Nie czołgi i nie Przesmyk Suwalski. Tego naprawdę obawia się Litwa
Wilno leży zaledwie około 30 km od granicy z Białorusią. W przypadku ataku dronów obrońcy litewskiej stolicy mieliby bardzo mało czasu na reakcję. Ekspert Akademii Wojskowej wskazuje, czego Litwa obawia się najbardziej. I nie chodzi o rosyjskie czołgi.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie zagrożenie stanowią drony dla Litwy.
- Dlaczego Litwa nie obawia się rosyjskich czołgów.
- Co Litwa robi, by bronić się przed dronami.
- Dlaczego atak na Przesmyk Suwalski jest mało realny.
Zagrożenie ze strony Rosji. Czego najbardziej obawia się Litwa?
Eskalacja działań wojennych ze strony Rosji to obecnie główne zmartwienie Europy. W Polsce odczuwają to przede wszystkim mieszkańcy Lubelszczyzny i Podkarpacia, którzy coraz częściej słyszą dźwięk syren alarmowych i otrzymują alerty RCB. Inaczej wygląda to na Litwie, gdzie jednym z najbardziej narażonych miast jest Wilno, położone około 30 km od granicy z Białorusią.
Do litewskiej stolicy udał się specjalny wysłannik Radia ZET, który rozmawiał z wykładowcą Akademii Wojskowej w Wilnie Arturem Płokoszto. Ekspert wprost ocenia, że obecnie największym zagrożeniem są wrogie drony.
- Mamy obronę przeciwrakietową, ale skutecznej obrony przeciwko dronom nie posiada nikt, z wyjątkiem Ukrainy, która - z naszej perspektywy - jest krajem dużym. To daje im czas na reakcję, zanim bezzałogowce dolecą do celu. W przypadku Wilna mówimy o około 10 minutach na zorganizowanie obrony - mówi w rozmowie z Radiem ZET.
Przypomina sytuację z połowy września, gdy myśliwce NATO zestrzeliły uzbrojonego drona, który naruszył przestrzeń powietrzną Litwy z terytorium Białorusi. - To pokazało realne możliwości, bo dron został zestrzelony już za Wilnem. Szybciej będziemy mogli reagować tylko w sytuacji, gdy będziemy posiadać wyspecjalizowaną obronę przeciwlotniczą i możliwość strzelania w czasie pokoju, bo to jest jednak obwarowane ograniczeniami - wyjaśnia.
„Z czołgami sobie poradzimy"
Ekspert podkreśla, że nie wierzy w to, że Rosja posunie się do klasycznej agresji. - Mówię o sytuacji, w której kolumny czołgów przekraczają granicę. To byłoby dla nas wygodniejsze, bo mamy czym walczyć z czołgami i damy sobie radę. Większym zagrożeniem są fale dronów, które mogą zniszczyć infrastrukturę cywilną i krytyczną - mówi.
- Świat zachodni zbyt długo przyglądał się wojnie w nadziei, że ten koszmar się skończy i wrócimy do pięknego życia, które toczyło się wcześniej. Koszmar się nie skończy, a nawet jeśli, to będzie już zupełnie inna wojskowość niż przed nim - dodaje.
Tłumaczy też, że Litwa przygotowuje się na odpieranie ataków dronowych. - Uruchomiliśmy program tzw. małej obrony przeciwlotniczej, który będzie skoncentrowany na tym obszarze. Produkujemy własne bezzałogowce, jednak na to wszystko potrzeba czasu. Czas jest więc dla nas na wagę złota i uważnie patrzymy, co wyczynia nasz potencjalny wróg, i staramy się przewidzieć jego następne ruchy - mówi.
Atak na Przesmyk Suwalski mało realny?
W przekazie medialnym często wskazuje się na Przesmyk Suwalski jako słaby punkt, którego zajęcie mogłoby odizolować Litwę, Łotwę i Estonię od sojuszników z NATO. - Z mojego punktu widzenia to zostało wymyślone przez dziennikarzy i podchwycone przez polityków. Jeśli Polska i Litwa będą funkcjonalne, to zniszczymy wszystko, co tam wjedzie. Nie wierzę, że ktoś, planując realną strategię, zajmie się akurat tym regionem - ocenia.
- Żeby złamać Litwę, trzeba zniszczyć jej wolę oporu i zmusić do przyjęcia ultimatum Ławrowa bez walki. Jeśli wojna się rozpocznie, to okaże się, że lepiej było jej nie zaczynać. Dlatego nie daję wiary w atak na Przesmyk Suwalski i - o ile rozumiem dyktatora Białorusi - on będzie pierwszym, który do tego nie dopuści - dodaje.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET