Szkoły bez wigilii klasowych z kolędami i opłatkiem. "Uczniowie wolą iść na łyżwy"
Coraz więcej uczniów odchodzi od organizowania tradycyjnych klasowych wigilii. Zamiast bożonarodzeniowych potraw i opłatka na stole stawiają paluszki i owoce, kolędy zastępują świątecznymi piosenkami, a indywidualne życzenia ogólnym, krótkim apelem. - Wśród młodych pokoleń jest tendencja do narastającej samotności. Zanika umiejętność wspólnej radości - ocenia ekspertka.
- Spotkania opłatkowe, wigilie klasowe? Już ich tak nie nazywamy, teraz jest spotkanie świąteczne – zaznacza Michał Różański, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 4 w Łodzi. Chociaż i z tego coraz częściej rezygnują uczniowie. - Jedna klasa już zgłosiła, że nie chce tradycyjnego spotkania świątecznego, tylko w tym roku wychodzi na łyżwy – podaje przykład dyrektor.
Czas przed Bożym Narodzeniem w podstawówkach coraz częściej tak wygląda. To znaczy nie ma wigilii, tylko są spotkania przedświąteczne bez kolęd i opłatka. Rodzice robią składkę na drobne prezenty. Na stołach są ciasta, owoce, paluszki, już z rzadka pierogi czy inne potrawy wigilijne. Kolędy grają gdzieś w tle, ale coraz częściej zastępowane są angielskimi piosenkami świątecznymi.
Rodzice nie życzą sobie jasełek i kolęd w szkole
Są kłótnie, czy spotkania szkolne powinny być bardziej religijne czy wręcz odwrotnie? - Wybieramy tryb zdroworozsądkowo – odpowiada Paweł Maślej, dyrektor SP nr 5 w Krakowie. - Nie zmieniamy organizacji całego dnia przed przerwą świąteczno-noworoczną, tylko dwie godziny poświęcamy na takie spotkanie. Nie ingeruję w to, jak wygląda. Klasa sama decyduje o formie. Odśpiewanie hymnu mogę zorganizować we wszystkich klasach, bo to element patriotyczny. Kolędy to zupełnie co innego – tłumaczy dyrektor. Chociaż jak zauważa, rzeczywiście w ostatnich latach odchodzi się od religijnych wstawek na świątecznych spotkaniach.
Po pierwsze dzieciom święta częściej kojarzą się już z prezentami, choinką czy wyjazdami na narty niż z Kościołem. Po drugie akurat w wypadku podstawówek to następstwo oczekiwań rodziców, którzy doskonale znają swoje prawa i bardziej domagają się ich egzekwowania. Stąd np. nie chcą katolickiej nomenklatury.
W ZSP nr 4 w Łodzi już kilka lat temu jedna z mam zgłosiła, że nie życzy sobie jasełek i tradycyjnego kolędowania. Przedstawienie było więc po lekcjach. Potem odezwali się kolejni rodzice, że dzieci przez spotkania świąteczne tracą zajęcia z podstawy programowej. - Chociaż tłumaczyłem, że zaznajamianie ze zwyczajami świątecznymi jest ujęte w podstawie – mówi Różański. Z radą rodziców ustalił więc, że w tym roku 22 grudnia będzie tzw. dniem do dyspozycji dyrektora, czyli nie będzie zajęć dydaktycznych, tylko opiekuńcze. - Dzieci, które będą chciały, mogą przyjść do szkoły i wziąć udział w spotkaniu w formie, w jakiej sobie zorganizują – wyjaśnia dyrektor.
Tendencja do bezopłatkowych spotkań przedświątecznych zdaniem dyrektora SP nr 5 wynika też dużej liczby dzieci z Ukrainy. Np. u niego w szkole na 500 uczniów jest 80 Ukraińców. Ci zazwyczaj są wyznania prawosławnego. - Dzieci z Ukrainy są jeszcze na etapie wchodzenia w polską kulturę, tradycję. Jesteśmy na etapie niepełnej integracji, stąd większa uniwersalność takich spotkań - mówi.
Coraz mniej uczniów na lekcjach religii
Odejście od tradycyjnych wigilii klasowych jeszcze wyraźniej widać w szkołach średnich. Już w ubiegłym roku nauczyciele zauważyli, że młodzież notorycznie spóźniała się na tradycyjne dzielenie się opłatkiem. Wtedy tłumaczono to względami higienicznymi (zimą był kolejny szczyt fali pandemii koronawirusa). Wielu przy tym, czyli spotkaniu bez życzeń i opłatka, woli jednak pozostać.
Emilia, licealistka z Łodzi, tłumaczy że nie do końca chodzi o to, że w klasie są osoby niewierzące lub innych religii. Radykalnych dyskusji i nastrojów akurat ona nie doświadczyła. - Liczy się samo spotkanie. Chcemy się nim cieszyć. Na co dzień mamy mało okazji do tego, żeby spędzić czas w swoim gronie, a te konwenanse jak dzielenie się opłatkiem usztywnia to – opowiada Emilia.
Jej klasa jest zżyta, więc chętnie na takie spotkania przychodzi. Także osoby niewierzące. Po prostu siedzą i rozmawiają przy herbacie i przekąskach z wychowawcą. Na koniec indywidualnie bliżsi koledzy, koleżanki składają sobie życzenia. Ale w równoległej klasie, gdzie kontakty są raczej słabe, przed świętami spotyka się garstka osób. - Wiele zależy od relacji w klasie – tłumaczy licealistka.
- Zawsze zastanawiam się, czego ja bym oczekiwał jako uczeń. A uczniowie chcą jak najszybciej wrócić do domu – mówi z kolei Maciej Rusiecki, dyrektor V LO w Warszawie. Dlatego w liceum już od dawna nie ma jasełek. Jest tylko krótki apel, wspólne życzenia, a potem spotkania w klasach z prezentami. Raczej świeckie, nie religijne.
Bo i też na religię uczęszcza coraz mniej osób. Co roku po kilka procent uczniów rezygnuje ze szkolnej katechezy. W szkołach średnich w niektórych miastach na takie lekcje chodzi niespełna 20 proc. młodzieży. W podstawówkach proporcje są już korzystniejsze dla Kościoła. Są miasta, gdzie na religię uczęszcza 90, 80, ale też 70 proc. dzieci. - Jak 10 lat temu zostałem dyrektorem, to mieliśmy problem, żeby uruchomić etykę, bo było tak mało chętnych. Od kilku lat bez żadnego problemu zbieramy grupy – przypomina sobie Maślej.
Oczekiwania od świątecznych spotkań
Wielu dyrektorów i uczniów nie widzi jednak związku między organizowaniem wigilii klasowych a słabą frekwencją na katechezie. - Widać to przy okazji bierzmowania. Do tego sakramentu frekwencja na religii jest wysoka, a potem spada. Wynika to z oszczędności czasu. Jak uczeń ma 37 godzin tygodniowo zajęć i może urwać dwie godziny dla siebie, to tak robi – mówi Rusiecki.
- To chyba też specyfika dużych miast – dodaje Przemek, pierwszoklasista z podkieleckiego liceum. Jego klasa planuje zorganizować spotkanie opłatkowe, bierze też udział w jasełkach. Przemek np. będzie grał anioła. - Chociaż ja nie chodzę na religię, tak jak zresztą większość – zaznacza Przemek. Jest wierzący, ale katechezę miałby o 7 rano. - Przy ponad 30 godzinach tygodniowo w szkole zadziałała oszczędność czasu – tłumaczy, dlaczego wypisał się z religii. Na klasowym opłatku pewnie pojawi się ksiądz katecheta. - Podobno jest bardzo fajny, więc klasy go chętnie zapraszają – mówi.
Dr Joanna Miksa, filozofka i etyczka z Uniwersytetu Łódzkiego, mniejsze zainteresowanie spotkaniami opłatkowymi i w ogóle świątecznymi, też zdecydowanie nie łączy ze spadającą liczbą osób na katechezach. - Mamy tyle świeckich sposobów na obchodzenie świąt, że religia nie ma tu znaczenia. W firmach od dawna tzw. opłatki są okazją do miłego spotkania, albo do mocno zakrapianej imprezy. Kwestia wiary dawno się ulotniła – podaje przykład dr Miska.
Według naukowczyni chodzi tutaj raczej o zawyżony próg oczekiwań wobec takich spotkań. To znaczy chcemy, żeby były one głębokie, intensywne. Zazwyczaj jednak okazują się zdawkowe, a przez to rozczarowujące. - Do tej pory jak ktoś szedł na takie spotkania, to raczej nie miał zamiaru otworzenia się, nawiązania bliskich relacji. Mimo to pielęgnowało się taką tradycję. Dziś może jest większy wymóg autentyczności. Tylko te oczekiwania są tak wysokie, że czasami nawet nie dajemy sobie okazji do spotkania się – mówi dr Miska.
Wspomina też o badaniach, z których wynika, że wśród pokolenia Y jest tendencja do narastającej samotności. Wraz z wiekiem spada liczba przyjaciół, a rośnie liczba osób, która deklaruje, że nie ma przyjaciół. - Zanika umiejętność wspólnej radości – stwierdza filozofka. Poza tym według niej ludzie mylą nieraz kontakt codzienny z mediami społecznościowymi. Te dają iluzję bliskości i nie mobilizują do prywatnych, osobistych spotkań.
RadioZET.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET