Tak niemieckie linie lotnicze potraktowały pasażerkę. "To absurd"
Pani Nadia, czytelniczka "Gazety Wyborczej" od ponad roku stara się uzyskać od Lufthansy dokumenty potrzebne do odszkodowania. Próbowała już różnych sposobów - infolinii, pomocy prawnika i formularzy zgłoszeniowych. Jak na razie nic nie pomaga.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego pani Nadia stara się o odszkodowanie.
- Jak doszło do wypadku.
- W jaki sposób na zgłoszenia pasażerki reaguje przewoźnik.
"Jedno z dzieci płakało z bólu na rękach"
- Dużo podróżuję i doświadczyłam różnych sytuacji. Ale z taką ścianą milczenia, jak w Lufthansie, nie zetknęłam się nigdy wcześniej - powiedziała "Wyborczej" pani Nadia. W styczniu 2024 roku wybrała się wraz z mężem i dwójką dzieci na ferie zimowe do Azji. Kupili bilety lotnicze i zarezerwowali noclegi, trasę Wrocław–Singapur, z przesiadką we Frankfurcie nad Menem mieli pokonać z Lufthansą. Tą samą trasą i z tymi samymi liniami zamierzali po dwóch tygodniach wrócić. Bezpośrednio u przewoźnika zapłacili za loty. Niestety na początku podróży doszło do wypadku - 4-letni syn pani Nadii spadł z drabinki na lotniskowym placu zabaw i złamał rękę.
- To wydarzyło się na terminalu międzynarodowym, już po przejściu kontroli paszportowej. Znaleźliśmy się w zamkniętej strefie tranzytowej, z której nie można swobodnie wyjść. Byliśmy z dziećmi, jedno z nich płakało z bólu na rękach, a my z bagażami podręcznymi bezskutecznie szukaliśmy jakiejkolwiek pomocy medycznej - wspomina kobieta. Punkt obsługi pasażerów Lufthansy był już zamknięty. Rodzina zgłosiła się więc na posterunek policji, który znajdował się w terminalu. Funkcjonariusze przeprowadzili ich przez wszystkie strefy do wyjścia i pokierowali do centrum medycznego, które znajdowało się na terenie lotniska, ostatecznie okazało się jednak, że lekarze przyjmują w nim tylko do 17:00. Do odlotu zostały cztery godziny.dz
Lufthansa nie reaguje na zgłoszenia pasażerki?
Pani Nadia z mężem mieli nadzieję, że to tylko zwichnięcie i rodzina po konsultacji z lekarzem będzie mogła kontynuować podróż. Niestety pielęgniarka stwierdziła, że potrzebna będzie interwencja chirurga i wezwała karetkę. Kobietę z synem zabrano do szpitala. 4-latek dostał gips i zalecenia, by regenerować się w domu. Rodzice dziecka jeszcze zanim wyszli z lotniska we Frankfurcie próbowali porozumieć się z przedstawicielami Lufthansy. - W strefie ogólnodostępnej podeszliśmy do punktu obsługi Lufthansy z pytaniem, co robić. Pracownik odesłał nas na infolinię. W drodze do szpitala dzwoniliśmy cztery czy pięć razy. Było już późno, więc łączyliśmy się z centralą w Azji, i to co chwilę z kimś innym. Niewiele nam to pomogło - opowiada "Wyborczej" pani Nadia.
Podróżni wykonali ostatni telefon, mając pewność, że podróż nie będzie kontynuowana - chcieli się upewnić, że ich walizki nie polecą do Singapuru. Rodzinę zapewniono, że ta się nie stanie ze względu na międzynarodowe przepisy. Rodzina kupiła więc bilety powrotne z Frankfurtu nad Menem do Wrocławia, mając jednocześnie na wszelki wypadek wykupione ubezpieczenie podróżne. Finalnie okazało się, że - wbrew zapewnieniom przewoźnika - bagaż jednak poleciał do Singapuru i wrócił do Wrocławia po ponad tygodniu. Ubezpieczyciel zwrócił rodzinie koszty poniesione w Niemczech, pieniądze za bilet do Polski oraz za noclegi w hotelach. Kłopotów nie było także z azjatyckimi przewoźnikami. Jest za to z Lufthansą - i trwa do dziś.
Trudności z odzyskaniem pieniędzy i nie tylko
Po komplikacjach związanych z bagażem zaczęły się trudności z odzyskaniem pieniędzy za bilety. Kiedy pani Nadia zapytała o możliwość zwrotu pieniędzy za niewykorzystane bilety, przewoźnik odmówił i zasugerował, by na przyszłość wykupić dodatkowe ubezpieczenie turystyczne. Rodzina miała jednak takie ubezpieczenie, dlatego zwróciła się o odszkodowanie do swojego ubezpieczyciela, załączając rachunek za bilety. Odmówiono. Ubezpieczyciel potrzebuje bowiem od przewoźnika szczegółowego rozliczenia biletów, aby wycenić loty. Pani Nadia skontaktowała się najpierw z infolinią Lufthansy. Tam odesłano ją do zgłoszenia online. Wysłała je kilkukrotnie - nie otrzymała odpowiedzi. Po kilku miesiącach rodzina straciła cierpliwość i zwróciła się z prośbą o pomoc do prawnika. We wrześniu ubiegłego roku w ich imieniu wystąpił o udostępnienie rozliczenia.
- Odpowiedzieli, że wniosek musi zostać złożony na ich oficjalnym formularzu, nie na druku kancelarii. Nasz pełnomocnik złożył go więc ponownie tak, jak chcieli, ale od tamtej pory nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi. I tak od 6 marca ubiegłego roku próbujemy uzyskać jakikolwiek dokument, który pozwoliłby nam dochodzić odszkodowania. To absurd. Tak renomowana firma, a czuję się jak pingpongowa piłeczka odbijana bez końca - powiedziała "Wyborczej" pani Nadia. Redakcja 5 maja skontaktowała się w tej sprawie z rzecznikiem prasowym Lufthansy. Nie otrzymała jednak żadnej odpowiedzi.
Źródło: Radio ZET/Gazeta Wyborcza
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET