30-osobowej klasie trudniej zachować dyscyplinę i prowadzić lekcję niż w pięcioosobowej, ale starania i nauka jest taka sama – nie ma wątpliwości Magda, biolożka.

Małgorzacie w tym momencie przypomina się jedna z jej klas: 25 dzieci, w tym siedmioro z Ukrainy z różnym poziomem znajomości języka polskiego. W liceach czy technikach w ogóle jest nieraz 35 uczniów w jednej klasie. - Jest więc różnica w pracy, ale to nie zależy od nauczycieli, ile jest dzieci w klasie – zaznacza i dodaje, że jeszcze niedawno przysługiwał dodatek wiejski za pracę w szkole w małej miejscowości.

Agnieszka, nauczycielka czterech przedmiotów, w klasach ma od 5 do 8 uczniów. Uczy w małej podstawówce pod Kielcami. - To nie znaczy, że nie przygotowuję się tak samo do zajęć, jak nauczyciel, który ma 30 osób w klasie. Różnica jest tylko w liczbie testów, które musisz sprawdzić – mówi. Przypomina jednak o udogodnieniach, które teraz oferują wydawnictwa. - Dzieci wypełniają karty z odpowiedziami, skanuje się telefonem i sprawdzian sprawdzony – mówi.

Gdy obserwuje liceum swojej córki, ma też wrażenie, że w dużej szkole problemy bywają zamiatane pod dywan, albo same się zamiatają z powodu ogromnej liczby uczniów. - U nas każde dziecko jest indywidualnością. Tych problemów jest masa, mamy problemy z zachowaniem, z porozumiewaniem się w klasie, problemy rodzinne. W dużej szkole nauczyciel nie jest w stanie tego wszystkiego wychwycić, zajmuje się więc głównie realizacją materiału. A my mamy dodatkowe spotkania, pogadanki. Musimy być dostępni non stop dla rodziców, żeby czasem nie wypisali dziecka ze szkoły, bo każdy uczeń się liczy. Inaczej zamknął szkołę – mówi.

Jej zdaniem w tym pomyśle chodzi o to, by po prostu dokuczyć nauczycielom. - Ministerstwo powinno się zająć tym, żeby po prostu wszyscy nauczyciele godnie zarabiali, bo jeszcze trochę to ich nie będzie. Żadnych, bez względu na to, czy to jest biologia, WF czy polski – dodaje Magda.

Czekamy na podwyżki dla wszystkich od MEiN

Krzysztof Baszczyński, wiceprezes ZNP, zaznacza, że dzisiejszy system nie pozwala na wprowadzenie rozróżnień w zależności od uczonego przedmiotu czy liczby dzieci. Ale gdyby nawet pozwalał, to związki robiłyby wszystko, żeby tak się nie stało, właśnie ze względu na argumenty, jakie przytoczyli nauczyciele. Przypomina, że dyskusja na ten temat trwa już od lat, zaczęła się jeszcze za poprzednich rządów. - Nikt nam nie przedstawił przekonywujących argumentów, więc nie odnosimy się do tych propozycji. Czekamy, kiedy zmienione zostaną stawki wynagrodzeń, bo te są chore. Obecnie gwarantowane wynagrodzenie nauczyciela jest na poziomie płacy minimalnej – mówi.

Prof. Bogusław Śliwerski, kierownik Katedry Teorii Wychowania Uniwersytetu Łódzkiego, były przewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, obecny system, jeśli chodzi o poziom wynagrodzeń dla nauczycieli, nazywa skandalicznym i żenującym, ale według niego zróżnicowanie pensji niczego nie zmieni. - Taki pomysły są kuriozalne. To by oznaczało, że zaangażowanie nauczyciela, jego wysiłek w jednym miejscu może być niżej opłacany, a w innym wyżej. To nonsens – mówi prof. Śliwerski. Tłumaczy, że poziom zaangażowania jest tak samo znaczący w dużych i małych klasach. Liczba dzieci nie może być podstawą do zmiany wynagrodzenia.

Także każda specjalność nauczycielska wymaga realizowania nie tylko określonych zadań, ale wiąże się z koniecznością inwestowania pieniędzy we własny rozwój. - Wuefista musi utrzymywać kondycję, różnicować formę zajęć w zależności od możliwości fizycznych dzieci – podaje przykład prof. Śliwerski. Dlatego jego zdaniem takie propozycje to jedynie próba zaognienia sytuacji w szkolnictwie i odwrócenia uwagi od polityki, która zdewastowała system szkolny. Zwielokrotni to jedynie poziom oporu środowiska nauczycielskiego i młodzieży przed podejmowaniem pracy w tym zawodzie.

- System trzeba by stworzyć od nowa. Ale do tego trzeba by zlikwidować w ogóle ministerstwo i powierzyć edukację specjalistom, którzy znają się na organizacji kształcenia – stwierdza. Według niego dopóki pierwsza pensja nauczyciela nie będzie pensją, która zagwarantuje mu średni poziom życia i pozwoli na inwestowanie we własny rozwój, to nie wyjdziemy z zapaści w edukacji. - Po 10, 15 latach pracy w zawodzie powinien być kolejny wzrost pensji tak, żeby płaca nauczyciela, była pierwszą płacą w rodzinie – dodaje prof. Śliwerski.

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET