Były ambasador RP w Ukrainie wspomina przygotowanie placówki na wojnę. "To był armagedon"
Były ambasador RP w Ukrainie Bartosz Cichocki opowiedział Onetowi o przygotowaniach polskiej placówki na wojnę. Wyjaśnił, jak wyglądała ewakuacja polskiego personelu oraz co denerwowało prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego.
Bartosz Cichocki był ambasadorem RP w Ukrainie, gdy Rosjanie rozpoczęli pełnoskalową inwazję 24 lutego 2022 roku. Kiedy wojska podeszły pod Kijów i wszystkie placówki ewakuowały swój personel, był jedynym ambasadorem, który pozostał na miejscu.
- Dla mnie ta historia zaczęła się gdzieś pod koniec października 2021 roku. Wtedy zaczęła się publiczna debata, a takie instytucje jak ambasady zaczęły otrzymywać niejawne prognozy i raporty. One były rozbieżne. Jedni negowali całkowicie perspektywę rosyjskiej agresji. Inni mówili, że coś może się stanie, ale w ograniczonym stopniu gdzieś na wschodzie, na Donbasie. Ale były też głosy, że grozi nam pełnoskalowa inwazja ze wszystkich stron - wspominał Cichocki w rozmowie z Onetem.
Były ambasador w Ukrainie: "Uznałem, że muszę przyjąć najgorszy scenariusz"
Dyplomata opowiedział o wyzwaniach związanych z prowadzeniem placówki w Kijowie przed wybuchem wojny. Przyznał, że nie był optymistą. - Zastanawiałem się nad tym wszystkim i w którymś momencie doszedłem do wniosku, że trzeba przyjąć scenariusz najgorszy. Jako ambasador byłem wtedy kierownikiem dużej placówki; mieliśmy łącznie ponad 80 etatów w Kijowie. To była ambasada, konsulowie, Instytut Polski. Uznałem, że muszę przyjąć najgorszy scenariusz, a najwyżej nic się nie stanie - mówił.
Cichocki wspominał, że na początku zabrano się za porządki archiwalne. - Wtedy zostałem po raz pierwszy całkowicie znienawidzony przez swój zespół, bo okazało się to, co musiało się okazać, że kolejne pokolenia dyplomatów zostawiały po sobie masę dokumentów. Mimo że regulamin nakazuje każdemu dyplomacie likwidację swojego stanowiska po zakończeniu misji, czyli przekazanie dokumentów, które muszą zostać zachowane do centrali, innych do archiwum, jeszcze innych do zniszczenia, to mało komu się chciało to robić - zdradził.
Jak wyglądały przygotowania do ewakuacji z Ukrainy?
Ocenił, że dla przeciwnika z pozoru błaha informacja może okazać się ważna. - To był armagedon, tony papieru. W którymś momencie ściągnęliśmy z Warszawy TIR-a, który to wywiózł, więc proszę sobie wyobrazić, ile ton tego wszystkiego było. To nam zajęło cały listopad. Potem zaczęliśmy gromadzić zapasy wody, zapasy paliwa, zaczęliśmy aktualizować plany ewakuacyjne, kto będzie jechać którym samochodem, bo to też regulamin opisuje, co musi w pierwszej, w drugiej, w trzeciej kolejności być wywiezione, co musi zostać zniszczone. Tego było dużo, nie nudziliśmy się. Kiedy już byliśmy gotowi, to zaczęliśmy prowadzić szkolenia z pierwszej pomocy, z czego ma się składać plecak ewakuacyjny i tak dalej - wyliczał w rozmowie z Onetem.
Ambasador Cichocki wspominał też, jak wyglądały przygotowania do samej ewakuacji. - Część rodzin musiała wyjechać samochodami, ale jeszcze latały samoloty pasażerskie. Moja żona kupiła ostatni bilet dla siebie i dzieci. Przy czym w naszym przypadku to nie była ewakuacja. Sytuacja była bardzo nerwowa, bo prezydent Zełenski bardzo nerwowo reagował na ruchy niektórych państw co do ewakuacji dyplomatów i na pogłoski o naciągającej wojnie - odnotował.
Dyplomata przyznał, że ukraiński przywódca bardzo martwił się odpływem inwestycji, osłabieniem waluty i kryzysem gospodarczym. - Placówki odczuwały silny nacisk na to, żeby się nie ewakuować. Więc ja, korzystając z tych przepisów covidowych, po prostu wydawałem zgody na wniosek podwładnych co do pracy na odległość z terytorium Polski - mówił.
- Na szczęście praktycznie wszystkie żony naszych dyplomatów też pracowały w ambasadzie lub konsulatach. Taki mamy system, że dyplomacie nie opłaca się wyjechać na placówkę, jeśli jego żona nie zostanie zatrudniona na placówce, lub też odwrotnie, pani dyplomatce nie opłaca się wyjechać, jeśli mąż nie zostanie też zatrudniony. Po prostu państwo polskie słabo płaci. Więc te żony były też moimi podwładnymi, dlatego również mogły zwrócić się o zgodę na pracę z dystansu. No i nagle wszyscy ci ludzie, których nie powinno być tutaj w momencie kryzysu, wyjechali do Polski. To była moim zdaniem kluczowa decyzja - wyjaśnił Bartosz Cichocki.
Źródło: Radio ZET/Onet
- Druga rocznica napaści na Ukrainę. "Metal może nie wytrzymać, ale nie Ukraińcy"
- Sikorski wypunktował kłamstwa rosyjskiego ambasadora. "Nie jesteśmy rusofobami"
- Nikt z polskich władz nie udał się do Kijowa. Ukraińcy mówią o ochłodzeniu relacji
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET