Polski z historykiem, angielski na świetlicy. Nawet 50 godzin zastępstw tygodniowo w szkole
- Zastępstwo zastępstwem pogania - mówią uczniowie i wyliczają: w tygodniu nie ma nawet czterech, pięciu przedmiotów. W całej szkole trzeba nieraz zorganizować nawet 50 godzin zastępstw. Problem w tym, że gdy jeden nauczyciel odchodzi lub idzie na zwolnienie, zastąpić go nie ma kim. Zdaniem dyrektorów teraz dopiero widać, jakie są braki kadrowe. - Kiedyś nauczyciel miał wątpliwości, czy iść na L4. Teraz się nie zastanawia – opowiadają.
Bartek, licealista z Warszawy, w jednym tygodniu nie miał 12 godzin. Nie było nauczyciela geografii, który jednocześnie uczy historii i wiedzy o społeczeństwie – to w sumie cztery godziny. Do tego zachorowała anglistka – to trzy kolejne godziny. A w zasadzie cztery, bo anglistka jest wychowawczynią klasy Bartka. Pod koniec tygodnia nie było też matematyczki, zachorowało jej dziecko. W plan wpadły więc dwie dodatkowe luki. W sumie prawie jednej trzeciej standardowych lekcji nie było.
- To chyba rekord, jeśli chodzi o liczbę okienek, zastępstw w tygodniu. Co nie znaczy, że były to jedyne zastępstwa w tym semestrze. Co chwila słyszę, że nie mają jednego przedmiotu, a to drugiego – opowiada mama Bartka. Nie ukrywa, że zaczęła się tym mocno martwić, bo trzy z czterech tych przedmiotów dla jej syna to przedmioty maturalne.
Małgorzata Piątkowska, dyrektorka Zespołu Szkół Ponadpodstawowych nr 5 w Łodzi, patrzy na sytuację z innej strony, ale nie z mniejszym zmartwieniem. Np. u niej ostatnio jeden nauczyciel miał operację, więc dostał dłuższe zwolnienie, drugi był na rehabilitacji, a trzeciego mama zachorowała. Do tego zmiennie dwie, trzy osoby z grypą lub przeziębieniem lądują na krótszym L4. - Jeśli uczniowie mają po sześć, siedem godzin w planie, w dodatku niektóre lekcje są w podziale na grupy, a nie ma w danym tygodniu ośmiu osób z kadry, to minimum musimy zorganizować 50 godzin zastępstw – wylicza Piątkowska.
Wspomina, jak kiedyś informację o zastępstwach wrzucało się na stronę i każdy mógł sprawdzić wcześniej zmiany w planie. Dziś nie ma o tym mowy, bo jest to tak skomplikowane. - Żeby uczniowie jak najmniej stracili, przenosimy zajęcia z wtorku na piątek, z piątku na środę i tak dalej – nie ukrywa dyrektorka. Trudno wszystko zapamiętać, więc przy portierni na wejściu leży lista, żeby każdy, biorąc klucz do sali, sprawdził, co go czeka w danym tygodniu.
A wicedyrektor zajmuje się tylko uczeniem, uczeniem na zastępstwach i układaniem planu zastępstw, na nic więcej czasu już nie starcza. - Nie wygląda to dobrze, ale oprócz tego, że jestem nauczycielem, jestem też pracodawcą. Nie mogę powiedzieć komuś: pani nie może teraz chorować – przyznaje Piątkowska. - Ostatnio nawet młodzież do mnie napisała w tej sprawie, że tylko zastępstwa i zastępstwa. Ale niedługo może być tak, że to będą aż zastępstwa i tylko w taki sposób będzie można realizować podstawę i przygotowywać się do matury – nie ukrywa.
Strajk, pandemia, brak nauczycieli
W sezonie jesienno-zimowym standardowo więcej osób choruje. Nie jest to żadna nowość i do tego szkoły były przyzwyczajone. - Zwłaszcza dotyczy to młodych nauczycieli – obserwuje Michał Różański, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 4 w Łodzi. - Pokolenie silver, sam chyba już do niego należę, najmniej choruje – dodaje. Zresztą nawet w razie przeziębienia takie osoby idą do pracy, zwolnienie to dla nich ostateczność.
Sporo zmienił strajk nauczycieli i pandemia. Strajk, bo wtedy wielu obiecało sobie, że nic ponad nie będzie robiło. - Zawsze będzie dobro dziecka i dobre wyniki z matury wybijały na pierwszy plan. Tylko w tym wszystkim jesteśmy jeszcze my – mówi nauczycielka biologii z jednego z łódzkich liceów. Jak wspomina, gdy pracowała w gimnazjum, jeszcze przed reformą, zdarzało jej się, że szła chora do szkoły. Kiedy jej syn chorował, starali się, by to jej mąż został z nim w domu lub babcia.
- Szkoda zdrowia – stwierdziła po strajku. Nie ukrywa, że trudno odmawia się pomocy uczniom, bo oni nie są niczemu winni, ale rok temu zimą gdy złapała ją grypa, przez tydzień mimo lekcji zdalnych (mogłaby więc uczyć z domu), nie pracowała. - Rządzący pokazali nam, za co nas mają. Wypełniam teraz swoje obowiązki i nic więcej, to jest jednak praca, a nie misja – mówi.
Od początku pandemii zaczęto też zwracać uwagę na to, by z katarem czy lekkim przeziębieniem nie puszczać dzieci do szkoły. To samo dotyczyło nauczycieli i takie przekonanie zostało. - Kiedyś nauczyciel miał wątpliwości, czy iść na L4 czy nie. Teraz się nie zastanawia – mówi Piątkowska, ale jej zdaniem to nie strajk i pandemia są główną przyczyną tylu zwolnień i zastępstw w tym roku.
Zdaniem nauczycieli teraz dopiero widać, jakie są braki kadrowe w szkołach. Jeszcze przed początkiem roku szkolnego dyrektorzy alarmowali, jak trudno skompletować grono pedagogiczne. Nie wszystkich udało się znaleźć. Dyrektorzy ratowali się więc nadgodzinami. Tylko teraz gdy nauczyciel, który prowadzi np. 26 godzin tygodniowo (pensum nauczycielskie to 18 godzin), idzie na zwolnienie, czuć dopiero, ile kadry brakuje. - Przy takiej liczbie godzin nie da się odpocząć przez sobotę i niedzielę – mówi Piątkowska. Stąd bez wahania taki nauczyciel decyduje się na zwolnienie lekarskie, gdy tylko łapie go choroba.
Paweł Maślej, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 5 w Krakowie, od razu przypomina sobie polonistę, który w ubiegłym roku po dojściu uczniów z Ukrainy, realizował praktycznie dwa etaty. - Przemęczenie nie służy zdrowiu. Jak ktoś funkcjonuje w permanentnym wyczerpaniu, to też łatwiej o chorobę. Koło się zamyka – zwraca uwagę dyrektor krakowskiej podstawówki. Sam zresztą dużą liczbę zwolnień i zastępstw obserwuje u swojego syna w liceum. - Co chwilę słyszę, że wychodzi wcześniej, coś ma przesunięte, bo nie ma nauczycieli – opowiada.
Nauczyciel odchodzi, nowego nie ma
Braki kadrowe widać też w ZSP nr 4 w Łodzi. Wiadomo, że do końca roku szkolnego nie wróci jedna z anglistek. Uczyła się w pięciu klasach, w każdej po trzy godziny i więcej, bo w dwóch był podział na grupy. Tylko w związku z jej nieobecnością tygodniowo trzeba zorganizować 21 godzin zastępstw - nauczycielka miała więcej godzin niż przewiduje pensum. Pozostałe anglistki również mają już nadgodziny, więc nie mogą przejąć klas koleżanki.
- W wakacje trudno znaleźć chętnego do pracy w szkole na pełny etat, a teraz? To graniczy z cudem – mówi Różański. - Daliśmy ogłoszenie, ale zero odzewu. Pytamy, gdzie możemy. Jedna z mam nawet u siebie w hurtowni z artykułami instalatorskimi próbowała kogoś znaleźć, więc wici są szeroko rozesłane, ale cisza – opowiada dyrektor.
Paweł Maślej nawet nie chce myśleć, co by się działo, gdyby jego nauczyciel hiszpańskiego poszedł na zwolnienie. - Gdyby go nie było, to jest koniec – stwierdza. Innego nauczyciela tego języka w podstawówce nie ma, znalezienie kogoś na zastępstwo nie byłoby raczej możliwe. - Potężny bój stoczyliśmy w wakacje, żeby w ogóle kogoś zatrudnić. Szkoły podkradały, podkupywały sobie iberystów - przypomina Maślej.
To samo zresztą jest z niemieckim, nauczyciel tego języka jest jeden w podstawówce, zastąpić go nie byłoby kim. - Zdarza się, że nie ma sześciu nauczycieli. W perspektywie tygodnia to nie zabije, radzimy sobie, ale przez miesiąc, padlibyśmy – ocenia dyrektor SP nr 5 w Łodzi.
- Szukam trzeciego polonisty w tym roku – mówi o swojej szkole Piątkowska. Pierwsza zrezygnowała, bo miała ponad dwa etaty w dwóch szkołach i nie dawała rady. Druga uczyła kiedyś w szkole, odeszła ze względu na chorobę, teraz wróciła, ale też nie dała rady. - Szukam trzeciej i jestem w rozpaczy. Nie ma nikogo. Dwie pozostałe nauczycielki mają 1,5 etatu, więc nie przejmą wolnych godzin. Zastanawiam się, czy w każdej klasie nie powinnam ograniczyć o ileś godzin po to, żeby każdy miał chociaż trochę polskiego. Jest dramat – nie ukrywa dyrektorka.
Zastępstwo, świetlica albo do domu
Zazwyczaj w pierwszej kolejności dyrektorzy starają się, by zastępstwa przejął nauczyciel tego samego przedmiotu. - Jeśli nie ma takiej możliwości, wybieram zazwyczaj innego nauczyciela, ale uczącego w tej klasie. Np. daję zastępstwo biologowi, który prowadzi swój przedmiot ze swoją klasą. Jesteśmy co prawda do tyłu z matematyką, ale do przodu z biologią – wyjaśnia Maślej.
Od kilku lat widząc, jak trudniej organizuje się zastępstwa, stara się zatrudniać nauczycieli z uprawnieniami do dwóch, trzech przedmiotów. W tym roku mocno mu to pomogło. - Nauczyciel WF, trener siatkówki po operacji dwa miesiące był na zwolnieniu, a ma sześć godzin z klasą sportową. Szukając nauczyciela świetlicy, zatrudniałem jednak panią, która miała uprawnienia trenera siatkówki. Płynnie przejęła klasę, a tak pewnie dzieci miałyby luki. Pragmatyka dnia codziennego – podsumowuje dyrektor.
Jeśli jednak nie ma takiej możliwości, szuka się po prostu wolnego nauczyciela albo dzieci lądują w bibliotece lub na świetlicy. Jeśli przedmiot jest na końcu albo początku zajęć, wychodzą wcześniej ze szkoły lub później zaczynają lekcje. Czasem trzeba wybrać miks tych opcji. Np. w ZSP nr 4 dwie anglistki mają po jednej dodatkowej godzinie z każdą klasą, która została bez nauczycielki. Pozostałe lekcje angielskiego spędzają na świetlicy lub idą do domu, gdy angielski wypada w planie na końcu.
- W wypadku innych zastępstw pierwszy raz przydała się nam dwuzmianowość – mówi Różański. W podstawówce dzieci z klas 1-3 ze względu na brak miejsca w szkole po reformie, dojściu klas siódmych i ósmych, a ostatnio oddziałów przygotowawczych dla dzieci z Ukrainy, uczą się na dwie zmiany. - Jak jedna wychowawczyni zachorowała, to druga najpierw miała zajęcia ze swoją klasą, a po południu przejmowała klasę chorej koleżanki. Jakby wszyscy szli na jedną godzinę, to nie wyobrażam sobie tego – przyznaje Różański.
Dyrektorka ZSP nr 5 w Łodzi uczy historii, wosu, woku i plastyki. Gdy zachorował historyk, który miał 1,5 etatu, to prowadziła za niego historię. - W tej chwili, gdy nie mamy polonistki, weszłam na zastępstwa i prowadzę polski – mówi. - Na szczęście mamy tematy, które jako historyk daję radę prowadzić, ale na dłuższą metę tak się nie da - nie ukrywa.
Bartek miał odwrotną sytuację. Gdy nie było matematyczki, na zastępstwo przyszła polonistka i prowadziła matematykę. Miała materiały od nieobecnej nauczycielki, ale i klasa, i ona ewidentnie się męczyła. Lekcję Bartek będzie musiał powtórzyć na korepetycjach.
RadioZET.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET