PiS, Konfederacja i Braun razem u władzy? Oto dlaczego ten plan może się nie udać
Na papierze wielka koalicja prawicy ma już większość potrzebną do przejęcia władzy w 2027 roku. W praktyce może rozbić się o pytanie, kto przejmie kontrolę nad służbami specjalnymi, policją, wojskiem i prokuraturą. PiS nie zadowoli się pyrrusowym zwycięstwem, a Konfederacja nie zamierza zostać kolejną „przystawką” Jarosława Kaczyńskiego.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie ugrupowania popierają Janusza Kubickiego w wyborach do Senatu.
- Dlaczego Korona Grzegorza Brauna nie dołączyła do sojuszu prawicy.
- Co stoi na przeszkodzie w utworzeniu koalicji PiS z Konfederacją.
- Które ministerstwa są kluczowe w negocjacjach koalicyjnych.
Prawica wykonała pierwszy, niewielki krok w stronę politycznego porozumienia. 22 listopada w okręgu nr 20 odbędą się przedterminowe wybory do Senatu. PiS i Konfederacja porozumiały się w sprawie poparcia wspólnego kandydata. Został nim Janusz Kubicki, były prezydent Zielonej Góry, w przeszłości związany m.in. z SLD i Bezpartyjnymi Samorządowcami. O mandat senatora ubiega się z własnego komitetu - Po pierwsze Lubuskie. Jego najpoważniejszą rywalką będzie Zdzisława Różańska, popierana przez KO, Lewicę, PSL i Polskę 2050, a więc ugrupowania tworzące tzw. pakt senacki.
Do porozumienia PiS i Konfederacji dołączył również Ruch Biało-Czerwoni europosłanki Ewy Zajączkowskiej-Hernik, który w ostatniej chwili wycofał swoją kandydatkę, aby „nie rozbijać głosów po stronie opozycyjnej”.
22 listopada początkiem sojuszu PiS z Konfederacją?
Na tym jednak lista uczestników prawicowego sojuszu się kończy. Nie przystąpiła do niego Korona Grzegorza Brauna, która 22 listopada wystawi własnego kandydata - Tomasza Naruszewicza. Początkowo zwolennikami budowy szerokiego frontu byli także Bezpartyjni Samorządowcy Marka Wocha. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że nie darzą oni szczególną sympatią Janusza Kubickiego, popieranego przez PiS i Konfederację. Dlatego do ostatniej chwili walczyli o zarejestrowanie kandydatury Sławomira Bładyki.
W Lubuskiem za porozumienie z PiS odpowiada przede wszystkim Ruch Narodowy Krzysztofa Bosaka. Nasi rozmówcy z lokalnych struktur partii Jarosława Kaczyńskiego wypowiadają się o wicemarszałku Sejmu z Konfederacji w samych superlatywach. Nie ukrywają też nadziei, że porozumienie zawarte w Zielonej Górze okaże się czymś więcej niż tylko wyborczym epizodem. Chcieliby widzieć w nim początek wspólnej walki o władzę w Polsce w 2027 roku.
Podobnego porozumienia nie udało się zawiązać kilka tygodni temu podczas przedterminowych wyborów prezydenckich w Krakowie, gdzie dwie największe partie prawicowe postanowiły pójść osobnymi drogami. Za kampanię Konfederacji odpowiadali tam jednak ludzie Nowej Nadziei Sławomira Mentzena. Ostatecznie nie zdołali nawet zebrać podpisów niezbędnych do zarejestrowania kandydata. Tymczasem narodowcy w Zielonej Górze postawili na pragmatyzm.
Senacki pakt miałby być próbą generalną przed utworzeniem wielkiej prawicowej koalicji rządzącej po wyborach w 2027 roku. PiS od dłuższego czasu deklaruje gotowość do takiego sojuszu. Podobnie środowisko Mateusza Morawieckiego. Konfederacja pozostaje znacznie bardziej powściągliwa.
Wielka prawicowa koalicja? Tu zaczynają się schody
W publicystycznych dyskusjach coraz częściej można usłyszeć, że przejęcie władzy przez wielką prawicową koalicję w 2027 roku jest już niemal przesądzone. Potwierdzać mają to kolejne sondaże, w których suma poparcia dla prawicowych ugrupowań najczęściej przekłada się na sejmową większość.
W tych kalkulacjach łatwo jednak przeoczyć kilka zasadniczych czynników. To właśnie one mogą sprawić, że zbudowanie wspólnego rządu okaże się przedsięwzięciem niezwykle trudnym, a być może wręcz niemożliwym.
Paradoksalnie najważniejsze mogą okazać się ostateczne proporcje wyborczego poparcia. Dzisiejsze scenariusze zakładają, że najsilniejszą partią prawicy pozostanie PiS, a drugie miejsce przypadnie Konfederacji. Udział Korony Brauna w przyszłym rządzie uzależnia się przede wszystkim od tego, czy jej posłowie będą niezbędni do uzyskania większości.
Mało kto bierze jednak pod uwagę, że do 2027 roku układ sił na prawicy może się istotnie zmienić. Partia Grzegorza Brauna może ostatecznie zdobyć większe poparcie niż Konfederacja. Już dziś niektóre badania pokazują zbliżone notowania obu formacji. Gdyby taki scenariusz się ziścił, całkowicie zmieniłby punkt wyjścia do powyborczych negocjacji. Braun nie byłby już tylko kłopotliwym dodatkiem do koalicji, lecz jednym z jej najważniejszych uczestników.
Kolejnym polem potencjalnego konfliktu będzie podział ministerstw. Szczególne znaczenie mają tutaj trzy resorty: spraw wewnętrznych i administracji, obrony narodowej oraz sprawiedliwości.
W całej historii swoich koalicyjnych rządów PiS zachowywało pełną kontrolę nad tymi obszarami. Wpływ na służby specjalne, policję, wojsko i prokuraturę stanowił jeden z fundamentów władzy Jarosława Kaczyńskiego. Trudno sobie wyobrazić, by teraz partia dobrowolnie oddała te instrumenty potencjalnym koalicjantom.
Konfederacja nie chce skończyć jako „przystawka” PiS
Tymczasem Konfederacja wyciągnęła własne wnioski z historii politycznych sojuszy zawieranych przez Jarosława Kaczyńskiego. W jednym z wywiadów Sławomir Mentzen otwarcie przyznał, że „historia jest taka, że PiS był w kilku koalicjach i nikt nie przeżył koalicji z Jarosławem Kaczyńskim”. - Może akurat mi by się udało, ale mam wrażenie, że jego celem byłoby zniszczenie mnie. To nie jest dobry materiał do zrobienia koalicji. Ja mu nie ufam - mówił.
Mentzen nawiązywał oczywiście do losów Samoobrony Andrzeja Leppera i Ligi Polskich Rodzin, które po 2005 roku weszły w rolę politycznych „przystawek” PiS, a następnie zniknęły z Sejmu. Podobny los, choć w innych okolicznościach, spotkał Porozumienie Jarosława Gowina, rozbite po 2020 roku w wyniku konfliktu z największym koalicjantem.
W Konfederacji panuje przekonanie, że oddanie PiS kontroli nad MSWiA, a wraz z nią wpływu na służby specjalne, mogłoby oznaczać dla ugrupowania polityczny wyrok śmierci. Podobne obawy dotyczą wymiaru sprawiedliwości, zdemolowanego przez ludzi Zbigniewa Ziobry w latach 2015–2023.
Z perspektywy PiS sytuacja wygląda dokładnie odwrotnie. Powrót do władzy bez kontroli nad służbami i prokuraturą mógłby okazać się zwycięstwem pyrrusowym, pozbawionym najważniejszych politycznych korzyści. Obie strony doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Punktem spornym może stać się również Ministerstwo Obrony Narodowej. W sierpniu „Newsweek Polska” pisał o ambicjach Krzysztofa Bosaka związanych właśnie z tym resortem. Wicemarszałek Sejmu co prawda nie potwierdza, że chciałby w przyszłości zostać ministrem obrony, ale nie ukrywa, że od kilku lat coraz uważniej zajmuje się sprawami wojska i bezpieczeństwa państwa.
Dla PiS resort obrony jest niewątpliwie prestiżowy, choć nie tak strategiczny jak MSWiA czy Ministerstwo Sprawiedliwości. Mimo to w okresach sprawowania władzy z mniejszymi koalicjantami partia Kaczyńskiego nigdy nie oddawała nad nim kontroli. W latach 2015–2023 MON pozostawało kolejno w rękach Antoniego Macierewicza i Mariusza Błaszczaka.
Rząd z Grzegorzem Braunem? Nikt tego nie chce
Pozostaje jeszcze Korona Grzegorza Brauna. Jeżeli jej posłowie okażą się niezbędni do zbudowania większości, również to ugrupowanie będzie domagało się udziału w podziale ministerialnych stanowisk. Założenie, że Braun zadowoli się resortem kultury albo infrastruktury, wydaje się daleko idącą naiwnością. Zwłaszcza gdyby wybory w 2027 roku zakończyły się niespodziewaną zamianą miejsc i to Korona dotarła do mety z większym poparciem niż Konfederacja.
A Braun może okazać się wyjątkowo trudnym negocjatorem i jeszcze trudniejszym koalicjantem. W 2025 roku jego osobliwy radykalizm stał się nie do zaakceptowania nawet dla Konfederacji, z którą ostatecznie się rozstał. Po wyborze do Parlamentu Europejskiego pozostał jedynym polskim europosłem niezrzeszonym w żadnej frakcji. Nie znalazł miejsca nawet w Europie Suwerennych Narodów, skupiającej m.in. polityków niemieckiej AfD.
Do tej skomplikowanej układanki dochodzi jeszcze Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego. Niezależnie od formuły, w jakiej jego środowisko znalazłoby się w przyszłym Sejmie, już sama obecność byłego premiera przy negocjacyjnym stole mogłaby wywołać poważne tarcia. Morawiecki jest postacią nieakceptowalną dla Konfederacji. Grzegorz Braun nazywał go „ludobójcą zza biurka”, odpowiedzialnym za „zbrodnie przeciwko ludzkości” (chodziło o decyzje Morawieckiego w czasie pandemii Covid-19). Szczególną sympatią nie darzą go również partyjni twardogłowi z PiS z Przemysławem Czarnkiem na czele.
Jeżeli jednak głosy posłów związanych z Morawieckim okażą się niezbędne do zbudowania większości, prawica stanie przed kolejnym trudnym dylematem. Trzeba będzie pogodzić nie tylko odmienne interesy polityczne, lecz także głębokie, prywatne animozje.
Koalicja prawicy to „kwadratura koła”?
Wspomniane na początku wybory 22 listopada, choć pozbawione większego znaczenia dla senackiej arytmetyki, mają być zalążkiem czegoś znacznie większego. Na RadioZET.pl od miesięcy opisujemy kulisy wykuwającego się w bólach prawicowego paktu do Senatu. Patronować ma mu prezydent Karol Nawrocki. Jak słyszymy od polityków, jego rola nie ograniczałaby się jednak do firmowania całego przedsięwzięcia własnym nazwiskiem. Prezydent miałby aktywnie uczestniczyć w jego tworzeniu, zachowując decydujący głos także przy wyborze kandydatów. W zamyśle byłby to swego rodzaju „komitet prezydenta”, wystawiony przeciwko koalicji 15 października. Przynajmniej na poziomie deklaracji wszystkie zainteresowane ugrupowania akceptują taki scenariusz.
PiS, Konfederacja i Rozwój Plus liczą, że prezydent zdoła pogodzić sprzeczne interesy. W ostatnim wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Nawrocki nie wykluczył zresztą porozumienia także z partią Grzegorza Brauna. Jednak pozostałe prawicowe ugrupowania najchętniej widziałyby ją poza przyszłą koalicją. Problem w tym, że bez posłów Brauna zbudowanie sejmowej większości w 2027 roku może okazać się niemożliwe.
Skala wzajemnych sprzeczności jest więc ogromna. PiS deklaruje otwartość na szeroką koalicję prawicy, ale trudno wyobrazić sobie, by w imię „wyższego dobra” dobrowolnie zrezygnowało z kontroli nad MSWiA, Ministerstwem Sprawiedliwości i MON. Konfederacja, która nie zamierza powtórzyć losu dawnych „przystawek” Kaczyńskiego, będzie z kolei dążyć do maksymalnego ograniczenia wpływów prezesa PiS i partyjnych twardogłowych z Nowogrodzkiej. Stąd tak wielkie nadzieje pokładane w przywódczej roli Nawrockiego.
Pewną nadzieją dla PiS i Konfederacji może być prognoza Roberta Winnickiego, byłego lidera Ruchu Narodowego. Jak przekonywał w niedawnym wywiadzie dla RadioZET.pl, wejście Korony Brauna do rządu mogłoby się dla niej okazać „pocałunkiem śmierci”. – Nie można być siłą tak radykalnie kontestującą rzeczywistość i jednocześnie uczestniczyć w strukturach państwowych. W strukturach, których politykę kontestuje się na każdym poziomie. Albo się w nich uczestniczy, albo się z nimi walczy – mówił.
Winnicki nie ukrywał przy tym sceptycyzmu wobec perspektywy zbudowania wspólnego rządu całej prawicy. W jego ocenie może się to okazać polityczną „kwadraturą koła”. – Jeśli byłoby tak, że te trzy–cztery komitety prawicowe przekroczą próg i będą zmuszone do utworzenia przyszłego rządu, to ja nie widzę tu żadnej stabilnej większości na horyzoncie – przekonywał.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET