„Znajomy policjant ma tajne informacje”. Tak odżywa w Polsce legenda o czarnej Wołdze
„Znajomy policjant”, „mąż ze służb”, tajne informacje i ostrzeżenia przed kolejnymi atakami. Po tragedii w Leszczydole-Nowinach Polskę zalała fala plotek, fałszywych alarmów i internetowych „łańcuszków”. Po raz kolejny niepotwierdzone sensacje rozprzestrzeniały się szybciej niż sprawdzone informacje. Dlaczego tak łatwo dajemy im wiarę? Eksperci wskazują na konkretne mechanizmy.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie zagrożenia informacyjne towarzyszyły wydarzeniom z 7 i 8 października.
- W jaki sposób fałszywe doniesienia były rozpowszechniane w sieci.
- Dlaczego emocjonalne reakcje na dezinformację są niebezpieczne.
- Jak możemy budować odporność na fake newsy i manipulacje.
Dramatyczne wydarzenia z 7 i 8 października po raz kolejny pokazały, że nagłym sytuacjom kryzysowym niemal zawsze towarzyszą poważne zagrożenia informacyjne. Te z kolei prowadzą do chaosu, strachu, spadku zaufania do oficjalnych kanałów komunikacji, a w konsekwencji – podejmowania nerwowych i błędnych decyzji. Wydarzenia te ponownie obnażyły również nasze słabości w zakresie weryfikowania informacji i odpowiedzialnego reagowania.
W czwartek, 8 października, niedługo po potwierdzeniu informacji o zabójstwie 37-letniej woźnej w szkole w Leszczydole-Nowinach, sieć zalała fala nieprawdziwych doniesień sugerujących, że tragedia nie była odosobnionym przypadkiem. Policja i służby miały nie informować o innych atakach, do których rzekomo dochodziło w podobnym czasie. Szczególnym przykładem sensacyjnej wiadomości, która błyskawicznie rozprzestrzeniała się w wielu miejscach w Polsce, był tzw. łańcuszek, czyli wiadomość masowo przesyłana za pośrednictwem komunikatorów i prywatnej korespondencji.
Zgodnie z treścią wiadomości krążącej 8 października, po tragedii w podwyszkowskim Leszczydole-Nowinach miało dojść do kilku innych ataków z użyciem noża w szkołach w samym Wyszkowie. Powoływano się przy tym na stuprocentowo pewne informacje od „znajomego policjanta” lub „znajomej lekarki” z miejscowego szpitala. Według rozpowszechnianej plotki policja miała świadomie zatajać informacje o kolejnych atakach, aby nie wywoływać paniki. Ostatecznie wszystkie te doniesienia zostały zdementowane. Innych ataków w Wyszkowie tego dnia nie było.
„Łańcuszki” fałszywych informacji po atakach w szkołach
Podobne wiadomości krążyły również w innych częściach Polski. Autorka jednej z nich powoływała się na „męża pracującego w służbach”, który miał dotrzeć do wstrząsających ustaleń. Zgodnie z nimi anonimowy uczeń z Konina miał dać sygnał do rozpoczęcia ataków w całej Polsce. „Przekażcie to dalej, zanim będzie za późno” – wzywano w wiadomości. „Łańcuszek” wpisywał się w krążące wówczas doniesienia o przygotowywanym „krwawym piątku”. Miała go planować zorganizowana grupa wymieniająca się korespondencją na zamkniętym komunikatorze internetowym w ramach makabrycznego „wyzwania”.
Policja i MSWiA poinformowały jednak, że analiza zabezpieczonych urządzeń nie potwierdziła istnienia takiego procederu. Nie znaleziono również dowodów na skoordynowane działania sprawców. Mimo to w całej Polsce służby zostały postawione na nogi, a w dziesiątkach szkół odwołano lekcje.
Jak zauważa portal Press.pl, do spotęgowania poczucia zagrożenia mogły przyczynić się również komunikaty publikowane przez niektóre polskie media. Na ich tle szczególnie wyróżniała się Telewizja Republika, która na pasku informacyjnym powielała rozpowszechnianą na platformach społecznościowych teorię spiskową: „Nie posyłaj jutro swoich dzieci do szkoły – zamachowcy grożą, że zabiją jutro 60 uczniów”.
„Znajomy policjant” i „ciotka z sanepidu”
Prof. Katarzyna Bąkowicz z Uniwersytetu SWPS podkreśla w rozmowie z RadioZET.pl, że tzw. łańcuszki nie są zjawiskiem nowym ani typowo internetowym. Przypomina, że z bardzo podobnym schematem przekazywania wiadomości mieliśmy już do czynienia podczas pandemii, gdy w chaosie informacyjnym „wszyscy mieli znajomych lekarzy i pielęgniarki”, na których się powoływali.
Na początku 2020 roku, gdy potwierdzono pierwsze przypadki zakażenia koronawirusem w Polsce, w wielu miejscach krążyła ta sama plotka – „ciotka z centrali z sanepidu” lub „wujek z wojska” mieli przekazać nieoficjalną, poufną informację o nadchodzącym „odcięciu Warszawy od reszty kraju”.
– Istnieje pewne ryzyko, które wyzwala cały łańcuch odpowiedzi i reakcji. Najczęściej są to reakcje bardzo emocjonalne, natychmiastowe, ponieważ pojawia się czynnik zagrożenia. Nie zawsze wpadamy w panikę, ale jednak naruszone zostaje nasze poczucie bezpieczeństwa. Wzrasta wówczas potrzeba dzielenia się informacjami z innymi. To zachowanie wspólnotowe, zupełnie normalne, a w dodatku biologicznie uzasadnione. Jeżeli ktoś ma informację o jakimś niebezpieczeństwie i przekazuje ją innym, to w ten sposób stara się ich chronić – zauważa wykładowczyni SWPS.
Głuchy telefon, plotka, legenda o czarnej Wołdze
Prof. Katarzyna Bąkowicz zwraca uwagę, że w takich sytuacjach mamy do czynienia ze zjawiskiem misinformacji (ang. misinformation), czyli nieświadomego rozpowszechniania nieprawdziwych informacji. Nie chodzi przy tym o celowe wywoływanie niepokoju, lecz często o działanie wynikające z pozytywnych pobudek. W tym przypadku – chęci ochrony innych przed niebezpieczeństwem.
– Problem polega na tym, że przy obecnym dostępie do tak szybkiej sieci komunikacyjnej zjawisko to zaczyna przybierać masową skalę. Kiedyś był to tzw. głuchy telefon, plotka czy legenda miejska. Opowieści przekazywane z ust do ust istniały w społeczeństwach od zawsze. Teraz jednak, ze względu na tempo komunikacji, rozprzestrzeniają się znacznie szybciej i mają zdecydowanie szerszy zasięg – wylicza ekspertka.
Doszliśmy do takiego paradoksu, że mamy wrażenie, iż wszyscy dookoła kłamią, a w związku z tym nikomu nie należy ufać. To dokładnie taki sposób myślenia, na jakim zależy tym, którzy tworzą kampanie dezinformacyjne. Społeczeństwo, którego członkowie wzajemnie sobie nie ufają, jest społeczeństwem, którym bardzo łatwo manipulować.
Martyna Różycka, kierowniczka działu Dyżurnet.pl w NASK, podkreśla, że wykrywanie i analizowanie wiadomości takich jak wspomniane „łańcuszki” jest bardzo trudne.
– Te treści krążyły przede wszystkim w zamkniętych komunikatorach, więc pozostają poza możliwościami analizy. W przypadku wpisów publikowanych na platformach społecznościowych widzimy przepływy, kliknięcia i udostępnienia. Tutaj natomiast mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem znanym ludzkości chyba od zawsze – czymś w rodzaju legendy o czarnej Wołdze. Ktoś coś widział, ktoś coś wie. I powołując się na autorytet bliskości – choć nie jesteśmy w stanie dotrzeć do konkretnych faktów i osób – przekazujemy te informacje dalej. Musimy nauczyć się rozpoznawać takie sytuacje i przerywać podobne łańcuszki, ponieważ nie przynoszą one niczego dobrego – ocenia.
Fałszywe informacje rozchodzą się z ust do ust
Ekspertka NASK zwraca uwagę, że choć dorośli zdołali już w pewnym stopniu oswoić się z wydarzeniami z 7 i 8 października, w przestrzeni, w której funkcjonują dzieci, temat nadal pozostaje żywy.
– Pewne materiały zniknęły już z internetu. Dotyczy to trendów, haseł czy hashtagów. Moderacja platform internetowych usuwa je na bieżąco. Natomiast ten drugi obieg informacji, kolejne, nadbudowane hashtagi, pozostaje w tym momencie rozproszony. Zanim przerodzi się w szerszy trend, minie jeszcze trochę czasu. Tak po prostu funkcjonuje internet – zauważa.
O krążącym na komunikatorach „łańcuszku” informowała m.in. policja w Szczecinie. Jak ustalono, fałszywe informacje rozprzestrzeniały się za pośrednictwem wiadomości SMS oraz zamkniętych grup rodzicielskich. Ich autorzy powoływali się na anonimowe, rzekomo dobrze poinformowane źródła – znajomych policjantów, nauczycieli, rodziców uczniów z innych szkół czy osoby mające kontakty w kuratorium oświaty. Wiadomości przedstawiano jako poufne, jednocześnie zachęcając do ich natychmiastowego przekazywania dalej.
Specjaliści badający zjawiska dezinformacji i rozpowszechniania fałszywych treści zwracają uwagę, że coraz częściej mamy do czynienia z tzw. pikami informacyjnymi. Dochodzi do nich, gdy określona wiadomość wywołuje wyjątkowo silne emocje i lawinę reakcji, które następnie rozprzestrzeniają się wirusowo w przestrzeni informacyjnej. Zjawisko to nie ogranicza się jednak do internetu i serwisów społecznościowych. Fałszywe doniesienia przenikają również do codziennych rozmów, rozchodząc się z ust do ust i docierając do osób, które nie zetknęły się z nimi bezpośrednio w sieci.
Dorośli mają zupełnie „inny internet” niż dzieci
– Kiedy pojawia się dezinformacja, która godzi w nasze ogólne poczucie bezpieczeństwa, możemy znaleźć się w sytuacji, w której nie wiemy, co zrobić – zauważa prof. Katarzyna Bąkowicz. – Przestaje działać nasz wewnętrzny kompas. Kiedy informacji zrobiło się tak dużo, że przestaliśmy sobie radzić z ich przyswajaniem, nazwaliśmy to zjawisko infodemią. Jest ono niebezpieczne, ponieważ człowiek w stanie przeciążenia informacyjnego nie tylko podejmuje błędne decyzje, ale często w ogóle wycofuje się z podejmowania jakichkolwiek decyzji. Wchodzi w tzw. stan zamrożenia – wyjaśnia.
Martyna Różycka z NASK przypomina, że żyjemy w różniących się od siebie „bańkach informacyjnych”. – My, dorośli, mamy zupełnie „inny internet” niż ten, w którym funkcjonują dzieci. Korzystają one z innych platform, w inny sposób, a także w innych godzinach. My z kolei inaczej konsumujemy treści internetowe. W sytuacji takiego zagrożenia nie byliśmy w stanie skutecznie dotrzeć do młodych ludzi z informacją, że wszystko jest pod kontrolą, ani wyjaśnić im, z jakim rodzajem zagrożenia mamy do czynienia. Nie dysponujemy bowiem odpowiednimi mechanizmami komunikacji z tą grupą odbiorców. Takie komunikaty pojawiały się w oficjalnej infosferze, ale dzieci do niej nie zaglądają. One szukają informacji na TikToku. Dlatego jedyne, co mogliśmy zrobić, to podjąć działania komunikacyjne bezpośrednio w szkołach – dodaje w rozmowie z naszym portalem.
Choć instytucje rządowe, media i policja nieustannie apelują o weryfikowanie informacji i korzystanie wyłącznie ze sprawdzonych, profesjonalnych źródeł, każda kolejna sytuacja związana z zabójstwem, napadem, sabotażem obcych służb czy naruszeniem polskiej przestrzeni powietrznej błyskawicznie wywołuje falę dezinformacji. Szczególnie widoczne jest to na platformach społecznościowych. Zjawisko to chętnie wykorzystują również środowiska polityczne, które próbują zbijać na nim kapitał.
„Nie przekazywać dalej, dopóki nie potwierdzimy”
Prof. Katarzyna Bąkowicz przekonuje, że w sytuacjach podobnych do tych z 7 i 8 października możliwe są skuteczne działania zarówno krótko-, jak i długoterminowe. – Te pierwsze to działania tu i teraz. Jeśli dociera do mnie taka wiadomość, to im bardziej jest ona szokująca i emocjonalna, tym bardziej powinienem wstrzymać się z reakcją. Nie chodzi o to, aby nie podejmować żadnych kroków, ale o to, by podchodzić do takich wiadomości z bardzo dużą ostrożnością. A przede wszystkim nie przekazywać ich dalej, dopóki nie potwierdzimy ich prawdziwości – tłumaczy.
– Działanie długofalowe jest obliczone na lata. Nie jest ono zorientowane na to, aby takie łańcuszki w ogóle się nie pojawiały, ale na to, abyśmy potrafili właściwie reagować, kiedy już się pojawią. Mówimy tutaj o budowaniu głębokiej odporności na manipulacje, fake newsy i dezinformację. Budujemy ją przede wszystkim poprzez zaufanie i współpracę – dodaje.
Według danych policji od początku ogólnopolskich działań mających zapewnić bezpieczeństwo uczniom, nauczycielom i pracownikom placówek oświatowych do 15 października funkcjonariusze przeprowadzili już ponad 162 tys. kontroli placówek i zatrzymali 187 osób. Do godz. 6 rano tego dnia odnotowano również 482 zdarzenia, w związku z którymi policjanci interweniowali z uwagi na uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa. Działania służb nadal trwają w całym kraju. Policja zapewnia, że funkcjonariusze przez całą dobę monitorują internet i reagują na każde zgłoszenie dotyczące potencjalnych zagrożeń.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET