`

Trauma powodzi. „Całe życie rozbija się w kawałki, jak lustro, którego nie da się zebrać”

9 min. czytania
17.09.2024 13:19
Obserwuj nas na Google

- U każdego zostanie jakaś blizna. Pytanie jak duża będzie i jak długo rana będzie otwarta. Dlatego liczą się pierwsze godziny. Im wcześniej zadziałamy, tym mniejsze będą skutki psychologiczne - o etapach przeżywania tragedii po powodzi i sposobach radzenia sobie z trudnymi wydarzeniami w rozmowie z RadioZET.pl opowiada Malwina Użarowska, psychotraumatolog.

Powódź
fot. Filip Naumienko/REPORTER

Radosław Gruca: Walka z powodzią trwa kolejną dobę, ale niektórzy z powodzian już wzięli się do sprzątania i naprawy zniszczeń. Inni wciąż czekają na falę kulminacyjną i modlą się, by już nie było deszczu. Filmy i zdjęcia z miasteczek zniszczonych przez powódź są wstrząsające, a najbardziej poruszają ludzkie łzy i rozpacz. „Małe dzieci tej powodzi nie będą pamiętać. Ich rodzice będą żyli z traumą do końca życia" – usłyszałem, w którejś z relacji. Czy to stwierdzenie jest prawdziwe?

Malwina Użarowska, psychotraumatolog: - Są bardzo różne sytuacje. Może być tak, że dzieci nie zapamiętają samej powodzi, ale w ich umysłach zachowa się pamięć traumy rodziców, ogromnego stresu, czy poczucia otaczającego zagrożenia i ogólnej dezorientacji. Miałam pacjenta, który w wieku dwóch lat przeżył powódź. Zalało im tylko kuchnię, wodę w domu mieli mniej więcej do połowy łydek dorosłej osoby, a pacjent do tej pory ma koszmary. We śnie z całą swoją obecną rodziną musi uciekać przed niewiadomym zagrożeniem, mimo że jest już dorosły i sam ma dwójkę dzieci. Sny powracają zwykle o tej porze roku, w której doszło do powodzi.

Czym w ogóle jest trauma?

- Trauma to stan psychiczny wywołany przez nagłe, niespodziewane wydarzenie, które może zagrażać życiu lub zdrowiu. Uczucie wywołane przez takie wydarzenie jest na tyle silne i na tyle mocne, że przerasta naturalne możliwości człowieka poradzenia sobie ze stresem. Każdy ma swoją „pojemność”, wytrzymałość na stres. Mówiąc obrazowo, trauma jest wtedy, kiedy to naczynie jest za małe, a stres jest za duży. Sama trauma dotyczy wydarzeń, w których dochodzi do zagrożenia życia lub poważnego zagrożenia zdrowia. Może ją wywołać także nagła wiadomość o śmierci bliskiej osoby, właściwie każde wydarzenie potencjalnie śmiertelne, nawet jeśli nie mieliśmy bezpośredniego kontaktu z wydarzeniem.

Redakcja poleca

Czy wszyscy powodzianie mogą skończyć z traumą na całe życie? Poszkodowanych jest pewnie dziesiątki tysięcy, a samych ewakuowanych jest już kilka tysięcy.

- Na pewno nie wszyscy, ale z pewnością więcej niż zwykle się sądzi. Badania wykazują, że PTSD, czyli zespół stresu pourazowego, może dotknąć od 4 proc. do nawet 60 proc. osób, które przeżyły klęski żywiołowe, w zależności od intensywności zdarzenia, strat materialnych, utraty bliskich i dostępu do pomocy. Na przykład po huraganie Katrina odsetek PTSD wśród poszkodowanych wynosił około 30 proc.

Trauma powstaje przez nagłą utratę poczucia bezpieczeństwa i kontroli nad swoim życiem. Tracimy wszelką możliwość i zdolność reagowania. Czujemy lęk przed utratą bliskich, czy zwierząt, z którymi jesteśmy związani. Całe życie rozbija się w kawałki, jak lustro, którego nie da się tak po prostu zebrać i posklejać z powrotem w pełen obraz. To jest wstrząs sejsmiczny dla psychiki. Prawdziwe trzęsienie ziemi.

Czy są ludzie bardziej niż inni podatni na traumę?

- Trudno mówić o jednym schemacie, ale wyobraźmy sobie taką rodzinę powodzian: mama, tata i troje dzieci. Nawet jeśli w zalanym domu zostało dwoje z nich, jest wielce prawdopodobne, że trauma obejmie całą rodzinę. Rozłoży się na całą piątkę niczym gigantyczny wachlarz i wpłynie, mniej lub bardziej, na życie wszystkich. Przekłada się to potem np. na to, jak te dzieci funkcjonują w szkole. Ludzie dotknięci traumą boleśnie doświadczają też depresji, zaburzeń lękowych, które leczą albo nie leczą, więc zaburza się cała rodzina, a skutki i konsekwencje tego mogą ujawnić się po wielu latach.

Czy traumatyczne wydarzenie wywołuje PSTD  automatycznie?

- Nie. Są tacy, którzy doświadczają traumatycznego wydarzenia, przeżyją te wszystkie etapy, zostają z pewną bliznę, ale wracają dość szybko do normalnego życia. Z PTSD jest trochę tak jak z żałobą po bliskich. Czasem ktoś się zatrzyma na etapie żałoby i trwa tak przez lata, gdy inni godzą się ze stratą w kilka miesięcy. Pojawienie się PTSD zależy także od tego, na ile dana osoba była przygotowana na traumatyczne wydarzenie, bo to niejako je amortyzuje i rzadziej zostawia trwałe ślady w psychice. Wyobraźmy sobie na przykład, że ktoś z naszych bliskich zachoruje na nieuleczalną chorobę. Trwa ona jakiś czas, po którym nasz bliski odchodzi. To jest bardzo silne doświadczenie urazowe, ale nie mówimy już o wydarzeniu traumatycznym w sensie psychologicznym tylko o ciężkim wydarzeniu.

Redakcja poleca

Traumę wywołuje coś, co jest nagłe i niespodziewane. Przekładając to na powódź, jeżeli ktoś wiedział, że nadejdzie wielka woda, podjął przygotowania, poukładał worki i wszystko pozabezpieczał, ale woda i tak na niego przyszła, ale przynajmniej nie zalała całego domu, to raczej nie możemy mówić o traumie. Granica między ciężkim wydarzeniem, a sytuacją traumatyczną nie jest jednak ostra. Czasem nawet przygotowany człowiek w zderzeniu z żywiołem traci pewność, że przeżyje, więc ta amortyzacja nie działa.

Łatwo sobie wyobrazić traumę ludzi, którzy przeżyli trzęsienia ziemi w Turcji i Syrii, gdzie w jednej chwili zginęły dziesiątki ludzi. Dramaty powodzian nie działają aż tak na wyobraźnię, a przecież przerażenie rwącą przez miasta rzeką i niepewność, czy uda się ocalić życie i mienie, są podobne. Czy każdy świadek wielkiej wody będzie w jakimś stopniu straumatyzowany?

- Nie, ale kiedy nadchodzi wielka woda, która pochłania nasze rodzinne miasto czy wieś, to każdy ma przez moment poczucie, że sam może stracić życie lub zdrowie. Nawet jeżeli to tylko obserwuje, jest tylko świadkiem takich nieszczęść, to powódź bez wątpienia jest zdarzeniem traumatycznym lub potencjalnie traumatycznym. Wiele zależy od tego, co ta osoba widziała i przeżyła. Ryzyko traumy wzmacnia bycie w bezpośrednim otoczeniu zagrożenia. Zespół stresu pourazowego może rozwijać się też u osób pomagających powodzianom. Jeżeli ktoś wyciąga z wody dziesiątki martwych zwierząt, albo spotyka wyjące z rozpaczy dzieci, również jest bezpośrednio narażony na traumę.

Czy można doświadczenie traumy rozpisać na etapy?

- Pierwszy etapem jest szok. U niektórych jest to niedowierzanie, zaprzeczenie. Inni wpadają w rodzaj otępienia, dezorientacji. Mają wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę, że są jakby obok świata. To jest system obronny, sposób na przetrwanie w momencie, kiedy stres przerósł możliwości poradzenia sobie z nim. Jest to prawidłowy mechanizm ochronny przed poczuciem bólu. Człowiek działa niejako automatycznie. Mózg chroni się przed tym, żeby nie odczuwać w tym momencie emocji, bo trzeba działać, ratować się. Pojawiają się jednak trudności w podejmowaniu decyzji.

Czasami postronni obserwatorzy dziwią się, dlaczego taka osoba tak głupio zadziałała w danym momencie, ale to skutek tego, że jakaś część naszego umysłu została odcięta. Dopiero po pierwszym szoku do ludzi zaczyna dochodzić pełny obraz: co się w ogóle wydarzyło, jaki to jest rozmiar strat? Przytłoczenie chaosem i dezorganizacją jest wtedy gigantyczne, a poszczególni ludzie mogą bardzo różnie na to reagować.

Co dzieje się potem?

- Zwykle pojawia się próba natychmiastowej naprawy, wyjścia z kontrą do losu. Wtedy działania są impulsywne, chaotyczne. Ktoś patrząc z boku, może powiedzieć, że to nieracjonalne, ale taka jest mechanika reakcji po klęsce żywiołowej. Jedni mogą się rzucać do działania, innych może obezwładniać bezsilność. Dopiero później, kiedy szok się zmniejsza, człowiek odczuwa całe spektrum emocji związanych ze stratą. Te pierwsze etapy jest to działanie jak w psychicznej anestezjologii. Nasz mózg daje nam znieczulenie, żeby się wyratować, a dopiero kiedy dochodzi do nas skala zniszczeń, pojawia się złość, szał, frustracja czy rozpacz. Jest to też potrzebne, żeby uwolnić się od tego stuporu, stanu, w którym jesteśmy w dwóch pierwszych fazach, bo naturalne jest działanie, aby z tego stanu wyjść.

A co jeśli samemu nie potrafimy wyjść?

- Jeżeli szybko z tego nie wychodzimy, to mogą rozwijać się różnego rodzaju zaburzenia pourazowe. Potem jest trochę tak jak w żałobie. Jest gniew na los, na władzę, na siebie, wyrzucanie sobie, że coś można było zrobić inaczej, jest płacz, smutek, złość. To jest też czas poszukiwania winy - czasem w innych, czasem w sobie, potem znowu w innych. To są bardzo silne emocje, które uniemożliwiają spokojne, normalne życie.

Redakcja poleca

Niestety, potem jest coraz gorzej. To etap, który może być już depresją. Przychodzi poczucie zniechęcenia, beznadziei, wyczerpania psychicznego, a wszystko jest wynikiem tego, że dana osoba przeszła tak silny wstrząs, że umysł nie ma już zasobów na to, żeby radzić sobie z ogromem emocji, które się przetoczyły jak fala powodziowa. Może pojawić się apatia, wycofanie społeczne, brak energii i różnego rodzaju myśli rezygnacyjne, nawet samobójcze.

Ale tak zły stan nie może trwać wiecznie.

- U osób, które przeszły takie fazy, powinien się pojawić etap adaptacji i akceptacji. Takie osoby mogą wtedy świadomie korzystać z pomocy specjalistów, pomocy bliskich, przystosowywać się, powoli zacząć odbudowywać poczucie kontroli, zaczynać podejmować działania naprawcze. U niektórych jest to etap, który nazywamy wzrostem posttraumatycznym. Niektórzy doznają odbicia się jak od trampoliny. Zaczynają intensywnie odbudowywać życie, zmieniają wszystko, zaczynają od nowa. Zmieniają styl życia, pracę, zaczynają wchodzić w rozwój osobisty i ich odporność psychiczna zaczyna rosnąć. Ale to wszystko zależy od tego, co się wydarzy z człowiekiem na pierwszym etapie.

Rzeczniczka Praw Dziecka już po pierwszej nocy zaprosiła wszystkich na poranny webinar na temat tego, jak rozmawiać z dziećmi o powodzi, stracie. Czas udzielenia pomocy jest aż tak ważny?

- Na początku liczą się godziny. W pierwszej dobie, do dwóch dób po wydarzeniu, człowiek ma bardzo dużą otwartość i zdolność do przyjęcia pomocy psychologicznej, która jest kluczowa. Im wcześniej zadziałamy, tym mniejsze będą skutki psychologiczne. U każdego zostanie jakaś blizna, ale pytanie jak duża będzie, jak długo rana będzie otwarta. Już w pierwszej dobie po takim wydarzeniu człowiek zaczyna wydzielać dużo oksytocyny, czyli hormonu więzi. Wtedy można najskuteczniej szybko pomóc.

Wracam na chwilę do fałszywego, jak się okazuje, stwierdzenia z początku rozmowy, o tym, że dzieci nie będą pamiętać. Rozdzierający był obrazek białego psa, który stoi bezradnie na wysepce, gdy wokół rwący potok zabiera wszystko po drodze. To mógł być ukochany pies jakiegoś dziecka.

- Gdy ukochany zwierzak tonie, ponieważ nikt nie był w stanie go uratować, to jest to bardzo ciężkie przeżycie, zwłaszcza dla dziecka. Niby klasyfikuje się to do wydarzeń potencjalnie traumatycznych, bo to nie człowiek umiera, ale patrząc na stronę emocjonalną, to doświadczenie traumatyczne. Najczęściej jeszcze takie dziecko zostaje z tą stratą same. Trudno jest w tym wypadku obwiniać rodziców, którzy zajęci nieszczęściem, mimowolnie bagatelizują silne negatywne odczucia dziecka, bo przecież „to tylko pies, a najważniejsze, że my żyjemy”.  Do dziecka takie tłumaczenie jednak nie trafia, a żal, który odczuwa, jest niemal taki, jakby zginął bliski człowiek.

Malwina Użarowska
Fot. AlmaCentrumTerapii/Materiały prasowe
psychotraumatolog Malwina Użarowska

Czy pomocy mogą udzielić wyłącznie psycholodzy?

- Niekoniecznie. Pierwsze 48 godzin to jest czas, kiedy powinni się pojawić tzw. interwenci kryzysowi. Są to osoby, które wiedzą, jak zadziałać w pierwszych dwóch dobach, którzy wiedzą, czego unikać. Przykładowo nie wolno zmuszać poszkodowanej osoby do opowiadania o traumie. Ta osoba potrzebuje więzi. Trzeba z nią być, zapewnić bezpieczeństwo i dać przestrzeń do tego, żeby chciała opowiedzieć, albo sama zdecydowała, że nie chce opowiadać o tym w ogóle. To, że ktoś nie chce o tym rozmawiać teraz, to znaczy, że jego umysł działa prawidłowo. W sytuacji klęski żywiołowej powinniśmy mieć takich interwentów jak najwięcej.

W kraju, w którym mamy plagę samobójstw nawet wśród nastolatków, problemy z dostaniem się do psychiatry, a szczególnie do psychiatrów dziecięcych, trudno mieć nadzieję, że taka szeroka pomoc w tych pierwszych dwóch dobach dotrze do potrzebujących.

- Niestety, nie da się cofnąć tego pierwszego efektu. Oczywiście wszystko jest do odrobienia, tylko im wcześniej zareagujemy, tym lepiej. Czasami trzeba okryć kocem, dać herbatę i po prostu siedzieć z tą osobą w milczeniu. Czas na rozmowę może przyjść dopiero później. Na początku normalizujemy, czyli uświadamiamy tę osobę, że to wszystko, co ona teraz czuje i co się z nią dzieje, niezależnie od tego, co robi - czy krzyczy, płacze, czy się nie odzywa - to wszystko jest reakcją umysłu, która nie odbiega od normy. To jest to, co ma prawo czuć. Ta osoba musi mieć poczucie, że rozumie, co się z nią dzieje.

To nie jest czas na rady psychologiczne, ale przede wszystkim na zapewnienie bezpieczeństwa, fizycznego i emocjonalnego, dostępu do schronienia, jedzenia, wody i przede wszystkim informacje o dalszej pomocy. Ta osoba nie może czuć się zagubiona w akcji. Trzeba ją przeprowadzić przez kolejne etapy. To wszystko jest bardzo delikatne i jeżeli interwenci nie są dobrze wyszkoleni, to może dojść do wtórnej traumatyzacji.

Czyli wywoływania złych przeżyć i traumy. A to, czego powodzianie potrzebują, żeby wrócić do psychicznej równowagi, to odzyskanie sprawczości, poczucia kontroli nad własnym losem. Bo ta utrata kontroli nad losem przeraża ludzi najbardziej.

- W takiej sytuacji przede wszystkim musimy ułatwić kontakt z rodziną czy z przyjaciółmi. To jest operacyjne wsparcie, czyli wsparcie sieci społecznej. Poczucie bezpieczeństwa jest kluczowe do tego, by zredukować uczucie dezorientacji i chaosu. I to trzeba robić szybko. Interwencja kryzysowa trwa od kilku godzin do kilku tygodni, więc w tym pierwszym momencie naprawdę można bardzo dużo zrobić, żeby złagodzić pierwsze uderzenie stresu. Później są kolejne etapy,  jak pierwsza pomoc psychologiczna.

Tysiące ludzi będzie potrzebować takiej pomocy.

- Tak, tylko trzeba tu zastosować gradację , bo osoba, która była świadkiem, że płynie woda, będzie mniej straumatyzowana niż ta, która straciła dorobek życia. Osób, które rzeczywiście doświadczyły traumy, aż tylu nie będzie. Okres wychodzenia z ostrego stresu może trwać do miesiąca. Jeśli osoba jest dobrze zaopiekowana, to objawy tego stanu takie jak drażliwość, zaburzenia snu, zmiany nastroju, ciągły tryb czuwania, niepokój, czy bóle głowy i napięcie w mięśniach, zaczną się wygaszać i ustępować. Jeśli utrzymują się dłużej, to już jest bezwzględne wskazanie do terapii.

Źródło: Radio ZET

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET