`

Najbliższe lata zdecydują o losach Zachodu? „Błędem byłoby wykluczać czarny scenariusz”

6 min. czytania
04.06.2026 06:22
Obserwuj nas na Google

Biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się w Europie i na świecie w ostatniej dekadzie, błędem byłoby wykluczać scenariusz, w którym w najważniejszych państwach Zachodu dochodzi do władzy populistyczna prawica. Z drugiej strony Unia Europejska okazała się o wiele bardziej odporna na polityczne wstrząsy niż wielu się po niej spodziewało - przyznaje w rozmowie z RadioZET.pl Mark Leonard. Brytyjski politolog zwraca także uwagę na istotną rolę Polski.

Zachód
fot. Liderka niemieckiej AFD Alice Weidel i kandydat na prezydenta Francji Jordan Bardella, SOEREN STACHE/AFP/East News, FREDERICK FLORIN/AFP/East News

Czy liberalizm wciąż może być atrakcyjną globalnie ideologią uwodzącą masy? Czy jednak krytyka ze strony lewicowej oraz prawicowej była poniekąd słuszna? Jakie są przyczyny popularności prawicowego populizm i czy jesteśmy o jeden cykl wyborczy od tego, by reprezentujący go politycy przejęli władzę w najważniejszych państwach Unii Europejskiej? Jak Europa powinna odpowiedzieć na stopniowe wycofywanie się stąd Stanów Zjednoczonych? I jaka w tym wszystkim będzie rola Polski?

Na te i inne pytania w rozmowie z RadioZET.pl odpowiedział Mark Leonard. Światowej sławy brytyjski politolog i autor książek był gościem oraz jednym z panelistów tegorocznej edycji Impact w Poznaniu.

Mikołaj Pietraszewski: Czy liberalizm może być jeszcze atrakcyjny?

Mark Leonard: W jakim sensie?

Jako ideologia, doktryna. Ponad 30 lat temu Francis Fukuyama w „Końcu historii” pisał o ostatecznym zwycięstwie liberalnej demokracji jako paradygmatu. Kolejne dekady pokazały, że to było stwierdzenie na wyrost, a świat zaczął się chwiać – mieliśmy renesans fundamentalizmu religijnego czy prawicowego populizmu. Czy w takim razie liberalizm może znów w przyszłości stać się ideologią uwodzącą masy?

To może być trudne do osiągnięcia. Oczywiście, liberalizm wciąż ma wiele cech, które z definicji są bardzo atrakcyjne, np. idea wolności jednostki. Ale jednocześnie w ciągu ostatnich trzech dekad mieliśmy kryzys liberalizmu i to nie z powodu tego, co w sobie mieści, ale tego, co pomija.

Wiele ruchów populistycznych opiera swoją atrakcyjność na tezie, że liberalizm zniszczył znaczną część naszej zbiorowej tożsamości. I w połączeniu z globalizacją zapoczątkował serię kryzysów, przed którymi jednostki nie są w stanie się obronić. Tylko w ostatnich 10-15 latach mieliśmy kryzys finansowy, migracyjny…

Potem pandemię, wciąż trwa pełnoskalowa wojna w Ukrainie.

Dokładnie. Wszystkie te rzeczy pokazują, jak bezsilne są jednostki, gdy pozbawia się je bezpieczeństwa i zbiorowej ochrony, jaką zapewniały im narody, które były ze sobą mniej powiązane niż dziś. To otworzyło drogę dla swego rodzaju silnej polityki, polegającej na próbie odtworzenia tożsamości i kultury narodowej w różnych miejscach.

Co pan ma na myśli?

Liberałom często z trudem przychodziło wysłuchiwanie skarg od tych, którzy znaleźli się po „przegranej” stronie liberalnych przemian. Jeśli więc ma się odrodzić, to będzie musiał wypracować nowe typy tożsamości zbiorowych, które będą stanowić wyzwanie dla obecnych tożsamości etniczno-nacjonalistycznych.

Oglądaj

Ale też naleźć sposób na ochronę tych „przegranych” i pokazać, że faktycznie dysponuje rozwiązaniami skutecznymi w obliczu wyzwań współczesności. Powstała ogromna przestrzeń dla alternatyw dla liberalizmu, które mogą się pojawić i zyskać dużą popularność.

Kilkukrotnie zdążył pan wspomnieć o tym kolektywnym wymiarze krytyki liberalizmu. Ale co ważne, krytyka w jego stronę płynie zarówno z lewej, jak i prawej strony.

To jest właśnie największy problem liberalizmu – skupiając się na jednostce, indywidualizmie, ignoruje inne tożsamości. Z perspektywy lewicy jest to tożsamość klasowa, ale też np. w kontekście mniejszości, gdy ludzie myślą o sobie w kategoriach wspólnoty.

Jeśli zaś chodzi i prawicę, to liberalizm ignoruje przede wszystkim kwestie związane z wiarą, przynależnością plemienną, rodziną. To są ważne tożsamości, o których prawa strona umie opowiadać. Nie sądzę, by znalezienie syntezy między wolnością jednostki a większym „my” było zupełnie niemożliwe, ale trzeba pamiętać, kiedy to się rozpadło – w latach 80., wraz z rewolucją neoliberalną, który zaczęła mocniej promować poczucie własnego „ja”, indywidualizmu, sukcesu. Nic dziwnego, że wywołał sprzeciw tych, którzy czuli, że są po „niewłaściwej” stronie tych zmian.

Co pana zdaniem jest głównym powodem popularności prawicowego populizmu? Czy chodzi głównie o to, że daje on proste odpowiedzi na trudne pytania w coraz bardziej chaotycznym, skomplikowanym świecie? Czy raczej o to poszukiwanie tożsamości, poczucia przynależności do większej grupy?

Wiele ruchów tzw. nowej prawicy skutecznie dostrzega, jak różnego rodzaju kryzysy – finansowe, mieszkaniowe, migracyjne - stwarzają problemy z legitymizacją partii liberalnych czy w ogóle władz państwowych.

Weźmy kryzysy związane z sytuacją ekonomiczną, które zmusiły państwa do pokazania, po której stronie stoją. Państwo ratuje banki podczas kryzysu finansowego, zamiast pomagać poszczególnym rodzinom, które walczą o utrzymanie swoich domów. Państwo pozwala firmom energetycznym zarabiać ogromne pieniądze, podczas gdy zwykli obywatele płacą wyższe rachunki. W każdym kryzysie mamy do czynienia z taką sytuacją.

Redakcja poleca

A prawica po prostu twierdzi, że na nowo definiuje tę zbiorową tożsamość. Mówią tak: „liberalne państwo nie działa, nie może cię chronić i nie jest po twojej stronie”. A w dalszej kolejności bardzo dobrze wychodzi im idzie mówienie, że rozwiązaniem tego problemu jest odtworzenie kultury narodowej, gospodarki narodowej oraz poczucia siły i ochrony narodu.

A co z lewicą?
Lewicy znacznie gorzej wychodziło proponowanie alternatyw wobec liberalizmu. Po 1989 roku straciła sporo ze swoich zdolności pokazywania ludziom tzw. szerszego obrazu, utopijnego ideału, czegoś w rodzaju większej opowieści, za którą mogliby pójść, jak za tą prawicową. Także dlatego, że przez ostatnie kilka dekad często godziła się z neoliberalizmem i ostatecznie stawała po złej stronie w walce na argumenty.

W ciągu 2-3 lat czekają nas wybory połówkowe i prezydenckie w USA, prezydenckie we Francji, parlamentarne m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Włoszech czy Polsce. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że najbliższe lata zdecydują o losach Zachodu, o tym, w jakim kierunku pójdzie?

Oczywiście, choć sytuacja jest nieco inna w każdym z wymienionych przez pana krajów. Wiadomo, że uwaga opinii publicznej w najbliższych miesiącach będzie się koncentrowała głównie na Francji. Kandydat skrajnej prawicy [Jordan Bardella ze Zjednoczenia Narodowego – red.] prowadzi w sondażach. Jeśli wygra, a ma na to spore szanse, będzie to duży szok nie tylko dla Francji, ale i całej Unii Europejskiej.

Unia stara się sprawiać wrażenie, że jest jak jedna pięść – prodemokratyczna, wspierająca Ukrainę w walce z Rosją, sprzeciwiająca się populistycznej prawicy. Niezależnie od tego, czy jej największymi państwami rządzą socjaldemokraci, liberałowie czy bardziej konserwatywna centroprawica w duchu Europejskiej Partii Ludowej. Wygrana kogoś takiego jak Bardella oznacza wyłom w tym teoretycznie spójnym organizmie?

Może tak być, ale oczywiście nigdy nie wiadomo, jak to się do końca potoczy. Mnóstwo ludzi obawiało się, co się stanie z Włochami, gdy do władzy dojdzie Giorgia Meloni. Że to może całkowicie pogrzebać europejską jedność. A jej udało się połączyć wodę z ogniem – pielęgnować częściowo tę prawicowo-nacjonalistyczną agendę na użytek wewnętrzny, ale jednocześnie na zewnątrz, w ramach UE, współpracować i pomagać np. Ukrainie.

To było ogromne zaskoczenie i wcale nie zdziwiłbym się, gdyby coś podobnego wydarzyło się w przypadku Bardelli. Z drugiej strony uderzające jest to, w jak wielu krajach skrajna prawica jest pierwsza albo druga w sondażach.

Czy w takim razie jesteśmy o jeden cykl wyborczy od całkowitego przemodelowania struktur władzy w Europie Zachodniej i załamania się tego europejskiego ekosystemu? Czy to jednak zbyt pesymistyczny scenariusz?
Błędem byłoby go wykluczać, biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się w Europie i na świecie w ostatniej dekadzie. Z drugiej strony Unia okazała się o wiele bardziej odporna na polityczne wstrząsy niż wielu się po niej spodziewało.

Wybory, o których mówimy, wciąż mogą przynieść korzystne rezultaty, ale w tak spolaryzowanym politycznie świecie przewidywanie ich wyników to jak rzut kostką. Wygrane jednego bądź drugiego obozu będą o włos.

Mamy wojnę w Ukrainie i wojnę hybrydową, informacyjną, którą Kreml prowadzi z Zachodem już od lat. Jak będzie rola takich państw jak Polska w nadchodzącym czasie? Uwzględniając oczywiście to, że w przyszłym roku odbędą się u nas wybory do parlamentu, że jesteśmy krajem przyfrontowym i kluczowym elementem wschodniej flanki NATO.
Jesteśmy nie tylko świadkami, ale i uczestnikami transformacji ze świata, w którym Stany Zjednoczone były główną ostoją liberalnego porządku, w którym byliśmy zakotwiczeni i zależni od amerykańskiej ochrony, w stronę świata, w którym zdajemy sobie sprawę, że musimy bronić się sami, jako Europejczycy.

A Polska znajduje się na pierwszej linii frontu i transformacja, o której mówiłem, jest dla was prawdopodobnie najtrudniejsza. Symbolem tego jest debata o obecności amerykańskich żołnierzy w Polsce – czy zostaną, czy będą wycofali, w jakiej liczbie pozostaną? Jeśli Polska zdoła przestawić się z zależności wobec Ameryki, która będzie tu dostępna w coraz mniejszym stopniu, na wiarę we współpracę między państwami Europy, będzie to ogromny wkład w budowanie europejskiej suwerenności.

*Mark Leonard - brytyjski politolog, dyrektor think tanku Europejska Rada Spraw Zagranicznych (ECFR), autor książek, m.in. „Wiek nie-pokoju” i najnowszej, nieprzetłumaczonej jeszcze na polski „Surviving chaos”

Źródło: Radio ZET/Mikołaj Pietraszewski

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET