Glapiński dopiął swego. Kulisy walki prezesa NBP o kontrasygnatę Tuska

7 min. czytania
05.11.2026 06:22
Obserwuj nas na Google

Po wielomiesięcznym pacie w relacjach pomiędzy kancelarią premiera a Narodowym Bankiem Polski, nadszedł przełom. Donald Tusk ostatecznie złożył kontrasygnatę pod nominacjami dla członków zarządu banku centralnego, choć Adam Glapiński nie zaproponował innych kandydatów niż tych, których premier pierwotnie odrzucił. Prezes NBP może świętować, bo dzięki decyzji Tuska zapewnił sobie wpływ na bank centralny nawet po tym, gdy opuści fotel prezesa.  

Prezes NBP Adam Glapiński
fot. Damian Lemanski / Forum

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jaka będzie przyszłość Adama Glapińskiego w NBP.
  • Dlaczego Glapiński zabiegał o nominację dla Marty Kightley.
  • Kto może zostać kolejnym prezesem NBP.
  • Dlaczego Tusk udzielił kontrasygnaty pod nominacjami do NBP.

W czasie trwającego konfliktu o Trybunał Konstytucyjny, premier Donald Tusk we wtorek, 3 listopada, niespodziewanie ogłosił, że podpisał się pod nominacjami do zarządu NBP. Jak tłumaczył, „ktoś w naszym kraju musi myśleć o tym jak stabilizować sytuację i polską złotówkę”.  

Redakcja poleca

Jak słyszymy na Świętokrzyskiej, decyzja premiera w praktyce może oznaczać, że nawet po zakończeniu kadencji prezesa, Adam Glapiński będzie miał realny wpływ na zarządzanie bankiem centralnym. 

Marta Kightley zastąpi Glapińskiego na stanowisku prezesa NBP? 

Spór o nominacje do banku centralnego trwał od lutego, gdy do kancelarii premiera trafiło postanowienie prezydenta o powołaniu czterech członków zarządu: Marty Kightley, Ludwika Koteckiego, Przemysława Litwiniuka i Marcina Zarzeckiego. Tusk po kilku miesiącach zwłoki odesłał dokumenty do kancelarii prezydenta, ale bez kontrasygnaty.  

19 października szef gabinetu prezydenta Paweł Szefernaker przekazał, że Karol Nawrocki ponownie przesłał postanowienie o powołaniu czterech członków zarządu Narodowego Banku Polskiego do podpisu Donalda Tuska. Tym razem premier udzielił kontrasygnaty pod nominacjami. 

- Teraz, jak i wcześniej, to Marta Kightley wykonywała za niego robotę. Prezesowi zawdzięcza karierę w NBP, więc będzie mu wierna nawet, gdy Glapińskiego nie będzie już fizycznie na Świętokrzyskiej - tłumaczy nam źródło w NBP. 

Była wiceprezes, a obecnie doradczyni prezesa, uznawana jest za „prawą rękę” Glapińskiego w banku centralnym. To ona przez ostatnie sześć lat pilnowała, aby zapewnić ciągłość działania NBP. Gdy w marcu zakończyła się jej kadencja, Glapiński nie pozwolił jej odejść oferując stanowisko  doradczyni. Choć formalnie nie była już jego pierwszą zastępczynią (funkcję przejął wiceprezes Adam Lipiński), to w praktyce jej pozycja w NBP znacząco nie osłabła.  

Kontrasygnata premiera oznacza, że Kightley na Świętokrzyskiej spędzi kolejne sześć lat w roli wiceprezesa i najbliższego współpracownika Glapińskiego. Gdy w 2028 roku skończy się kadencja prezesa NBP, Kightley stanie się dla niego jeszcze ważniejszą osobą. Glapiński będąc poza murami banku centralnego nie tylko będzie wiedział, co dzieje się na Świętokrzyskiej, ale będzie mógł mieć też pośredni wpływ na decyzję zapadające w najważniejsze instytucji finansowej w Polsce. I tak przynajmniej do 2032 roku, gdy dobiegnie końca druga, i jednocześnie ostatnia, kadencja Marty Kightley.  

A to nie wszystko. Konstytucja RP i ustawa o NBP wprost nie zakazują, aby prezesem NBP został jego wiceprezes. To oznacza, że w 2028 roku na czele banku centralnego może stanąć Marta Kightley. Co więcej, funkcję mogłaby pełnić nawet przez dwie kadencje (łącznie 12 lat), bo do limitu nie wlicza się stażu na innym stanowisku w tej instytucji. Przynajmniej taką interpretację zastosowano w przypadku powołania Glapińskiego na drugą kadencję prezesa NBP. Wówczas pojawiły się wątpliwości, co do legalności takiego działania. Ustawa o NBP zakazuje członkowi zarządu (a jest nim prezes i wiceprezes) pełnienie więcej niż dwóch kadencji na tym stanowisku. Glapiński zanim został prezesem piastował funkcję członka zarządu, co mogło oznaczać, że kolejna kadencja jako prezesa NBP, byłaby jego trzecią. Ostatecznie kancelaria prezydenta zapewniła, że posiada opinie prawne, które zezwalają na ponowne powołanie Glapińskiego na prezesa banku centralnego. 

Podobnie mogłaby zostać potraktowana kandydatura Marty Kightley na prezesa NBP, choć oczywiście najpierw musiałaby zostać powołana na to stanowisko przez Sejm na wniosek prezydenta. Gdyby za rok  doszło  do zmiany władzy taki scenariusz mógłby się zrealizować. Zapewne liczy na to  Glapiński. Gdyby tak się stało kandydatura Marty Kightley mogłaby przejść przez Sejm ze względu na kompetencje i doświadczenie wiceprezes NBP, które trudno podważać. 

Dlaczego premier Tusk teraz zgodził się na nominacje do NBP, choć wcześniej je odrzucił? Według naszych źródeł od początku miał taki plan, choć został on zburzony przez samego Glapińskiego. W obecnej sytuacji, gdy w Polsce toczy się spór o Trybunał Konstytucyjny, który wychodzi poza granice kraju, zaostrzanie konfliktu wokół NBP nie jest rządzącym na rękę. Tym bardziej, że zadowolony z obrotu spraw wokół TK elektorat kolacji rządzącej, teraz łatwiej przełknie gorzką pigułkę, jaką jest zwycięstwo Glapińskiego w sporze o nominacje do NBP. 

Wojna o bank centralny. Jak to się zaczęło? 

Relacje między Donaldem Tuskiem a Adamem Glapińskim zmieniały się, jak w kalejdoskopie. Znany ze wspierania PiS-u „Glapa” miał być usunięty ze stanowiska prezesa NBP - zapowiadał lider Koalicji Obywatelskiej po wygranych wyborach w 2023 roku. Pół roku później ruszyła sejmowa machina w sprawie postawienia Glapińskiego przed Trybunałem Stanu. Dla samego zainteresowanego nie był to wówczas największy problem. Dobry znajomy Jarosława Kaczyńskiego głowił się, co zrobić, aby zachować władzę wewnątrz NBP. Zdawał sobie sprawę, że w 2026 roku może stracić swoich dwóch zaufanych współpracowników, piastujących stanowiska wiceprezesów - Martę Kightley (pierwszą zastępczynię prezesa) i Adama Lipińskiego.  

Jesienią 2025 roku zaczęła się prawdziwa gra między Glapińskim  a Tuskiem. Pośredniczył w niej minister finansów Andrzej Domański. „Deal” miał być prosty: premier zgadza się przedłużyć kadencję „prawej ręki” prezesa NBP Marty Kightley, a w zamian za to Glapiński - najdelikatniej mówiąc - nie przeszkadza rządzić Tuskowi w trudnych czasach dla polskich finansów publicznych.  

Efekty współpracy było widać jak na dłoni: Rada Polityki Pieniężnej (przewodniczącym jest Glapiński, który ma w niej większość) konsekwentnie obniżała stopy procentowe, a prezes NBP łagodnie odnosił się do rządzących podczas konferencji prasowych po posiedzeniach Rady. 

Nie wszystkim na Świętokrzyskiej spodobała się strategia prezesa. Gdy prezes przedstawił na zarządzie projekt opinii dotyczących budżetu państwa na 2026 rok, część jego członków powiedziała: stop. Wybuchło niemałe zamieszanie, które w kolejnych dniach przerodziło się w bunt. Przewodzić nim miał Artur Soboń - były poseł PiS. Nowogrodzka wyczuła, że coś złego dzieje się na Świętokrzyskiej i zmotywowała swoich ludzi w NBP.  

Glapiński w swoim stylu próbował zdławić konflikt w zarodku: ściągnął głosowanie nad uchwałą dotyczącą projektu opinii, ujawnił wynagrodzenia członków zarządu (choć wcześniej wpadł na pomysł, żeby utajnić ich oświadczenia majątkowe) czy atakował ich medialnie. 

Choć wydawało się, że bunt przyniósł skutek, bo ostatecznie zarząd przegłosował inną wersję projektu opinii, to prezes Glapiński i tak postawił na swoim. Radzie Polityki Pieniężnej przedstawił złagodzony dla rządu dokument, który to członkowie przyjęli w głosowaniu.  

Redakcja poleca

Na początku 2026 roku Glapiński powiedział Tuskowi: sprawdzam. Wysłał do Kancelarii Prezydenta RP wniosek z nominacjami do zarządu NBP. Procedura wygląda tak, że to prezes NBP wskazuje kandydatów, których powołuje prezydent. Głowa państwa nie może jednak tego zrobić bez zgody premiera, tzw. kontrasygnaty. 

Karol Nawrocki bez wahania zatwierdził nominacje i wysłał do kancelarii premiera postanowienie o powołaniu członków zarządu NBP, aby premier je podpisał. We wniosku znalazły się cztery osoby: Marta Kightley (przedłużenie kadencji ówczesnej wiceprezes NBP), Ludwik Kotecki, Przemysław Litwiniuk i Marcin Zarzecki (członkowie RPP).  

Choć żadna ze stron niepisanej umowy nie potwierdziła, ale też nie zaprzeczyła, jej istnieniu, to nazwiska kandydatów dają do myślenia. Kightley - człowiek Glapińskiego, Kotecki - premiera a Zarzecki - prezydenta. Z kolei kandydatura Przemysława Litwiniuka była do zaakceptowania  przez wszystkie strony umowy. Litwiniuk, wybrany do RPP przez Senat pod kontrolą koalicji rządzącej, w radzie był łącznikiem między Glapińskim a Koteckim i Joanną Tyrowicz (otwarcie krytykującą działania szefa banku centralnego).  

Glapiński zamiast Tuska wybrał Nawrockiego 

Według naszych źródeł ze Świętokrzyskiej, wówczas Glapiński był pewny, że sprawa nominacji zakończy się szybko i korzystnie dla niego. Choć wniosek trafił na biurko Donalda Tuska już 4 lutego, to premier zwlekał z jego podpisaniem. Jak się później okazało, był to dobry ruch z perspektywy rządu. W marcu lojalność Glapińskiego została wystawiona na próbę. Nawrocki przekonał szefa NBP, aby ten wsparł prezydencką alternatywę dla rządowej propozycji unijnych pożyczek z programu SAFE. Jak twierdzili nasi rozmówcy: Glapiński nie chciał, ale jednocześnie nie potrafił się sprzeciwić prezydentowi.  

Wokół SAFE rozpętała się burza. Glapiński rozsierdził premiera i przekreślił szansę na porozumienie. Ostatecznie rząd ograł prezydenta doprowadzając do zawarcia unijnych pożyczek bez jego udziału, a prezes NBP został na lodzie. Kightley straciła stanowisko wiceprezes i pierwszej zastępczyni prezesa, a bankowi centralnemu groził paraliż. W marcu, oprócz najbliższej współpracownicy Glapińskiego, z zarządem pożegnał się jeden z jego członków -  Piotr Pogonowski. Eksperci i prawnicy głowili się, co stanie się w listopadzie, gdy zakończy się kadencja wiceprezesa Adama Lipińskiego.  

Brak nowych nominacji oznaczał, że liczba członków zarządu spadnie poniżej minimum wymaganego przez ustawę. Nasze źródła w NBP podnosiły, że decyzje podejmowane przez niekompletny skład zarządu banku mogą być podważane na gruncie prawnym. Wątpliwości narastały przez kolejne miesiące, bo ustawodawca nie przewidział takiej sytuacji, a tym bardziej konsekwencji. Dlatego wieszczono o różnych scenariuszach - jednym z nich było wprowadzenie do NBP kuratora. 

Prof. Maciej Gutowski - specjalizujący się zarówno w prawie cywilnym, jak i konstytucyjnym - odrzucał taki pomysł. - Kurator dotyczy typowych osób prawnych i powołuje go sąd. Byłby kłopot z powołaniem przez sąd zarządu NBP, bo pojawia się klasyczny spór ustrojowy. Sąd nie powinien go rozwiązywać - tłumaczył nam prawnik.  

Z czasem zainteresowanie sytuacją w NBP słabło, aż do jesieni, kiedy to Sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej poparła wniosek w sprawie postawienia prezesa banku centralnego przed Trybunałem Stanu. W czasie, gdy komisja prowadziła przesłuchania, Glapiński lekceważył jej prace. Jednak po tym, jak komisja podjęła decyzję otoczenie prezesa uaktywnił się w przestrzeni medialnej publikując liczne komunikaty i stanowiska, które podważały legalność działań wobec szefa banku centralnego. 

Zamieszanie wokół nominacji. Kogo Glapiński chciał dopisać do wniosku? 

Powróciła też sprawa nominacji do NBP. Na kilka tygodni przed wygaśnięciem kadencji Adama Lipińskiego kancelaria prezydenta poinformowała, że  ponownie przesłała do premiera postanowienie o powołaniu nowych członków zarządu NBP. Nie obyło się jednak bez zamieszania.  

Tydzień przed ogłoszeniem informacji o ponownym skierowaniu do kontrasygnaty premiera postanowienia o powołaniu czterech członków zarządu NBP, kancelaria prezydenta poinformowała nas, że od lutego nie wpłynął nowy wniosek nominacyjny od prezesa NBP. Z kolei bank centralny utrzymywał, że „ponownie wystąpił do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z wnioskami o powołanie członków Zarządu NBP”. Jak twierdzą nasze źródła ze Świętokrzyskiej, Glapiński chciał dokonać zmian we wniosku i dopisać kolejne nazwisko. Chodziło o Kamilę Sukiennik, bliską współpracownicę prezesa jeszcze czasów, gdy rządził Polkomtelem. Prezydent miał się jednak na to nie zgodzić, co - jak twierdzą nasi rozmówcy - nie było zaskoczeniem ze względu na brak wystarczających kompetencji Sukiennik, która w w NBP kieruje Departamentem Generalnym. Nawet, gdyby Glapiński przekonał Nawrockiego, to tę kandydaturę na pewno odrzuciłby premier, co zapewne zakończyłoby się  brakiem kontrasygnaty pod całym dokumentem w sprawie nominacji do zarządu NBP. 

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET