Ameryka wystawi rachunek Trumpowi, Orban straci władzę? Szykuje się gorący wyborczy rok
W tym roku po raz pierwszy od czterech lat nie odbędą się w Polsce żadne wybory. Ale to nie oznacza, że 2026 rok pozbawiony będzie wyborczych emocji. Tych dostarczą zagraniczne elekcje, których rezultaty nie pozostaną bez wpływu na sytuację polityczną nad Wisłą.
Z tego artykułu dowiesz się:
- W 2026 roku w Polsce nie odbędą się wybory, ale zagraniczne elekcje, takie jak amerykańskie mid-terms czy wory parlamentarne na Węgrzech dostarczą sporo emocji obserwatorom polityki.
- Donald Trump zmaga się z niskimi notowaniami w USA, co może utrudnić Republikanom utrzymanie kontroli nad Kongresem i wpłynąć na jego politykę.
- Na Węgrzech możliwa zmiana władzy - Viktor Orban może stracić stanowisko na rzecz opozycyjnego lidera Petera Magyara, co może mieć konsekwencje dla sceny politycznej w Europie Środkowej.
- Do urn pójdą także Szwedzi, Duńczycy, Łotysze, Izraelczycy oraz mieszkańcy Peru, Kolumbii i Brazylii.
W tym roku po raz pierwszy od czterech lat nie odbędą się w Polsce żadne wybory. Ale to nie oznacza, że 2026 rok pozbawiony będzie wyborczych emocji. Tych dostarczą zagraniczne elekcje, których rezultaty nie pozostaną bez wpływu na sytuację polityczną nad Wisłą.
Ameryka wystawi rachunek Trumpowi?
Najważniejsze wybory tego roku czekają nas za Atlantykiem. Listopadowe mid-terms ("w połowie kadencji"), tradycyjny moment wymiany całego składu Izby Reprezentantów Kongresu USA oraz jednej trzeciej Senatu, to zwykle pierwsze ogólnokrajowe referendum ws. polityki wybranego dwa lata wcześniej prezydenta i jego drużyny. Wybory te historycznie bywały dla urzędującego przywódcy trudne, nierzadko ekipa rządząca traciła kontrolę przynajmniej nad jedną z izb Kongresu. Nie zapowiada się, by tym razem było inaczej.
Donald Trump ma coraz gorsze notowania. Z najnowszego badania SSRS wynika, że 58 proc. Amerykanów uznało pierwszy rok jego ponownych rządów za porażkę. 55 proc. uważa zaś, że polityka nowego-starego lidera pogorszyła sytuację ekonomiczną kraju. Według danych RealClearPolitics i "New York Timesa" poparcie dla 80-letniego polityka wynosi średnio 43–44 proc, przy niechęci na poziomie 55-56 proc. To więcej niż zły prognostyk przed listopadowym głosowaniem. - Jeśli Demokraci wygrają zarówno wybory do Izby Reprezentantów, jak i Senatu, będzie to sygnał, że porządek kształtowany przez Trumpa zostanie podany w wątpliwość i utrudni reelekcję wskazanemu przez niego kandydatowi - tłumaczy dr Michał Matlak, politolog i dyrektor Instytutu Innowacji i Technologii, mając na myśli wybory w 2028 roku, w którym Trump nie będzie mógł wystartować po raz trzeci.
Mateusz Piotrowski z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych uważa, że sam wynik listopadowych wyborów, nawet niekorzystny dla Republikanów, nie wpłynie dramatycznie na politykę Trumpa. - I tak decyduje się on realizować swoją politykę głównie w ramach kompetencji władzy wykonawczej, podejmując próby ich poszerzania – zaznacza. Zwraca przy tym uwagę, że oczywiście przy scenariuszu wygranej Demokratów przynajmniej w jednej izbie będą oni starali się nakładać ograniczenia na Trumpa, ale w kwestiach budżetowych będzie konieczne osiąganie kompromisu.
Może jednak przysłuży im się ekspansywna polityka zagraniczna Trumpa, której ukoronowaniem była operacja pojmania dyktatora Wenezueli Nicolasa Maduro i która w oczach obywateli ukazuje siłę i sprawczość Ameryki? Albo jego coraz bardziej agresywna retoryka ws. zagarnięcia Grenlandii? Patrząc na nastroje społeczne, niekoniecznie. Według styczniowych badań Ipsos więcej Amerykanów – 34 proc. - źle niż dobrze (33 proc.) ocenia interwencję w Caracas, a ponad 70 proc. boi się, że Ameryka uwikła się w konflikt na dłużej. W przypadku należącej do Danii wyspy Trump jeszcze mocniej rozmija się z nastrojami elektoratu. 70 proc. Amerykanów (sondaż YouGov) sprzeciwia się wykorzystaniu państwowych pieniędzy do zakupu Grenlandii, a aż 86 proc. nie poparłoby wykorzystania siły do przejęcia wyspy. Trudno więc wyobrazić sobie, jak Trump wytłumaczyły swoim rodakom ruch, którego oni sami nie akceptują.
Demokraci, podniesieni na duchu serią lokalnych wygranych w poprzednim roku (m.in. w wyborach na burmistrzów Nowego Jorku czy Miami oraz gubernatorskich w Virginii), liczą na mobilizację anty-Trumpowskego elektoratu i pełną pulę jesienią. Marzy im się zyskanie jakichkolwiek narzędzi kontroli nad nieobliczalnym prezydentem, może nawet blokowania niektórych jego inicjatyw. Na konto lokatora Białego Domu idzie też coraz brutalniejsza działalność agentów ICE (amerykański urząd ds. kontroli migracyjnej), zwłaszcza historia z Minneapolis, gdzie jeden z funkcjonariuszy zastrzelił matkę trojga dzieci. Czy Trump przetrwa kolejny kryzys czy Amerykanie wystawią mu jednak rachunek za pierwsze 20 miesięcy rządów? - Głównym pytaniem pozostaje, czy ewentualne porażki Republikanów skłonią Trumpa do korekty kursów niektórych polityk, czy do końca kadencji będzie trwał na stanowisku. To też będzie determinować przebieg debaty u Republikanów wśród kandydatów na następcę Trumpa – podsumowuje Piotrowski.
Węgrzy pożegnają Orbana?
Wróćmy do Europy, a konkretnie na Węgry. Liberalno-lewicowa część europejskiej opinii publicznej żywi nadzieję, że rządzący krajem od 2010 roku Viktor Orban i jego partia Fidesz w końcu stracą władzę. Cztery lata temu cała tamtejsza opozycja zjednoczyła się w celu zmaksymalizowania szans na wygraną. Skończyło się spektakularną klęską i prawie 20-procentową przewagą Fideszu. Teraz może być inaczej. Węgry od kilku lat borykają się poważnym kryzysem gospodarczym. Zaczęło się od pandemii, kolejnym ciosem była wojna w Ukrainie, a pamiętajmy, że Budapeszt do dziś nie otrzymał unijnych środków ze swojego Krajowego Planu Odbudowy.
Najboleśniejsze dla węgierskiego premiera jest jednak to, iż tym razem naprawdę może mieć z kim przegrać. Głównego rywala wyhodował niemal na własnej piersi. Peter Magyar przez lata był lojalnym i prominentnym fideszowcem, urzędnikiem i dyplomatą. Dwa lata temu zmienił front, gdy ujawniono fakt ułaskawienie skazanego za tuszowanie przestępstw pedofilskich wicedyrektora domu dziecka. Skandal odbił się nad Balatonem szerokim echem, doprowadzając ostatecznie do dymisji prezydentki Katalin Novak i wielu urzędników. Węgrzy w proteście wyszli na ulice, a największej, kilkudziesięciotysięcznej demonstracji w stolicy, przewodził właśnie Magyar. Dziś lideruje partii TISZA, która w sondażach od miesięcy góruje (w niektórych nawet kilkunastoma punktami procentowymi) nad Fideszem. I choć nominalnie to umiarkowana centroprawica, która w pewnych kwestiach (np. migracji) mówi tym samym głosem co obecna władza, to jednak odróżnia ją jednoznacznie proeuropejski kurs oraz stanowcze poparcie dla Ukrainy - w przeciwieństwie do Orbana, największego sojusznika Władimira Putina w Unii Europejskiej, który pomagać Ukrainie nie chce, a sankcjami na Rosję się nie przejmuje, importując stamtąd aż 90 proc. swojego zapotrzebowania na ropę.
Węgierski przywódca tanio jednak skóry nie sprzeda. Przez lata zdławił prawie wszystkie krytyczne media i uzależnił od siebie biznes. W dodatku mieszana (w części okręgów proporcjonalna, w niektórych większościowa) ordynacja wyborcza faworyzuje wspierające go prowincjonalne regiony i sprawia, że aby uzyskać potrzebną do przeprowadzania radykalnych reform większość w parlamencie, trzeba wygrać z naprawdę dużą przewagą. Dlatego wybory te dadzą odpowiedź na istotne pytanie: czy tamtejsza władza, w warunkach systemu tworzonego i pielęgnowanego przez Fidesz od kilkunastu lat, może uczciwie przegrać? - Orban jest ojcem-założycielem międzynarodówki antyliberalnej i jego przegrana, która wydaje się teraz prawdopodobna, będzie sygnałem, że demokraci wracają do gry. To będzie ważny sygnał przed polskimi wyborami w roku 2027 – komentuje dr Matlak. Według niego kwietniowe wybory na Węgrzech będą w Polsce odczytywane jako odpowiedź na pytanie, czy ów model demokracji nieliberalnej trwa, czy się jednak poważnie osłabia. - Stąd wygrana jednej lub drugiej strony będzie w naszym kraju wykorzystywana w kampanii parlamentarnej roku 2027 przez tę stronę polskiego sporu, której węgierscy sojusznicy wygrają - zaznacza politolog.
W tej sprawie mamy zresztą jeszcze jeden wątek polski. To przecież na Węgrzech rezydują objęci azylem politycznym dwaj prominentni politycy PiS: były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro i jego dawny zastępca w resorcie Marcin Romanowski. Ciążą nad nimi zarzuty dotyczące przestępstw w ramach Funduszu Sprawiedliwości. Obaj muszą trzymać kciuki za Orbana, gdyż to od niego zależeć może ich przyszłość. Kierownictwo TISZY Magyara przyznało już bowiem, że pod ich rządami Węgry „nie będą zapewniać schronienia zagranicznym przestępcom”. Ten ostatni cytat to odpowiedź, której biuro prasowe głównej partii opozycyjnej Węgier udzieliło korespondentowi PAP na pytanie o ocenę decyzji Budapesztu o przyznaniu azylu Ziobrze.
Na co zaś Orban, poza faworyzującymi go regułami gry, może liczyć przed wyborami? Zapewne na pomoc sojusznika zza Oceanu. W marcu, kilka tygodni przed głosowaniem, w Budapeszcie odbędzie się CPAC, doroczna światowa konferencja zrzeszająca konserwatywnych polityków i aktywistów. Rok temu miała miejsce pod koniec maja, tuż przed II turą polskich wyborów prezydenckich, w podrzeszowskiej Jasionce. Goszcząca tam szefowa Departamentu Bezpieczeństwa USA Kristi Noem wprost poparła Karola Nawrockiego. Kandydat PiS ostatecznie wygrał. Orban nie ukrywa, że liczy na podobny efekt. Zwłaszcza, że – jak przypomina Mateusz Mazzini, dziennikarz współpracujący z "Gazetą Wyborczą" i "Polityką" specjalizujący się w polityce międzynarodowej, – niewykluczone, że do stolicy Węgier przybędzie sam Trump. - Łatwo sobie wyobrazić, że gdyby Orban przegrał, Amerykanie natychmiast stwierdziliby, że głosowanie zostało zmanipulowane przez UE i to Bruksela ponosi odpowiedzialność za porażkę Fideszu. Co z kolei przyniosłoby kolejne ataki, sankcje personalne, może nawet zawieszenie niektórych transferów technologii z USA do Europy – stwierdza publicysta, przypominając widoczny w ostatnim roku coraz większy rozjazd między Ameryką a Starym Kontynentem.
Szwecja: pierwsze wybory w NATO. Łotwa: suwerenność "pod okiem" Putina
Do urn pójdą również Szwedzi. Na pierwszy rzut oka to jedna z najbardziej stabilnych demokracji w Europie, w której od dekad władzą pokojowo wymieniają się socjaldemokraci i centroprawica - jedni i drudzy zdecydowanie proeuropejscy. Ale to też pierwsze wybory od czasu akcesji Szwedów do NATO. Rezygnacja z wieloletniej programowej neutralności na rzecz aktywnego uczestnictwa w zachodniej architekturze bezpieczeństwa może więc spotkać się z reakcją bliskiej geograficznie Rosji, a Skandynawowie muszą liczyć się z działaniami hybrydowymi, falą dezinformacji i podsycaniem nastrojów antyeuropejskich w sieci, czego doświadcza mocno też Polska. Ze Szwecją dzielimy jeszcze Morze Bałtyckie, gdzie Rosjanie również chętnie zakłócają m.in. sygnał GPS dla okrętów i samolotów.
W jeszcze trudniejszym położeniu jest Łotwa, również członek NATO, ale państwo mniejsze, z niższym potencjałem obronnym czy ekonomicznym niż sojusznicy z Zachodu. W dodatku Łotysze (wespół z Litwinami i Estończykami) od dawna przysłuchują się spekulacjom, jakoby byli kolejnym wymarzonym celem operacji Putina, jeśli teraz "poradzi" sobie z Ukrainą. W dodatku jedną czwartą populacji Łotwy stanowi mniejszość pochodzenia rosyjskiego. Stąd więc biorą się hipotezy o "kolejnym Krymie i Doniecku", jakie dyktator z Kremla mógłby chcieć urządzić na wschodniej flance NATO. Wrześniowe wybory mogą zdecydować, po której stronie cywilizacyjnej barykady znajdzie się Ryga, gdzie obecnie rządzi proeuropejski i proukraiński gabinet Eviki Siliny (w koalicji z progresywnymi socjaldemokratami i umiarkowaną partią rolników).
Co z tego wynika dla Polski? - Wybory w krajach bałtyckich i skandynawskich są dla nas ważne i na pewno będą obiektem ataków ze strony Rosji, ale ich geopolityczny kierunek nie ulegnie zmianom. Będzie nastawiony na obronę suwerenności przed Rosją, zarówno w przypadku Łotwy i Szwecji, nawet jeśli tu zagrożenie jest mniejsze - podsumowuje dr Matlak.
Dania: wybory w cieniu Trumpa i Grenlandii
W październiku swoich przedstawicieli do jednoizbowego zgromadzenia wybiorą również Duńczycy. I znów, jak w przypadku Szwecji, wydaje się, że mamy do czynienia ze stabilnym systemem, w którym od kilku dekad pierwsze skrzypce w rządzie grają na zmianę socjaldemokraci i centrowi liberałowie z Venstre. Obydwie formacje tworzą zresztą obecne – pod wodzą lewicowej premierki Mette Frederiksen – coś w rodzaju rządu zgody narodowej.
Cieniem na sytuacji politycznej w Danii kładzie się Donald Trump oraz jego coraz głośniejsze żądania przejęcia znajdującej się pod duńskim protektoratem Grenlandii. Według niego Europa nie jest w stanie zadbać o bezpieczeństwo tego terytorium, a jeśli nie zrobi tego Ameryka, to "Grenlandią i całą Arktyką zajmą się Rosja i Chiny". Gdy łagodnieje, nie sugeruje już użycia siły, ale kupno wyspy. I to bez pytania Grenlandczyków o zdanie. Sprzeciw wyraziło kilka europejskich państw, w tym Wielka Brytania, Francja, Szwecja, Finlandia i Niemcy. I wszystkie zostały przez Trumpa ukarane cłami handlowym.
Trudno ocenić, jak wpływ na kampanię wyborczą w Danii będzie miała postawa Trumpa i coraz większa eskalacja napięcia w relacjach z Kopenhagi z Waszyngtonem. Wiadomo natomiast, że żadna z partii duńskiego mainstreamu nie zaakceptowałaby utraty części swojej terytorium. Ewentualna konfrontacja militarna między dwoma nominalnymi sojusznikami w ramach NATO miałaby zaś katastrofalne skutki dla sojuszu i całego Zachodu.
- Trump w duńskich wyborach uczynił ważną kwestię tożsamości. przynajmniej dla części wyborców. Chodzi zarówno o odrzucenie koncepcji wasalizacji przez USA i poczucie europejskiej dumy, ale też o obawy o przyszłość współpracy sojuszniczej - przekonuje Mateusz Piotrowski. W jego ocenie nastroje społeczne mogą być zróżnicowane. - Dlatego też w ramach kampanii testowane mogą być zupełnie różne propozycje podejścia przede wszystkich do dialogu z Amerykanami – przyznaje.
Izrael: kolejne życie Netanjahu?
Jesienią tego roku swój parlament wybiorą także Izraelczycy. To pierwsze wybory odbywające się w cieniu ludobójstwa, którego izraelska armia wciąż dopuszcza się w Strefie Gazy. Ale też pierwsze od czasu ataku Hamasu z 7 października 2023 roku, która to tragedia skutkowała odwetem Izraela na Palestyńczykach i posłużyła rządowi Benjamina Netanjahu za usprawiedliwienie zbrodni dokonywanych w Gazie. O ile pierwszy temat rezonuje przede wszystkim na świecie, o tyle drugi może zdominować tegoroczną izraelską kampanię, która toczyć się będzie m.in. wokół tego, kto jest odpowiedzialny za to, że do tej tragedii w ogóle doszło.
Izrael wciąż ma problem z rosnącymi kosztami życia, a prawicowe rządy Netanjahu i jego jeszcze bardziej radykalno-religijnych koalicjantów (m.in. zmniejszająca uprawnienia Sądu Najwyższego reforma wymiaru sprawiedliwości, która wywołała wielotysięczne demonstracje) skutkują niekorzystnymi dla popularnego "Bibiego" notowaniami. Jeśli patrzeć na wykresy z ostatniego roku, najdłużej (choć z przerwami) urzędujący premier w historii Izraela może pożegnać się z władzą. Nie po raz pierwszy, ale czy ostatni? Człowiek, nad którym ciążyły już prokuratorskie zarzuty o korupcję i nadużywanie uprawnień, potrafił odradzać się niczym serialowy Kot Rademenes (ten od siedmiu żyć).
A jeśli nie Bibi, to kto? Sondaże faworyzują byłego premiera Naftalego Bennetta, który w zeszłym roku założył własną partię "Bennett 2026". To konserwatysta i religijny Żyd (publicznie zawsze nosi jarmułkę), który w poprzedniej kadencji współtworzył koalicję anty-Netanhaju. Wcześniej przez lata był jego stronnikiem. 20 lat temu kierował jego sztabem wyborczym, a później pełnił rolę ministra (m.in. obrony i edukacji) w kilku rządach Bibiego. Jeśli chodzi o poglądy, wcale nie jest tak daleki od swojego dawnego mentora. Również sprzeciwia się m.in. powstaniu państwa palestyńskiego oraz likwidacji osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu Jordanu (drugim obok Gazy historycznie należącym do Palestyny terytorium, które zajął Izrael). Czyli jego sprzeciw wobec Netanjahu może mieć charakter bardziej osobisty niż ideowo-programowy. Jeśli to on zostanie nowym-starym premierem, oznaczać to może, iż Izraelczycy chcą prawicowych rządów, ale mniej skorumpowanych i mniej zamordystycznych. Czyli chcą państwa tego samego, ale nie takiego samego.
Brazylia, Kolumbia, Peru – prawicowa fala czy reduta przeciw Ameryce?
Gorąco będzie też w Ameryce Południowej. I nie chodzi o wspomnianą już Wenezuelę. Od kilku lat na kontynencie trwa coś w rodzaju konserwatywnej fali, w 2025 roku mocno podniesionej powrotem Trumpa do Białego Domu. Prawica pod różnymi - populistycznymi, neoliberalnymi – postaciami rządzi już w Argentynie, Ekwadorze, Paragwaju i Boliwii, a w marcu urząd prezydenta Chile obejmie zwycięzca ubiegłorocznych wyborów Jose Antonio Kast – syn zbiegłego po II wojnie światowej nazisty, zadeklarowany miłośnik krwawej dyktatury Augusto Pinocheta.
"Nietknięte" tym trendem pozostają na razie m.in. Kolumbia, Brazylia i Peru. We wszystkich tych krajach obywatele w tym roku pójdą do urn, żeby wybrać nowych przywódców i składy parlamentów. Oczy politologów zwrócone będą zwłaszcza na dwa pierwsze, gdzie aktualne lewicowe administracje – pod wodzą kolejno Gustavo Petro i Luli da Silvy – są skonfliktowane z Trumpem. Po akcji w Caracas prezydent USA sugerował, że gotów byłby przeprowadzić podobną operację w Kolumbii, również oskarżając Petro – jak w przypadku Maduro - o narkoterroryzm. Z kolei na Brazylię Waszyngton nałożył jedne z najwyższych ceł w ostatnich miesiącach – aż 50 proc. - co było zemstą na skazanie na 27 lat więzienia za próbę przeprowadzenia zamachu stanu przez poprzednika Lulli, faszyzującego byłego wojskowego Jaira Bolsonaro, otwarcie sympartyzującego z Trumpem.
Mateusz Mazzini przewiduje, że w Kolumbii wahadło polityczne przesunie się w drugą stronę i wygra ktoś bardziej na prawo niż Petro, ale Brazylia pozostaje większą zagadką - Lula nadal prowadzi tam w sondażach dających mu dziś nawet zwycięstwo w I turze wyborów. Ale po piętach depcze mu Flavio Bolsonaro, syn byłego prezydenta, niesamowicie dobrze "wpięty" w kręgi światowej prawicy reakcyjnej – mówi dziennikarz. Spodziewa się, że Trump, Elon Musk i inni influencerzy z USA przypomną sobie o Brazylii przed wyborami, bo na razie o niej zapomnieli. - Amerykanie sami zdjęli własne cła nałożone na brazylijskie produkty spożywcze, bo ich ceny w kraju okazały się zbyt bolesne dla elektoratu Trumpa. Przykład Brazylii pokazuje, że można i trzeba skutecznie przeciwstawiać się Trumpowi, co jednak nie daje pełnej odporności na jego ataki – komentuje ekspert. Według niego decydujące tu będą kwestie gospodarcze..
Wątek wpływu Trumpa i jego środowiska na procesy wyborcze zarówno w Ameryce Łacińskiej, jak i w Europie podejmuje także Mateusz Piotrowski. Jego zdaniem choć Węgry, Dania, Brazylia i Kolumbia geograficznie są sobie odległe, to faktycznie mogą znaleźć wspólny mianownik w podejściu Trumpa do wspierania ugrupowań czy liderów politycznych ideowo sobie bliskich. - W przestrzeni publicznej wystarczy właściwie jeden komunikat ze strony samego Trumpa dotyczący poparcia, by poszła za nim cała fala reakcji wtórnych środowisk w USA, jak i lokalnych konserwatystów. Natomiast Trump może też wykorzystywać groźby dotyczące braku perspektyw na współpracę z liderami, których postrzega negatywnie, by poniekąd odstraszyć wyborców od głosowania na nich – tłumaczy analityk.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET