Śledczy nie zabezpieczyli kluczowego dowodu. Mężczyzna po ciężkim wypadku walczy o odszkodowanie

3 min. czytania
21.10.2024 11:31
Obserwuj nas na Google

Po ciężkim wypadku w pracy, od półtora roku walczy o odszkodowanie. Jego losem nie interesuje się właściciel firmy, w której doszło do wypadku. Bezradne są instytucje państwowe – ZUS, PIP i prokuratura.

Mężczyzna po ciężkim wypadku walczy o odszkodowanie
fot. Przemysław Taranek/Radio ZET

"Dla ZUS nie jestem ofiarą wypadku"

Historię 38-letniego Jurija z Krakowa opisaliśmy po raz pierwszy w maju. Pracował w firmie przerabiającej plastikowe odpady pod Krakowem. W czerwcu ubiegłego roku eksplodowała tam sprowadzona z Chin instalacja do spalania plastikowych odpadów. Mężczyzna trafił do szpitala z głębokimi poparzeniami ponad 50% powierzchni ciała. Przeżył, jest już po kilkunastu operacjach, czekają go kolejne. Nie może pracować, a ma na utrzymaniu trójkę dzieci.

- Żyjemy z tego co zarobi moja żona, po wypadku zaczęła pracować jako taksówkarz. Dodatkowo jeszcze przez dwa miesiące będę dostawał niewielkie świadczenie rehabilitacyjne z uwagi na "ogólny stan zdrowia”. Bo dla ZUS nie jestem ofiarą wypadku – żali się Jurij.

Redakcja poleca

Niestety takie są przepisy – potwierdza Anna Szaniawska – rzeczniczka ZUS w Małopolsce. - Zgodnie z przepisami ZUS odmawia przyznania świadczeń z ubezpieczenia wypadkowego w przypadku niedostarczenia protokołu powypadkowego. I tutaj tego protokołu nie dostarczono – wyjaśnia Szaniawska. Jeśli pan Jurij otrzyma ten dokument, będzie mógł starać się o: zasiłek chorobowy, świadczenie rehabilitacyjne, rentę z tytułu niezdolności do pracy i jednorazowe odszkodowanie po zakończeniu leczenia. To 1431 złotych za każdy procent uszczerbku na zdrowiu. Sporządzenie takiego protokołu to obowiązek pracodawcy. W ciągu 14 dni po wypadku powinien powołać komisję i sporządzić protokół powypadkowy. Od wypadku minęło prawie półtora roku.

Właściciel firmy do dziś nie otrzymał żadnej kary

Sprawę wypadku badała Państwowa Inspekcja Pracy. Kontrola wykazała między innymi, że powstający w procesie przetwarzania plastikowych opadów gaz był spalany w przerobionym kontenerze na śmieci. A szkolenia z obsługi urządzenia do tak zwanej pirolizy prowadził Chińczyk, który mówił tylko po chińsku. Pracownicy porozumiewali się z nim przy pomocy translatora w telefonie komórkowym.

Po zakończeniu kontroli w kwietniu tego roku PIP skierowała do prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez właściciela firmy. – Naraził pracowników na niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia – mówiła wtedy rzeczniczka PIP w Krakowie Anna Majerek w rozmowie z reporterem Radia ZET.

Już wtedy było wiadomo, że pracodawca nie sporządził protokołu powypadkowego. Inspektorzy nakazali właścicielowi firmy, żeby taki dokument przygotował. Jak się okazuje – nie zrobił tego do dziś: - Protokołu nie otrzymaliśmy i to będzie przedmiotem re-kontroli, która jest planowana w listopadzie tego roku – mówi dzisiaj Anna Majerek.

Zapytaliśmy, jakie narzędzia ma PIP, żeby zmusić pracodawcę do przestrzegania prawa? - Inspektor pracy może ukarać pracodawcę mandatem w wysokości do 2 tysięcy złotych, albo skierować wniosek o ukaranie do sądu. Wtedy kara może sięgać 30 tysięcy złotych - wyjaśnia rzeczniczka PIP w Krakowie. Ale przyznaje, że do dziś właściciel firmy, w której pracował Jurij, nie otrzymał żadnej kary. - Skierowaliśmy zawiadomienie do prokuratury, obciążenie pracodawcy podejrzeniem popełnienia przestępstwa z art. 220 k.k. to jest właśnie najistotniejsze działanie na które zdecydował się inspektor – kończy Anna Majerek.

Śledczy nie zabezpieczyli kluczowego dowodu

Śledztwo prowadzone przez prokuraturę rejonową z Krakowa trwa już kilka miesięcy. Jeszcze w maju dostaliśmy informacje, że przesłuchano kilkoro świadków i zabezpieczono dokumentację medyczną ze szpitala. Ale śledczy nie zabezpieczyli kluczowego dowodu – sprowadzonego z Chin i przerobionego już na miejscu pieca do spalania odpadów.

Nie przesłuchali też Chińczyka, który szkolił pracowników przy pomocy google translatora. W odpowiedzi na nasze pytania w tej sprawie rzeczniczka prokuratury okręgowej w Krakowie Oliwia Bożek – Michalec odpisała, że "główną przeszkodą do jego przesłuchania był fakt, że posługiwał się jedynie językiem chińskim” i, że "w krótkim czasie po zdarzeniu opuścił on Polskę”.

Śledczy chcieliby ponownie przesłuchać obywatela Turkmenistanu, na którego zarejestrowana była firma, która sprowadziła chiński piec do Polski. Ale nie wiedzą, gdzie aktualnie przebywa. Najpewniej nie ma go już w Polsce. Śledztwo jest prowadzone w kierunku narażenia życia lub zdrowia pracownika. To przestępstwo zagrożone karą do 3 lat więzienia.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET