Rządy Tuska w państwie Kaczyńskiego. „Dobra zmiana” po liftingu
Na zbliżającym się półmetku swoich rządów koalicja Donalda Tuska wciąż porusza się według reguł gry ustalonych dziesięć lat temu przez Jarosława Kaczyńskiego. Zamiast radykalnego odejścia od państwa PiS mamy metamorfozę „dobrej zmiany” – kontynuację, ale po europejskim liftingu. Zamiast obiecanego planu naprawy Rzeczpospolitej – kosmetykę i coraz trudniejszy do ukrycia brak pomysłu na to, co dalej.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie były obietnice Donalda Tuska dotyczące 400 dni po wygranych wyborach.
- Dlaczego nie doszło do karnego rozliczenia działaczy związanych z PiS.
- Co doprowadziło do sytuacji patowej w polskim państwie po wyborach.
- Które działania rządu zostały uznane za porażki informacyjne i komunikacyjne.
400 dni Donalda Tuska
W maju 2022 roku Donald Tusk zapowiadał, że potrzebuje jedynie 400 dni po wygranych wyborach, aby „zrobić porządek żelazną miotłą”. Następnie – jak zapewniał – byłby skłonny zostawić rządzenie „ludziom o delikatniejszych zamiarach”. „Jestem generalnie łagodnym człowiekiem, nie mam w sobie potrzeby odwetu, wolałbym łagodzić konflikt, ale bardzo wielu – raczej setki niż dziesiątki – funkcjonariuszy PiS będzie musiało odpowiedzieć, i to karnie, bo popełniali przestępstwa i robili to w świetle dnia” – wyliczał.
Szansa na zrealizowanie tej zapowiedzi nadeszła dokładnie dwa lata temu – 15 października 2023 roku. W poniedziałkowy poranek wydawało się, że nieznane w najnowszej historii Polski rozliczenia ustępującej ekipy są już scenariuszem nieuchronnym. Tymczasem dwa lata po fenomenie wyborów 15 października formacja pogrążona w aferach, pozbawiona subwencji i dostępu do telewizyjnej propagandy, zamiast zniknąć, zaczęła właśnie przygotowania do powrotu do władzy.
Zapowiadane przez Donalda Tuska „400 dni” okazały się obietnicą bardziej ulotną niż słynne „100 konkretów” – o nich przynajmniej przez jakiś czas pamiętano i nie przegapiono okazji, by wytknąć premierowi i jego ministrom, że nie dotrzymali danego słowa. Mało kto zauważył jednak, że czas wyznaczony na zrobienie porządków „żelazną miotłą” minął na początku 2025 roku.
Premier nie miał żadnego planu?
Wbrew zapowiedziom Tuska za swoje działania nie odpowiedziały karnie ani setki, ani nawet dziesiątki działaczy związanych z PiS. Konsekwencji nie poniosła ani jedna osoba. Usprawiedliwiający fiasko rozliczeń przekonują, że plan szefa rządu przekreśliły wybory prezydenckie i wygrana Karola Nawrockiego, który teraz nie tylko nie podpisze żadnej ustawy mającej porządkować wymiar sprawiedliwości zgodnie z intencją koalicji, ale także – podobnie jak Andrzej Duda – może korzystać z prawa łaski wobec „rozliczonych” polityków. A co jeśli Donald Tusk tak naprawdę nie miał żadnego planu?
Głównym instrumentem rozliczeń PiS miały być trzy komisje śledcze powołane już na początku kadencji Sejmu, do spraw: afery wizowej, wyborów kopertowych oraz inwigilacji systemem Pegasus. Nadzieje pokładane w komisjach szybko okazały się nietrafioną inwestycją – głównie z powodu mało przemyślanych składów tych ciał i niedostatecznego przygotowania posłów do publicznych konfrontacji, które są esencją takich widowisk. W przypadku licznych przesłuchań wygranymi okazywali się nie parlamentarzyści, lecz przesłuchiwani. Szalę przeważyła kuriozalna sytuacja z zatrzymaniem i doprowadzeniem przed komisję Zbigniewa Ziobry, który w styczniu 2025 roku nie mógł zeznawać, bo zanim pojawił się na sali, posłowie zakończyli obrady.
Państwo Kaczyńskiego
Dwa lata po wyborach z 15 października słowem najlepiej opisującym stan polskiego państwa jest pat. Mamy z nim permanentnie do czynienia w wymiarze sprawiedliwości. Jedni sędziowie nie uznają drugich, orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego są wiążące jedynie dla PiS, podobnie jak decyzje Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego. Opozycja nie uznaje Dariusza Korneluka jako Prokuratora Krajowego, a rządzący – niektórych sędziów TK.
Sytuacja patowa występuje także na poziomie władzy wykonawczej – prezydent i koalicja rządząca reprezentują wrogie obozy, niezdolne do reformatorskich i propaństwowych kompromisów. Z Karolem Nawrockim w Pałacu Prezydenckim nie może być mowy o naprawie sądownictwa i obiecanych rozliczeniach PiS. Jednocześnie sam prezydent, bez większościowej reprezentacji w parlamencie, może jedynie stroić groźne pozy i składać niemożliwe do realizacji deklaracje, jak chociażby obniżka cen prądu.
Przy ewidentnej bezczynności rządzących Polskę opanowała moda na trumpizm, „chłopski rozum” i teorie spiskowe, a produkowana w kraju i na zewnątrz dezinformacja skutecznie wypiera nawet najmniejsze osiągnięcia koalicji Donalda Tuska
Pat obejmuje także samą filozofię rządzenia. Choć formalnie instrumenty realnej władzy ma w rękach Donald Tusk, to reguły określające funkcjonowanie obecnego państwa ustalił wiele lat temu Jarosław Kaczyński. Stan ten nie uległ zmianie, a szef największej partii opozycyjnej wciąż ma wpływ na szereg istotnych ośrodków i instytucji.
Zamiast obiecanego radykalnego odejścia od państwa PiS mamy jego metamorfozę – kontynuację, ale po europejskim liftingu. Nietrudno dostrzec, że obecna koalicja całkiem dobrze się w takim układzie odnalazła. Sam Tusk sprawia wrażenie człowieka, któremu wygodnie w butach pozostawionych po Kaczyńskim. Po objęciu władzy koalicja 15 października nie tylko nie odcięła się od licznych elementów dorobku poprzedników, ale z naturalną swobodą zaczęła je naśladować.
Metamorfoza „dobrej zmiany”
Atakujący naszą wschodnią granicę przestali być biednymi ludźmi szukającymi schronienia, a stali się niebezpiecznymi, uzbrojonymi agresorami. Podobnie uchodźcy przedstawiani w jednym ze spotów KO jako egzotyczne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Centralny Port Komunikacyjny przestał być zbyteczną fanaberią, stając się teraz wielką szansą rozwojową, której postępy koordynuje jeden z jego dawnych krytyków.
W kwietniu premier obwieścił: „Kończy się era naiwnej globalizacji. Czas na repolonizację gospodarki, rynku, kapitału” – wywołując tym samym niemałą konsternację nawet wśród członków własnego rządu. Na media publiczne nadal przeznaczane są miliardy złotych z budżetu, choć przed 2023 rokiem było to przedmiotem ostrej krytyki ze strony ówczesnej opozycji. O całej palecie wydatków socjalnych i waloryzacji „500 plus” nie warto nawet wspominać, bo Koalicja Obywatelska już wiele lat temu zaimplementowała je do swojego programu.
Kwintesencją europejskiego liftingu „dobrej zmiany” w wydaniu KO była kampania wyborcza Rafała Trzaskowskiego. Polityk kojarzony dotychczas z liberalno-lewicowym skrzydłem Platformy Obywatelskiej, przez lata chętnie uczestniczący w warszawskich paradach równości, w wyścigu o prezydenturę postanowił odwołać się do języka, którego nie powstydziłaby się prawica.
Rafał Trzaskowski trochę pisowski
Chcąc odkleić od siebie łatki „tęczowego Rafała” i „bążura”, Trzaskowski dużo mówił o potrzebach polskiej prowincji, patriotyzmie gospodarczym, zwiększeniu wydatków na zbrojenia. Zachwalał polskie wędliny, sery i wina, podkreślał fenomen polskich zup, komplementował ogórki. Licząc na to, że w ten sposób uda mu się dotrzeć także do konserwatywnego elektoratu, niewiele miejsca poświęcał na stosunki państwo–Kościół, prawa mniejszości seksualnych, prawa kobiet czy liberalizację przepisów aborcyjnych.
Sceną, która zostanie zapamiętana z jego kampanii, był moment, w którym podczas telewizyjnej debaty oddał Magdalenie Biejat tęczową flagę, dając do zrozumienia, że na tym etapie nie jest mu z nią aż tak bardzo po drodze. Na finiszu, puszczając oko do wyborców Sławomira Mentzena, stwierdził, że „800 plus” dla Ukraińców powinno zostać zmodyfikowane.
Propaganda ma się dobrze
Obok indolencji w rozliczeniach poprzedników i naprawie wymiaru sprawiedliwości największą porażką obecnego rządu okazały się: polityka informacyjna, komunikacja ze społeczeństwem i umiejętność narzucania narracji. Przypomnijmy, że przez półtora roku Donaldowi Tuskowi nie był potrzebny rzecznik. W efekcie media społecznościowe niemal od grudnia 2023 roku były zalewane wpisami o wysyłaniu polskich żołnierzy na Ukrainę, zgodzie Tuska na zapisy Zielonego Ładu i Paktu Migracyjnego, zamknięciu projektu CPK i inwestycji w elektrownie atomowe, inwazji nielegalnych migrantów od strony zachodniej, oddawaniu polskich przedsiębiorstw Niemcom czy w ogóle likwidacji państwa polskiego.
Dwa lata po wyborach z 15 października, przy ewidentnej bezczynności rządzących, Polskę opanowała moda na trumpizm, „chłopski rozum” i teorie spiskowe, a produkowana w kraju i na zewnątrz dezinformacja skutecznie wypiera nawet najmniejsze osiągnięcia koalicji Donalda Tuska. Próba odcięcia PiS od telewizyjnej propagandy także nie przyniosła oczekiwanego rezultatu. Dotychczasowi widzowie TVP przenieśli się do Telewizji Republika i wPolsce24, a nieco młodsza publiczność – wychowywana w nienawiści do mitycznego „lewactwa” – odnalazła się w nowo powstałych kanałach publicystycznych na YouTube.
Dwa lata po fenomenie wyborów 15 października formacja pogrążona w aferach, pozbawiona subwencji i dostępu do telewizyjnej propagandy, zamiast zniknąć, zaczęła właśnie przygotowania do powrotu do władzy.
Narrację w debacie publicznej z powodzeniem narzuca dziś będąca w formalnej opozycji prawica: PiS, Konfederacja, środowisko Grzegorza Brauna czy duet Stanowski–Mazurek. Internet nie śmieje się już dziś z prowincji, „Januszów”, „cebulaków”, lecz z kojarzonych z liberalnym salonem celebrytów i mieszkańców Miasteczka Wilanów.
Stan, w którym państwo rządzone przez Donalda Tuska jest zdefiniowane i określone przez Jarosława Kaczyńskiego, pogłębia mało odpowiedzialny układ w samej koalicji. Konserwatywna koncepcja zaprojektowana przez prezesa PiS wciąż obowiązuje, mimo że jego partia nie ma bezpośredniego wpływu na władzę. Liberalizacja prawa aborcyjnego, związki partnerskie, likwidacja Funduszu Kościelnego – to tylko niektóre z obiecywanych rozwiązań, które albo ugrzęzły w koalicyjnych sporach, albo zostały porzucone.
Pod wpływem polityczno-medialnej nagonki, opartej głównie na wyssanych z palca oskarżeniach, resort edukacji Barbary Nowackiej wycofał się niedawno z edukacji zdrowotnej jako przedmiotu obowiązkowego, otwierając tym samym drogę do kompromitacji ważnego projektu już na samym początku.
Ostatni dzwonek alarmowy
15 października 2023 roku partie tworzące dzisiejszą koalicję rządzącą, podobnie jak niegdyś Francis Fukuyama, uznały, że właśnie skończyła się historia, a po odsunięciu od władzy PiS wszystkie problemy same zaczną się magicznie rozwiązywać. Zbagatelizowano fakt, że moment wygranych wyborów parlamentarnych był dopiero początkiem długiej i wyboistej drogi do naprawy państwa, a koalicyjne różnice interesów muszą zostać odłożone na dalszy plan do czasu realizacji złożonych Polakom obietnic, w tym tej jednej z kluczowych: „Zwyciężymy, rozliczymy, naprawimy krzywdy, pojednamy”.
Surowa ocena obecnego rządu po dwóch latach od wyborów z 15 października to także ostatni dzwonek alarmowy przed piszącym się właśnie scenariuszem, w którym oskarżony stanie się oskarżycielem i sędzią, a oskarżyciel – winnym.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET