`

Prywatne szkoły przeżywają oblężenie. Rodzice już nie chcą czegoś ekstra, szukają normalności

7 min. czytania
21.07.2022 10:17
Obserwuj nas na Google

Tysiące nastolatków w całej Polsce nie dostało się do żadnej szkoły średniej. Licea i technika, przepełnione i wymęczone kolejnymi reformami, chętnie przyjęłyby większy rocznik, ale ani nie mają gdzie, ani kim uczyć. Oblężenie przeżywają więc szkoły prywatne. Do tej pory rodzice zapisywali tu dzieci, żeby mieć coś ekstra. Teraz szukają normalności.

Uczniowie sprawdzają wyniki rekrutacji
fot. Piotr Molecki/East News

W tym tygodniu licea, technika i szkoły branżowe w całej Polsce podają pierwsze wyniki rekrutacji 2022 (terminy są różne, bo harmonogramy dla swoich regionów ustalają poszczególne kuratoria oświaty). Kolejnej trudnej rekrutacji, bo przystąpiło do niej 1,5 rocznika. To efekt nakładających się na siebie reform oświaty.

Po pierwsze chodzi o obniżenie wieku szkolnego (reforma rządu PO-PSL). W 2014 roku do pierwszych klas poszły dzieci urodzone w 2007 roku, czyli siedmiolatki i część rocznika sześciolatków urodzonych w pierwszej połowie 2008 roku. Teraz jedni i drudzy biorą udział w rekrutacji do szkół średnich. A w tych uczył się już podwójny rocznik. To z kolei skutek likwidacji gimnazjów (reforma rządu PiS). Ostatnie osoby po gimnazjach właśnie idą na studia, ale uczniowie po ośmioklasowych podstawówkach, czyli druga część podwójnego rocznika, w szkole jeszcze zostają, bo uczą się już w czteroletnich liceach i pięcioletnich technikach. Możliwości pomieszczenia wszystkich są więc mocno ograniczone.

Wyniki rekrutacji do szkół ponadpodstawowych. Tysiące osób bez miejsca

W najlepszej sytuacji wydają się uczniowie w Łodzi - na razie do żadnej szkoły nie dostało się tu 367 osób, ale wolnych miejsc zostało jeszcze 729. Dlaczego? Jeśli ktoś w podaniu wskazał np. tylko trzy najbardziej oblegane placówki, a miał nieco słabsze oceny i wyniki z egzaminu ósmoklasisty, to nie dostał się nigdzie i musi brać udział w naborze uzupełniającym. Nie jest też powiedziane, że ci, którzy mają już jakieś miejsce, trafili do wymarzonej klasy.

Gorzej wygląda sytuacja w Krakowie, gdzie aż 2,6 tysięcy uczniów nie dostało się do żadnej szkoły. Wolnych miejsc jest niewiele, bo ponad 800, z tym że tylko kilkadziesiąt przypada na licea – najczęściej i najchętniej wybierane przez nastolatków - ponad 300 na technika, a prawie 500 dotyczy branżówek. O jedno miejsce w najbardziej obleganej klasie o profilu technik programista w Technikum Łączności walczyło aż 11 kandydatów.

Niewiele lepiej jest w Poznaniu – do szkół średnich nie zakwalifikowało się 3854 chętnych, wolnych miejsc jest na razie 2,5 tys. W Warszawie bez przydziału jest na razie 2371 nastolatków. O tym, gdzie mogą dalej się uczyć, dowiedzą się pod koniec lipca, chociaż już widać, że lekko nie będzie, bo progi punktowe w niektórych klasach sięgały prawie 180 punktów (na 200).

Redakcja poleca

A mowa o szkołach, w których spodziewając się większej liczby kandydatów, już pootwierano dodatkowe oddziały. Patrząc na liczbę osób bez miejsca, np. w Poznaniu już mówi się, że to nie koniec i będą potrzebne kolejne klasy. W Łodzi czy Krakowie wcześniej zastanawiano się, czy nie przyjmować więcej uczniów do poszczególnych oddziałów, np. zamiast 30 osób - 33.

- Mamy pięć pierwszych klas tak jak w zeszłym roku, więcej nie zdołalibyśmy pomieścić w budynku. 30 osób w klasie to też maks, bo tyle mamy ławek i więcej do sal nie wejdzie. Dwuzmianowość? Już teraz lekcje mieliśmy od 7.30 do 16.30  – mówi nam Maria Włodarczyk, dyrektorka III LO w Łodzi, które było najchętniej wybierane przez tegorocznych ósmoklasistów. W najbardziej popularnej klasie z rozszerzoną matematyką, geografią i angielskim na jedno miejsce przypadało czterech chętnych.

Od reformy edukacji boom na prywatne szkoły

I tu wkraczają szkoły niepubliczne, które przeżywają w tym roku boom. - Na pewno wpływa na to rekrutacja większego rocznika – mówi Adam Kalbarczyk z Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej i podaje przykład: w prywatnym liceum „Paderewski” w Lublinie, którym do niedawna kierował, o jedno miejsce w klasie z programem polskim ubiegało się prawie pięć osób. - Większe zainteresowanie widzimy jednak już od kilku lat, spowodowane jest ono kryzysem szkoły publicznej. Placówki niepubliczne są bardziej odporne na to, co się dzieje – dodaje Kalbarczyk.

A co się dzieje? Od początku. Pewnym prekursorem pod tym względem była Warszawa. Jeszcze kilka lat temu rodzice wybierali prywatne placówki, bo oferowały coś ekstra. Np. naukę w maksymalnie kilkunastoosobowych zespołach, indywidualizację nauczania, świetnie wyposażone pracowanie, różnorodny pakiet zajęć dodatkowych i realizację ciekawych projektów. W Warszawie zarobki były też wyższe, więc rodzice mogli sobie pozwolić na czesne, a to min. 1,5 tys. miesięcznie. Teraz nie chodzi już o coś ekstra, tylko o normalność i stabilną naukę. I nie dotyczy to już tylko Warszawy.

Magdalena Wontek, dyrektorka Zespołu Szkół Prywatnych „Twoja przyszłość” w Sosnowcu, prowadzi podstawówkę i przedszkole. Zapisuje się tu dzieci na rok przed rozpoczęciem nauki, to znaczy jeśli siedmiolatek ma pójść do pierwszej klasy 1 września 2022, to rodzice mogli go zapisać 1 września 2021. Obowiązuje kolejność zgłoszeń. - Ostatnio rodzice przyszli pod szkołę przed północą w nocy z 31 sierpnia na 1 września, żeby być pierwszymi. Stali całą noc, robili listy kolejkowe. Nie zdołaliśmy wszystkich przyjąć – opowiada dyrektorka. - Ale już trzy, cztery lata temu zaczęły się dla nas dobre czasy – nie ukrywa.

Redakcja poleca

Wiąże to po pierwsze z reformą edukacji i likwidacją gimnazjów. Do podstawówek doszły siódme, ósme klasy. By ich pomieścić, dyrektorzy przerabiali pokoje nauczycielskie, pomieszczenia gospodarcze woźnych w klasy, lekcje zaczynały się o 7 rano, kończyły nawet o 18, a o WF-ie na sali gimnastycznej można było pomarzyć. Chwilę później niemal identyczna sytuacja była w szkołach średnich, do których poszedł podwójny rocznik, czyli ostatni gimnazjaliści i pierwsi absolwenci ośmioletnich podstawówek. A teraz do nich dołączy jeszcze 1,5 rocznika.

W małej, prywatnej szkole łatwiej nad tym zapanować. Rodzice zdają sobie z tego sprawę, co widać w liczbach: w ciągu dwóch ostatnich lat w niepublicznych placówkach w Warszawie przybyło ok. 10 tys. uczniów. - Wykorzystaliśmy możliwości lokalowe i na pewno nie będę otwierać więcej klas pierwszych, wręcz przeciwnie, zamiast trzech będą dwie. Klasy są 18-osobowe i to też się nie zmieni, musimy zadbać o komfort uczenia - podkreśla Magdalena Wontek. W "Paderewskim" klasy liczą 22 osoby i ta liczba również zostaje. W szkołach publicznych jeśli samorząd każe zwiększyć liczbę klas albo uczniów, dyrektor ma niewiele do powiedzenia.

Strajku nauczycieli tu nie będzie

- Szybciej też wyłapujemy problemy dydaktyczne i poza dydaktyczne naszych uczniów – dodaje Wontek. Większe zainteresowanie prywatnymi placówkami wiąże też ze strajkiem nauczycieli. - Chociaż postulaty popieraliśmy, to nie strajkowaliśmy, bo nasi nauczyciele są zatrudnieni na innych zasadach, nie obowiązuje ich Karta Nauczyciela – wyjaśnia dyrektorka. 

Tymczasem w te wakacje coraz częściej mówi się o kolejnym możliwym strajku w edukacji. I w ten sposób przechodzimy do kadry i zarobków w szkole publicznej i prywatnej. "Moja córka, od września w klasie maturalnej z rozszerzoną matematyką, geografią i WOSem, na zakończenie trzeciej klasy dowiedziała się, że odchodzi pani od geografii i pan od WOSu. Oprócz tego wicedyrektor i pewnie jeszcze kilka innych osób, o których nie wiem" - napisała w mediach społecznościowych Dorota Łoboda, radna Warszawy, przewodnicząca Komisji Edukacji, liderka ruchu Rodzice Przeciwko Reformie Edukacji.

I to liceum nie jest wyjątkiem. W niektórych szkołach przez rok młodzież nie miała fizyki, albo matematykę miała z chemikiem. Dyrektorzy ratowali się przydzielaniem nadgodzin i zastępstwami. Przeciążeni nauczyciele idą więc teraz na urlopy dla poratowania zdrowia albo w ogóle odchodzą z zawodu. Ich godziny dostają kolejni i koło się zamyka. „Dość” mówią też emeryci, który zwłaszcza w technikach i szkołach branżowych stanowią nieraz 30,40 proc. kadry. Dlatego też szkoły średnie przy obecnej rekrutacji większego rocznika niechętnie otwierają więcej klas, bo nie tylko nie mają gdzie uczyć, ale też nie ma kto uczyć.

Powodów odejść nauczycieli jest wiele, ale najczęściej wymieniany jest ten finansowy. Dyrektorzy znów mają tu związane ręce, bo kwoty ustalane są z góry przez Ministerstwo Edukacji i Nauki i samorząd (w kwestii dodatków). - W prywatnych szkołach system jest zupełnie inny, a nawet jeśli podstawy są według ogólnych przepisów, to są duże dodatki wewnętrzne i to jest karta przetargowa, której nie mają szkoły publiczne – tłumaczy Kalbarczyk. Jeśli więc dziecko ma nie mieć przez rok fizyki albo co chwila innego matematyka, a chce zdawać z tych przedmiotów maturę, rodzice wolą zapisać je już do prywatnego liceum, gdzie skład kadry jest bardziej stabilny.

Edukacja darmowa i równa?

Przez ostatni rok nad szkołami wisiała też groźba wprowadzenia lex Czarnek, czyli nowelizacji prawa oświatowego, która znacząco zwiększałaby rolę kuratorów oświaty np. przy odwołaniu i wybieraniu dyrektora szkoły. To kuratorzy mieliby też decydujący głos o zajęciach uczniów z organizacją pozarządową w szkole. Rodzice po cichu liczą, że niepubliczne placówki zachowają większą niezależność, będą pozwalać na edukację seksualną, czy równościową i nie będą podatne na ideologiczne treści, jakie chciałby przekazywać minister edukacji Przemysław Czarnek, np. na historii i teraźniejszości, nowym szkolnym przedmiocie.

W ten sposób szkoła prywatna nie jest już czymś ekstra, tylko szukaniem spokoju i normalności. I widać to też po uczniach, którzy tu chodzą. - Zmienił się status społeczny. Do prywatnych szkół, jak nasze, nie chodzą tylko ci najbogatsi. Czesne to 600 zł, rodzice przeznaczali 500 plus i niewiele musieli ponadto dopłacić, by ich dziecko uczyło się w małej szkole i małych grupach. Często też dziadkowie finansują tę edukację wnukom - opowiada Wontek.

Według dr Joanny Miksy, socjolożki, etyczki z Uniwersytetu Łódzkiego, to dobrze, że rodzice mają wybór, jest jednak jedno "ale". Edukacja w Polsce powinna być publiczna i nieodpłatna, a dostęp do niej - równy. - Publiczna szkoła przestaje istnieć na naszych oczach i my jako społeczeństwo do tego dopuściliśmy. Nie tylko politycy są winni, bo oni nie biorą się z próżni, my ich wybieramy – oceniła w rozmowie z radiozet.pl dr Miksa.

Jej zdaniem w trakcie transformacji w latach 90. zostawialiśmy duży margines godzenia się na nierówności społeczne, bo nie wyobrażaliśmy sobie, że one zajdą tak daleko. - W społeczeństwie wolnorynkowym różnice społeczne zawsze będą. Tylko teraz przeszły na inny poziom, dotyczą startu społecznego - ocenia i stwierdza: - W najgorszej wersji będzie tak, że nic się nie stanie, czyli nie nastąpi żadna dyskusja na temat oświaty i walka o szkołę publiczną, która będzie powoli podlegać erozji. Z czasem bogaci i ci lepiej sytuowani będą mieli dobre szkoły, a biedni swoje i będziemy w stanie małej wojny domowej.

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET