Zamknij

Wiceminister edukacji o nauce zdalnej i podwyżkach: "Młodzi nauczyciele chcą więcej pracować"

04.10.2021 07:21
Tomasz Rzymkowski
fot. Pawel Wodzynski/East News

- Słysząc jazgot związków zawodowych, mam wrażenie, że niektórzy zapomnieli o tym, że do tej pory też był obowiązek 40-godzinowego tygodnia pracy - mówi o nowym pensum i pensji nauczycieli Tomasz Rzymkowski, wiceminister edukacji i nauki w rozmowie z RadioZET.pl. Wiceminister zapowiedział też zmiany w podstawach programowych i podsumował powrót do szkół. - Całkowitego przejścia w tryb zdalny i hybrydowy nie przewidujemy - zapewnia.

Aleksandra Pucułek: - Mieliśmy podsumować pierwszy miesiąc szkoły w reżimie sanitarnym i rozmawiać o Narodowym Programie Wsparcia Uczniów po Pandemii, ale nie mogę nie spytać o temat, który wywołał burzę w szkołach, czyli zmiana pensji i pensum.

Tomasz Rzymkowski, wiceminister edukacji i nauki: - I jedno, i drugie podnosimy. Takie są propozycje dla nauczycieli.

Związek Nauczycielstwa Polskiego w całości odrzucił te ministerialne propozycje. Nie wyklucza też „skrajnych form protestu”. Spodziewa się pan znowu strajku w szkołach?

- Po ZNP niczego dobrego się nie spodziewam niestety, ale jesteśmy otwarci na rozmowy.

Czas pracy nauczyciela od lat budzi skrajne emocje i ten temat należy podjąć. Tylko ministerstwo najpierw ogłasza podniesienie prestiżu zawodu nauczyciela, proponuje podwyżki nawet o 1 tys. zł brutto, a potem zapowiada: liczba godzin przy tablicy z 18 wzrośnie do 22, do tego będzie osiem godzin do dyspozycji dyrektora, rodzica, ucznia. Czyli tak naprawdę nauczyciel dostanie dodatkowe wynagrodzenie za dodatkową pracę. To dobra forma rozmowy, rozpoczęcia dyskusji? Bo zdaniem nauczycieli to kolejne ich poniżenie, a nie podniesienie prestiżu zawodu.

- Nauczyciele pracują teraz 40 godzin tygodniowo, z czego 18 godzin mają przy tablicy. W żaden sposób nie zwiększamy więc 40-godzinowego tygodnia pracy. Zmieniamy tylko proporcje, nauczyciel większą część obowiązującego go czasu pracy będzie poświęcał na pracę z dziećmi, a mniejszą na wykonywanie innych zadań. To jest efekt tego, że odbiurokratyzowaliśmy szkołę: zlikwidowaliśmy ewaluację zewnętrzną, wewnętrzną, więc wiele obowiązków z nauczycieli zostało zdjętych. Poza tym kierujemy się troską o dzieci i głosem rodziców, którzy oczekują, by nauczyciel miał czas na konsultację z uczniem, z nimi, żeby pojechał na wycieczkę z klasą, bo tu nie chodzi o rozliczanie godzin „dyrektorskich” tydzień do tygodnia. Chodzi o to, by ten czas był realnie wykorzystany. Słysząc jazgot związków zawodowych, mam wrażenie, że niektórzy zapomnieli o tym, że do tej pory też był obowiązek 40-godzinowego tygodnia pracy.

Jeśli chodzi o samo pensum, to nieraz nauczyciele przychodzili do mnie ze skargami, że np. dany dyrektor nie dał im czterech nadgodzin tylko dwie, a komuś innemu dał sześć i tym samym lepszą możliwość dorobienia sobie. Zwiększamy więc pensum i bój nauczycieli o nadgodziny się kończy. Pewną patologią jest też to, że spora grupa kadry peregrynuje po trzech, nieraz czterech szkołach. Takie osoby nie są związane z życiem żadnej placówki, w której pracują. Zaczynają zajęcia tu, kończą tam. Nie jesteśmy w stanie do końca tego wyeliminować, zwłaszcza w gminach wiejskich, ale w większych szkołach mam nadzieję, że to się zmieni.

Jeśli w dużej szkole fizyk miał cały etat i nie musiał szukać godzin w innej szkole, a teraz pensum będzie zwiększone, to godzin do pełnego zatrudnienia mu zabraknie. Dopiero zacznie się problem tzw. wędrujących nauczycieli.

- Wszystko zależy od typu i wielkości szkoły. Najważniejszą kwestią jest tu jednak zachęcenie młodych ludzi do tego, by zostawali nauczycielami. Z punktu widzenia osób rozpoczynających pracę w szkole nasze propozycje są korzystne, a my chcemy wspierać młodych pedagogów.

Jeśli usłyszą, że mają więcej pracować to ich zachęci?

- Ale będą więcej zarabiać, a młodzi nauczyciele chcą więcej pracować i więcej zarabiać. Zresztą zachęt jest więcej, bo np. zmieniamy też procedury związane ze ścieżką awansu zawodowego.

Jeszcze we wrześniu wiele szkół nie miało skompletowanej kadry, według kuratoryjnych stron z ofertami pracy brakowało ok. 5 tys. nauczycieli, ZNP mówiło nawet o 10 tys. wolnych miejsc. Minister Przemysław Czarnek twierdził, że to naturalny ruch kadrowy. Nie jest tak, że podwyższenie pensum ma być lekarstwem na problem, który jednak ministerstwo dostrzega?

- Staramy się o to, żeby za chwilę nie doszło do sytuacji, że rzeczywiście będzie brakowało nauczycieli. Obecnie nie jest źle, ale dmuchamy na zimne. Bardziej chodzi tu o to, że mamy najniższe pensum w Europie. Nikt do tej pory nie poruszał tego tematu i trzeba było w końcu to zrobić.

Powiedział pan o odbiurokratyzowaniu szkoły. Z tych ośmiu godzin do dyspozycji dyrektora nauczyciel będzie musiał się rozliczyć, to nie oznacza kolejnych dokumentów i biurokratyzacji?

- Nie, w jaki sposób? Kontakt z dzieckiem nie kończy się protokołem i podpisami pod nim.

Ale nauczyciele będą musieli wykazać, co robili w tych godzinach.

- To już są decyzje dyrektorów szkół, jak to zostanie rozwiązane. My jasno komunikujemy w rozmowach z kuratorami, a oni z dyrektorami, że zależy nam na jak najmniejszej liczbie obowiązków biurokratycznych, żeby nauczyciel w sposób jak najmniej skrępowany miał kontakt z dzieckiem. W epicentrum naszych zainteresowań jest uczeń. Nauczyciele są ważni, ale najważniejszy jest uczeń.

Dojdą państwo do porozumienia z nauczycielami i związkami zawodowymi w kwestii czasu pracy i pensji?

- Mam nadzieję, że tak, choć u niektórych nie widzę chęci pojednania. Mam wrażenie, że gdybyśmy dawali kupon dużego lotka z gwarantowaną wygraną to byłoby za mało.

Przejdźmy do programu wsparcia po pandemii i zadbania o kondycję fizyczną uczniów po miesiącach spędzonych przed laptopem. Na szkolenia z AWF zapisało się 40 tys. nauczycieli WF i edukacji wczesnoszkolnej, to dane na połowę września. Samych wuefistów jest ok. 80 tys. To zadowalająca liczba chętnych na szkolenie pana zdaniem?

- A to mało? Wydaje mi się, że to bardzo dużo, nie znam drugiego takiego szkolenia, na które zgłosiłoby się aż tylu chętnych nauczycieli.

Z drugiej strony mamy rekomendację ministerstwa, by unikać gier zespołowych, np. koszykówki, siatkówki. Czyli nie pozwala się na coś, co uczniowie lubią najbardziej na WF.

- Te rekomendacje dotyczyły skrajnych sytuacji związanych z rozwojem pandemii. Wyjaśnialiśmy to wielokrotnie. O tych zaleceniach decydował departament podległy minister Machałek we współpracy z GIS oraz MZ. Stawiamy na aktywność fizyczną uczniów, chcemy ją zwiększać i promować, oczywiście przy uwzględnieniu obostrzeń dotyczących aktualnej sytuacji pandemicznej. 

Zajęcia wspomagające, które mają pomóc nadrobić braki z wybranych przedmiotów, to kolejny element wspierania uczniów po lekcjach zdalnych. Zgłosiło się 89 proc. szkół do niego.

- To też bardzo dużo. Cieszymy się z zainteresowania tym projektem ze strony szkół.

Samorządy dostały pieniądze na dodatkowe godziny?

- Tak, w lipcu tego roku przyjęliśmy nowelizację budżetu i te pieniądze w drodze subwencji oświatowej proporcjonalnie przez Ministerstwo Finansów są przelewane do samorządów, a te, jako organy prowadzące szkoły, przekazują je poszczególnym placówkom.

Z jednej strony słyszymy: nie nadrabiajmy, skoncentrujmy się na tym, jak dzieci się czują, a czują się nieraz kiepsko po miesiącach zamknięcia w domu. Z drugiej strony dostają zajęcia dodatkowe. Nie można by po prostu powiedzieć: nie zdążyliście się nauczyć co to są okrytonasienne, to nic, nie wracamy do tego, jeśli kiedyś to wam się przyda, to znajdziecie o tym informacje. Znam uczniów, którzy spędzają w szkole 38 godzin tygodniowo.

- Programy są przeładowane, mamy tego świadomość. Będziemy się pochylać nad sugestiami, które do nas docierają, dotyczącymi zmian w podstawie programowej z niektórych przedmiotów. Tylko to wymaga zmiany kilku elementów jednocześnie, dlatego zajmiemy się tym w przyszłym roku.

Z jakich przedmiotów?

- Np. biologia, chemia, fizyka. W klasach biologiczno-chemicznych powinny być na tym samym poziomie, ale w humanistycznych, niekoniecznie. Matematyki, języka polskiego, języków obcych, historii nie ograniczałbym. Matematyka jest królową nauk, język polski to przedmiot tożsamościowy, języki obce są niezwykle potrzebne w dzisiejszych czasach i akurat młodzież tu nie narzeka i garnie się do ich nauki, widzimy to po egzaminach.

A historia?

- Będziemy to szczegółowo analizować. Nie chcemy zwiększać liczby godzin z tego przedmiotu, ale jeśli chodzi o historię, to dostrzegamy sporo braków.

To nie jest analogiczna sytuacja? Skoro humaniści nie potrzebują aż tak rozbudowanej biologii czy chemii, to bio-chemy nie potrzebują aż tak rozbudowanej historii. Nieraz słyszę od uczniów: po co mi te daty, nie przydadzą mi się, mogę je w każdej chwili znaleźć.

- To znaczy, że historii uczy słaby nauczyciel, ja miałem bardzo dobrego nauczyciela, który nie wymagał uczenia się szczegółowych dat, ale uczył związków przyczynowo-skutkowych, pewnych mechanizmów. Jestem orędownikiem takiej nauki.

Klasy biologiczno-chemiczne związków przyczynowo-skutkowych uczą się na podstawie procesów zachodzących w przyrodzie, w świecie chemii.

- Nie chodzi o to, aby wymagać od klas biologiczno-chemicznych daty dziennej bitwy pod Kircholmem, to już jest dla znawców, ale chodzi o to, żeby wiedzieć, że taka bitwa była. To kwestia metodologii i przekazywania wiedzy przez nauczycieli.

Tak samo powie biolog i inny przedmiotowiec, który będzie uważał, że podstawy z jego przedmiotu trzeba znać. W efekcie mamy rozrośnięte do niebotycznych rozmiarów programy.

- Nie chcę mówić, co jest w życiu bardziej potrzebne, ale rozmawiając chociażby z moim wyborcami, często słyszę, że ich wnuki czy dzieci w ogóle nie znają najnowszej historii Polski, która z punktu widzenia nauki historii jest najistotniejsza. To tak jakbyśmy się uczyli o budowie komórki człowieka, ale nie uczylibyśmy się o znaczeniu wątroby, serca, mózgu. Na historię patrzymy przez pryzmat teraźniejszości, to co jest bliżej nas, jest ważniejsze, a nie to co działo się w Mezopotamii.

Słysząc o zmniejszaniu godzin, wuefiści obawiali się, że będzie to kosztem ich przedmiotu.

- Nie, na sporcie bardzo nam zależy i chcemy, żeby aktywność fizyczna się w szkołach rozwijała.

Pierwszy miesiąc szkoły za nami. Większość rodziców niemal każdy dzień zaczyna od pytania: czy i kiedy będzie powrót lekcji zdalnych.

- Wszystko zależy od sytuacji w danej szkole. Gdyby było duże ognisko w danej placówce to wprowadzona będzie nauka zdalna, jeśli małe ognisko - hybryda. Muszę pochwalić dyrektorów i organy prowadzące za dobre zarządzanie szkołą w pandemii, rozsądnie podejmują decyzje o zmianie trybu nauki. Nawet tam, gdzie pojawiają się osoby zainfekowane Covidem, to w zdecydowanej większości przypadków wprowadzana jest hybryda, czyli klasa, która miała kontakt z zakażonym, uczy się zdalnie, a reszta szkoły funkcjonuje stacjonarnie. Widać to też w statystykach. Dotychczas nie mieliśmy jeszcze dnia, żeby powyżej 10 szkół w Polsce było w trybie zdalnym. Poprzedni tydzień rozpoczynaliśmy z pułapu 234 placówek pracujących hybrydowo, więc liczba minimalnie się podnosi, ale ten punkt wznoszenia nie jest zatrważający. Biorąc pod uwagę wszystkie przedszkola i szkoły, niespełna 1 proc. nie pracuje stacjonarnie. Oczywiście w każdej placówce może pojawić się ognisko wirusa i praca zdalna, ale nie ma co popadać w nadmierny stres, szkoły są naprawdę dobrze przygotowane i całkowitego przejścia w tryb zdalny i hybrydowy nie przewidujemy.

W ubiegłym roku najdłużej uczyli się najmłodsi uczniowie i przedszkolaki, pracę zdalną wprowadzano najpierw w najstarszych klasach. Taki model się sprawdził? Bo zakładam, że w razie zaostrzenia epidemii, plan będzie podobny.

- W ubiegłym roku mieliśmy zdecydowanie trudniejszą sytuację, przez kilka dni mieliśmy po 30 tys. zachorowań dziennie. Chorowali nauczyciele, pracownicy niepedagogiczni szkół, więc tamte działania były adekwatne do sytuacji. Teraz zakładamy, że wariant z lokalnym przechodzeniem na pracę zdalną lub hybrydową pozwoli nam w miarę stabilnie przejść przez ten rok szkolny.

Liczba niepracujących stacjonarnie szkół wiąże się ze stopniem zaszczepienia populacji. W tej chwili najgorsza sytuacja, także pod względem epidemicznym, jest w woj. lubelskim. Tam mamy 62 placówki w trybie zdalnym lub hybrydowym, ale też jest to region z bardzo niskim poziomem wyszczepień.

Akcja szczepień w szkołach też się nie udała.

- Mamy jakieś światy równoległe. Im dalej na zachód, patrząc na mapę Polski, tym więcej zaszczepionych. Im większy procent wyszczepialności wśród dorosłej populacji, tym wyższy wśród dzieci, te prawidła, które są u rodziców, przekładają się na dzieci. Do tego im starsza grupa młodzieży, tym wyższy procent zaszczepienia. Zainteresowanie szczepieniami zależy też od typu szkoły, w liceach procent zaszczepionych jest wyższy, słabiej jest w szkołach branżowych. Być może chodzi tu w ogóle o świadomość szczepień, bo w naszej akcji zależało nam również na tym, by szerzej mówić, co to są szczepienia i czemu służą.

Pierwszy miesiąc szkoły pana zdaniem był spokojny?

- Wrzesień był bardzo spokojny i stabilny.

Cały rok szkolny spędzimy w takich w obostrzeniach jak teraz, to znaczy wietrzenie sal, niemieszanie się klas, maseczki na korytarzach?

- Liczę, że kiedyś maseczki znikną z przestrzeni publicznej i wirus nie będzie aż takim zagrożeniem. Pewnego rodzaju odporność pewnie uzyskamy, natomiast jakiekolwiek korekty liberalizujące zasady mogą zachwiać normalną pracą szkoły. W wielu kwestiach możemy się nie zgadzać ze związkami zawodowymi, z nauczycielami, z uczniami, rodzicami, ale jedna rzecz łączy: zdecydowana większość środowiska szkolnego ceni sobie bezpośredni kontakt uczeń-mistrz, uczeń-uczeń i na pracy stacjonarnej wszystkim nam zależy.

RadioZET.pl