`

"To jest piekło". Grażyna straciła nogę, Kamil został ranny. Oto, co widzieli w Ukrainie

4 min. czytania
12.01.2023 18:39
Obserwuj nas na Google

Mieliśmy świadomość, że balansujemy na granicy życia i śmierci - powiedziała wolontariuszka Grażyna, która straciła nogę w wybuchu pocisku, wioząc pomoc humanitarną w Bachmucie na Ukrainie. Od wtorku razem z drugim rannym wolontariuszem przebywa na leczeniu w szpitalu klinicznym nr 4 w Lublinie. - To jest piekło - mówili o tym, co widzieli blisko linii frontu.

Ukraina
fot. Facebook/Stowarzyszenie Klika, Dzienni Wschodni (screen)

Grażyna to nauczycielka akademicka z Krakowa. Jest również wolontariuszką krakowskiego Stowarzyszenia Klika, które wspiera osoby z niepełnosprawnością w Ukrainie, dostarczając im żywność, pomagając w ewakuacji, odwiedzając i starając się aktywizować społeczność lokalną.

Polscy wolontariusze ranni w Bachmucie. Są już w Polsce

Jak ustaliła Polska Agencja Prasowa, polscy lekarze walczą o uratowanie drugiej nogi kobiety, która przebywa obecnie na leczeniu w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym Nr 4 w Lublinie. Grażyna straciła część jednej z nóg w położonym niedaleko linii frontu Bachmucie, gdzie pojechała z innym wolontariuszem - Kamilem, który również został ranny.

O tym, że wolontariusze bezpiecznie trafili ostatecznie do lubelskiej placówki, poinformowało we wtorek Ministerstwo Zdrowia. Z poszkodowaną dwójką spotkał się m.in. minister Adam Niedzielski.

"Jestem po rozmowie z panią Grażyną, wolontariuszką ranną w Bachmucie. Przed nią długotrwałe leczenie i rehabilitacja, co potwierdzają lekarze z PSK4 w Lublinie, z którymi jesteśmy w kontakcie. Niezwykle ważne, że Pani Grażyna zachowuje pozytywne myślenie i wrodzony optymizm" - napisał na Twitterze szef MZ.

Polscy wolontariusze ratowali osoby z niepełnosprawnościami

Grażyna i Kamil, cytowani przez PAP, podzielili się swoimi przeżyciami z tragicznej w skutkach podróży do Bachmutu, gdzie udali się już w piątek.  - Pojechaliśmy z pomocą humanitarną, prezentami dla dzieci, kutią - stwierdziła, wyjaśniając, że w piątek wypadały prawosławne święta.

- To był nasz czwarty wyjazd do Bachmutu, bo od jakiegoś czasu żyjemy w Ukrainie, wspierając osoby z niepełnosprawnością, dzieci i seniorów - powiedziała. Jak podała, część pomocy rozładowali w pierwszej ogrzewalni tzw. Puncie Niezłomności w Bachmucie. Następnie udali się do drugiego punktu.

Tyle, co otworzyliśmy bagażnik od auta i zaczęliśmy się przymierzać do wypakowywania, przyleciał pocisk - podobno moździerzowy - uderzył ok. 30 m od nas w blok mieszkalny, a my oberwaliśmy odłamkami. Pamiętam każdą jedną sekundę tego, co się stało. Ogromny huk i błysk. Przewróciłam się momentalnie na ziemię. To była ogromna siła. Poczułam, jak zaczyna ze mnie wypływać krew [...] w lewej nodze czułam ogromny ból, a w prawej nic. Zastanawiałam się, czy umieram - Grażyna, wolontariuszka ranna w Bachmucie

Po wybuchu trafiła do punktu pierwszej pomocy w Bachmucie, gdzie została opatrzona i otrzymała znieczulenie. Następnie została przewieziona do szpitala w Pawłogradzie w środkowo-wschodniej Ukrainie. Tam przeszła operację. 10 stycznia - po 18-godzinnej podróży karetką - trafiła do szpitala w Lublinie. Opiekun osób niepełnosprawnych z Myślenic i wolontariusz stowarzyszenia Klika Kamil powiedział, że na Ukrainie był od 7 marca ubiegłego roku.

Jak zrelacjonował, zanim spadł pocisk, wszedł do samochodu, żeby podawać z niego żywność. Wtedy nastąpił wstrząs, został rzucony do przodu auta i ogłuszony. Kiedy wyszedł z pojazdu, zobaczył leżące osoby i dużo krwi. Opanował się i przystąpił do udzielania Grażynie pomocy. - Było ciężko. Nie da się tak łatwo otrzymać pomocy w Bachmucie. To jest praktycznie front. Bardzo długo leżeliśmy tam na ziemi. 10-20 minut nie dało się uzyskać pomocy - opisywał.

Redakcja poleca

Opowiadał, że dwa koła w ich samochodzie były zniszczone. Jak dodał, na szczęście przyjechał ambulans. Po wybuchu spędził noc w Bachmucie, później dzięki pomocy jednego z wojskowych udało mu się załatwić koła do samochodu i dołączyć do Grażyny w Pawłogradzie, skąd dotarli do Lublina. Jak przyznał, podczas wybuchu został raniony odłamkiem, który jest tak mały i wszedł tak głęboko, że razem z lekarzami postanowili go nie ruszać. - Jestem szczęśliwy, że żyjemy - powiedział.

Grażyna zauważyła, że to przytomność Kamila ją uratowała. - Anestezjolog w Bachmucie obiecał mi, że za rok będę tańczyć i to jest mój plan na najbliższy czas - przyznała. Dodała, że cały czas jest na mocnych lekach przeciwbólowych. Opowiedziała, że pierwszy raz do Ukrainy przyjechała w lipcu 2022 roku i spędziła tam łącznie cztery miesiące. Do Bachmutu i na pierwszą linię frontu – zastrzegła - na pewno nie wróci, ale chciałaby nadal pomagać na Ukrainie.

"Bachmut to jest piekło"

- Dopóki tam będą najsłabsi potrzebujący, ta pomoc będzie z mojej strony zadeklarowana - zapowiedział Kamil. Nawiązując do przeżyć z Bachmutu, zauważył, że jadąc tam z Grażyną, mieli na sobie kamizelki kuloodporne, hełmy, ale znaleźli się w złym miejscu i czasie. - W każdej chwili możesz zniknąć, zostać ciężko ranny. Strach nie jest paraliżujący. On przypomina ci, żeby wszystko było pod kontrolą, żeby rozglądać się, gdzie możesz uciec - wyjaśnił.

Redakcja poleca

Zdaniem Grażyny wolontariusze wybierający się z pomocą do Ukrainy muszą mieć pełną świadomość ryzyka. - Cały czas mieliśmy świadomość, że balansujemy na granicy życia i śmierci, że to, czy coś się wydarzy czy nie, to jest loteria - stwierdziła.

- Bachmut to jest piekło. Bardzo mnie uderzyło, że spotkaliśmy ogrom ludzi z niepełnosprawnością intelektualną. Znacznie więcej niż statystycznie być powinno - powiedziała. Jak tłumaczyła, takie osoby często są uwięzione w domach, bez dostępu do wody, nie potrafią same sobie zorganizować ewakuacji, mało kto jest zainteresowany przyjmowaniem ich u siebie, dlatego tam zostają.

RadioZET.pl/PAP/Facebook/Twitter

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET