`
Roman Maksimow
Roman Maksimow przeprowadził się z Naddniestrza do Polski
fot: Magdalena Barszczak
FAN POLSKI W WARSZAWIE

Uciekł z kraju, którego nie ma na mapie. "Postanowiłem, że nie chcę tracić życia"

22.09.2021 22:14

Przez 27 lat żył w Naddniestrzu - kraju, którego oficjalnie nie ma na mapie. - Kiedy przekroczyłem granicę, zdałem sobie sprawę, w jakiej zaściankowości i zamknięciu umysłowym żyłem - mówi nam Roman Maksimow, który kilka miesięcy temu przeprowadził się do Warszawy, a języka nauczył się z YouTube’a i książek. Z "fanem Polski" rozmawiamy o jego ucieczce ze Wschodu do "Europy" i różnicach w postrzeganiu świata przez Polaków i mieszkańców Naddniestrza.

Zanim został przewodnikiem turystycznym w Naddniestrzu, kraju uznawanym tylko przez Abchazję i Osetię Południową, Roman był kelnerem w jego stolicy, Tyraspolu. Dziwił się, jak wiele osób przekracza granicę, która nie istnieje i pragnie poznać ten "postsowiecki skansen". Ostatecznie pracę w gastronomii rzucił i zaczął pokazywać przyjezdnym miejsce, w którym się urodził. Wśród turystów było wielu Polaków zafascynowanych quasi-państwem położonym między Mołdawią a Ukrainą, a oficjalnie należącym do tej pierwszej. Kiedy w 2015 roku po wizycie w Warszawie po raz pierwszy posmakował "europejskiego świata", zapragnął nauczyć się polskiego. A skoro nie mógł wyjechać, korzystał z internetu, radia i książek. Szło mu na tyle dobrze, że założył kanał na YouTubie, za pośrednictwem którego, jako "Roman Fan Polszy", relacjonował swoje życie w Naddniestrzu i wyjazdy do Polski. Powoli zaczął marzyć o wyprowadzce z Tyraspola i wyjeździe nad Wisłę. Decyzja podjęła się sama, kiedy w czasie pandemii razem ze znajomymi urządził imprezę. Został aresztowany i pobity przez OMON (Oddział Milicji Specjalnego Przeznaczenia, jednostka sił specjalnych – red.). Wtedy pomyślał, teraz albo nigdy. Pod koniec 2020 roku był już w Warszawie.

Kilka miesięcy później z Romanem spotykam się na bulwarach wiślanych, w miejscu dla niego symbolicznym, niedaleko jego ulubionego mostu Świętokrzyskiego. To pierwsza przeprawa, którą przekroczył w stolicy. Co mu się tu podoba? Oczywiście ścieżki rowerowe. Lubi też atmosferę „schodków nad Wisłą”, które skupiają dużo młodzieży. Takich obrazków nie ma w Naddniestrzu, skąd młodzi ludzie wyjeżdżają za chlebem. Zanim usiądziemy porozmawiać, i w trakcie naszej sesji fotograficznej, Romana rozpoznaje i pozdrawia kilka osób, choć on sam twierdzi, że w Warszawie czuje się raczej anonimowy.

Roman Maksimow
Roman w swoim żywiole, oprowadzając turystów po Naddniestrzu
fot. Archiwum prywatne
Roman Maksimow
Fot. Archiwum prywatne
Roman w swoim żywiole, oprowadzając turystów po Naddniestrzu

Magdalena Barszczak: Oprowadzałeś turystów po Naddniestrzu. Jak stałeś się fanem Polski? 

Roman Maksimow: Zaczęło się od mojej pracy w gastronomii. Nie podobała mi się praca kelnera. Poznałem Amerykanina, który w Naddniestrzu znalazł żonę. On zaczął oprowadzać turystów, bo nikt wcześniej nie wpadł na ten pomysł. Uczyłem się angielskiego, więc zacząłem pracować z turystami, pokazywałem im Naddniestrze. Spotkałem wtedy Polaka - Bartka (autor kanału na YouTubie „Bez Planu” – red.), który był tam już kilka razy. Podobało mu się bycie jedynym turystą w kraju, do którego wszyscy boją się pojechać, bo czytają za dużo informacji w internecie. Pewnego razu napiliśmy się naszego naddniestrzańskiego koniaku i zaprosił mnie do siebie do Legionowa. Tam mieszkałem, ale codziennie przyjeżdżałem do Warszawy, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Tak jak gościnność Bartka, który przy czwartym naszym spotkaniu powiedział, że mogę u niego nocować. To był szok dla mnie.

To była twoja pierwsza styczność z Polską?

Tak. Mieszkałem u Bartka dwa tygodnie. Pamiętam, jak mnie drażniło, kiedy wychodziłem na ulicę i nie mogłem nic zrozumieć, mimo że polski język jest bliski rosyjskiemu. Kiedy przyjechałem do domu, stwierdziłem, że skoro sam się nauczyłem angielskiego, to tam radę nauczyć się też polskiego. Poznałem alfabet, jak się czyta “rz”, “sz”, “ą”, “ę”.

Ile czasu zajęło ci nauczenie się polskiego?

Nadal się uczę, czytam książki, staram się przynajmniej 10 stron dziennie po polsku przeczytać. Kiedyś po angielsku gadałem prawie codziennie, i po rosyjsku też. Jak teraz rozmawiam ze swoim znajomym Amerykaninem, to brakuje mi słów. Jak nie ćwiczysz, to po prostu tracisz nawyk. Słyszę rosyjski czy ukraiński oczywiście, ale tylko z mamą gadam po rosyjsku, i to rzadko. Staram się zagłębić w język polski maksymalnie, żeby jeszcze więcej słówek się nauczyć, żeby polski był jak najbardziej aktywnym językiem. Jak teraz rozmawiam z mamą, to szybciej do głowy przychodzi mi słowo polskie niż rosyjskie.

Idzie ci naprawdę dobrze. Widzę też postępy językowe w twoich filmach w porównaniu do tych jeszcze z Naddniestrza.

Dzięki. (śmiech)

Roman Maksimow
"Fan Polski" pracował jako przewodnik turystyczny
fot. Archiwum prywatne
Fot.

Po raz pierwszy przyjechałeś do Polski w 2015 roku. Jakie były twoje wrażenia?

Ja nie jestem Mołdawianinem, ale mam mołdawski paszport. Obywatele Mołdawii, którzy posiadają taki dokument, dostali możliwość wyjazdu do Unii. Mołdawia nie jest słowiańskim krajem, ale mieszka tam dużo osób rosyjskojęzycznych. I wtedy zdałem sobie sprawę, że mogę gdzieś wyjechać, opuścić ten rosyjskojęzyczny świat. Kiedy Bartek mnie zaprosił do Polski, pomyślałem, że będzie to pierwszy kraj, w którym ludzie nie rozmawiają po rosyjsku. Taki inny, europejski. U nas na Wschodzie mówi się “pojechać do Europy”, czyli przekroczyć granicę Unii Europejskiej. Wygooglowałem sobie najtańszy sposób i pojechałem z przesiadkami, żeby zobaczyć, jak się zmienia krajobraz i infrastruktura. Trasa wiodła przez Odessę do Lwowa i stamtąd busem do granicy z Polską. Zdałem sobie sprawę, jak to jest blisko i że żyłem w takiej zaściankowości i zamknięciu umysłowym. Myślałem wręcz, że ja mieszkam gdzieś w głębi Rosji.

Wcześniej nie podróżowałeś za granicę?

Nigdy w życiu. Naddniestrze to jest wąski pas ziemi, granice są w lewej i z prawej strony. W ciągu godziny można rowerem dojechać od granicy z Mołdawią do granicy z Ukrainą. Oczywiście, to może nie być poprawne politycznie, ale jak jadę na Ukrainę, to rozmawiam w tym samym języku, widzę te same przyzwyczajenia dotyczące urządzania kraju. Drogi są tej samej jakości. No dobra, może w Naddniestrzu troszkę lepsze. Ale np. malowanie krawężników i drzew na biało, wszędzie łabędzie z opon w mieście, to jest ta sama kultura wschodnia, była Ruś. Tak samo, kiedy wyjeżdżałem do Mołdawii, chociaż sprawdzali paszporty, to dalej rozmawiałem ze wszystkimi po rosyjsku i nie czułem, jakbym gdzieś wyjechał.

Zdałem sobie sprawę, jak to jest blisko i że żyłem w takiej zaściankowości i zamknięciu umysłowym. Myślałem wręcz, że ja mieszkam gdzieś w głębi Rosji

Czy jest coś, co cię zaskoczyło po pierwszym przyjeździe do Polski?

Uświadomiłem sobie, że granica z Unią Europejską to jest granica byłego ZSRR. Moi rodzice nie wyjeżdżali nigdy ze Związku Radzieckiego. Zdałem sobie sprawę, że nie każdy mógł stamtąd wyjechać i że ja jestem tą pierwszą osobą i pierwszym pokoleniem, które ma taką możliwość. Mogę po prostu włożyć paszport do kieszeni i pojechać. Moja babcia, która ogląda rosyjską telewizję, mówiła, że Polska to “trochę lepsza Ukraina”- z lepszymi drogami.

Spodziewałeś się w takim razie “trochę lepszej Ukrainy”?

Tak, myślałem, że tylko drogi będą lepsze, a okazało się, że zachowanie ludzi się zmieniło. To mnie uderzyło. Nawet na tym przygranicznym terytorium. Wszedłem do busa na Ukrainie i zapytałem ludzi, dokąd jedzie. Człowiek na mnie popatrzył i coś powiedział pod nosem, żadnej informacji, czuć było taką nienawiść. W Polsce chciałem zjeść, bo stałem na granicy trzy godziny. Wszedłem do zwykłego baru mlecznego, nie żadnej restauracji, a pani zareagowała głośno: “witam, zapraszam, smacznego życzę”. Pomyślałem: wow, ludzie są pewni siebie, krzyczą, rozmawiają z tobą, chcą to robić. Nie każdy widzi tę różnicę. Oczywiście znajdą się tutaj też osoby niemiłe, a tam też są osoby otwarte i miłe, ale to się zdarza. Chodzi o procent. Uderzyło mnie też, na ile tanio można podróżować. Przyjechałem tu po raz pierwszy za około 25 dolarów. Tyle wydałem na całą podróż z Naddniestrza do Warszawy. Wtedy jeszcze był Polski Bus i można było z Rzeszowa dojechać do Warszawy za jakieś 10 zł.

Roman Maksimow
Tyraspol, stolica Naddniestrza, to relikt minionej epoki
fot. Archiwum prywatne
Roman Maksimow
Fot. Archiwum prywatne
Tyraspol, stolica Naddniestrza, to relikt minionej epoki

Dlaczego Warszawa? Są w Polsce miejsca tańsze do życia niż stolica…

Wydaje mi się, że dlatego, że pochodzę z mniejszego miasta, Tyraspola. W rosyjskojęzycznym świecie mniejsze miasto ma 100 tysięcy mieszkańców. My nawet nie mamy tam centrum handlowego. Do najbliższego jest 70 km, do Kiszyniowa. Mieszka tam prawie milion osób, mają trzy McDonaldy i jedno centrum handlowe. W Polsce to nawet miasta liczące 100 tysięcy mieszkańców już mają dwa centra handlowe, Kielce na przykład. Podoba mi się tutaj ta anonimowość, jakkolwiek by to śmiesznie nie brzmiało, dlatego że ludzie rozpoznają mnie jednak na ulicach. To, że ludzie tutaj są pewni siebie, nie obchodzi ich, jak wyglądasz, jak się zachowujesz. Jest taka pewność siebie w powietrzu, ludzie mają taki spokój, luz, wiedzą, co będzie jutro, wiedzą, co będą robili za godzinę. Na Wschodzie jest trochę takiego stresu w powietrzu. Ja cały czas tam czułem taką agresję i stres.

Skąd ten stres i agresja się biorą?

Mogę liczby podać? 800 zł miesięcznie, a ceny są takie same jak tutaj. No i oczywiście niezaplanowane życie. Na Wschodzie nie mamy rozkładów jazdy na przystankach i tak samo nie mamy rozkładu jazdy swojego życia.

Nie możecie sprawdzić rozkładów?

Nie, jak przyjeżdża, to przyjeżdża. Przychodzisz na przystanek, stoisz i czekasz . Pytasz kierowcę, czy jedzie w danym kierunku i wsiadasz. Są oczywiście wyznaczone trasy, ale wiele osób nie zna numerów, a jak przyjeżdża się do miasta pierwszy raz, to nie ma szans, żeby sobie poradzić. Jak nie czytasz cyrylicy albo nie znasz miasta, to trzeba pytać kierowcę. No i to powoduje stres. Wydaje mi się, że nie tylko to, tylko ogólnie wschodni styl życia.

Roman Maksimow
Uciekł z rosyjskojęzycznego świata do "Europy"
fot. Alexandru Vengher
Fot.

Styl życia Polaków jest inny niż styl życia mieszkańców Naddniestrza?

Ja za dużo porównuję, czasem nawet męcząc innych ludzi. To jest dla mnie ciekawe, chociaż niektórzy są już zmęczeni tym porównywaniem i mówią, że ludzie są wszędzie tacy sami. Jesteśmy bardzo podobni, ale jednak mentalnie tworzy nas otoczenie. Mnie się wydaje, że bardzo się różnimy. Jak słyszę rosyjski język, to już wiem, czego mogę się spodziewać. Tak samo, jak słyszę polski język. Podobnie z angielskim. Wynika to z pracy z ludźmi oczywiście. Do Naddniestrza cały czas ktoś przyjeżdżał z wielu różnych krajów. Z mojego punktu widzenia ludzie tutaj zachowują się bardziej spokojnie, wręcz ignorują innych, ty jesteś człowiekiem, masz swoje prawa. U nas na początku ludzie sprawdzają, czy jesteś człowiekiem, którego można wykorzystać, mówiąc wprost, frajerem. Nie mogę powiedzieć, że tu jest inaczej, ale na początku ludzie się szanują nawzajem. Na Wschodzie ich mowa ciała pokazuje: “a kim ty jesteś?”...

Czyli patrzą z wyższością?

Tak, jak potwierdzisz, kim jesteś w ich hierarchii, to wtedy już będą tak traktowali cię do końca życia. To jest ciekawe, że na Wschodzie trzeba było się pokazywać cały czas, kontrolować swoje zachowanie, nie okazywać żadnej słabości.

Kiedy Bartek mnie zaprosił do Polski, pomyślałem, że będzie to pierwszy kraj, w którym ludzie nie rozmawiają po rosyjsku. Taki inny, europejski. U nas na Wschodzie mówi się “pojechać do Europy”, czyli przekroczyć granicę Unii Europejskiej

To musi być strasznie ciężka praca…

Na Wschodzie w miastach ludzie mogą mieszkać z mamą, ale muszą mieć wypasiony samochód. Chcą się pokazać na ulicy. Tutaj pod tym względem jest luz.

A czy w Warszawie jest coś, czego nie można zobaczyć w Tyraspolu?

Akurat Warszawa jest ciekawa pod tym względem, bo można zobaczyć tutaj i Wschód, i Zachód w jednym mieście. Można np. pojechać na Pragę i zobaczyć krajobrazy jak w Odessie, albo na Rondo Daszyńskiego czy plac Europejski, i tam to już w ogóle Nowy Jork. (śmiech)

Czyli kontrasty…

Tak. Warszawa jest idealnym miastem dla mnie, dlatego że rozmawiam po rosyjsku, po polsku i angielsku, i te wszystkie języki tutaj funkcjonują.

Roman Maksimow
Roman ścieżki rowerowe zobaczył po raz pierwszy w Polsce
fot. Magdalena Barszczak
Roman Maksimow
Fot. Magdalena Barszczak
Roman ścieżki rowerowe zobaczył po raz pierwszy w Polsce

Spotkaliśmy się przy Pomniku Syreny, niedaleko jest Stare Miasto. Jestem ciekawa, na ile, przyjeżdżając do Warszawy, znasz jej historię?

Muszę przyznać, że inaczej patrzyłem na Polskę, kiedy przyjechałem tutaj po raz pierwszy. Nie patrzyłem w ogóle pod kątem historycznym. Jako osoba, która pracowała jako przewodnik turystyczny, miałem dość historii i muzeów, takich typowo turystycznych rzeczy i starałem się je omijać. Patrzyłem, co tu jest takiego, czego u nas brakuje na Wschodzie, czyli na rozwój czy infrastrukturę, np. ścieżki rowerowe. Ja cały czas o tym mówię, że ścieżki rowerowe zobaczyłem po raz pierwszy w Polsce. Dla mnie jako osoby, która dużo jeździ na rowerze, to jest super sprawa. Nie mogę oczywiście cały czas się zachwycać infrastrukturą miasta, choć cały czas czuję, że mam tu o wiele bardziej komfortowe i swobodne życie. Wybudowałem taką wewnętrzną wolność. Nikogo nie obchodzi, co robisz i jak wyglądasz, bo w Naddniestrzu czułem, że cały czas ktoś patrzy. Teraz już doszedłem do momentu, w którym chciałbym nauczyć się historii tego miasta. Interesuje się architekturą, historią, jak powstał dany budynek.

Niektórym przeszkadza pęd życia w Warszawie. Mówi się, że ludzie zarabiają dużo, a nie mają czasu wolnego. Co o tym sądzisz?

Wydaje mi się, że Polak tak myśli. Dla mnie w Odessie żyje się szybciej niż w Warszawie. Niedawno nagrałem serię ze swoimi rodzicami i nawet oni powiedzieli: "jak tu ludzie powoli idą". Nawet teraz zobacz (Roman wskazuje na ludzi idących bulwarami wiślanymi), jak wszyscy wolno idą. No dobra, pamiętam jak o 7.00 rano przed pandemią smutni ludzie się spieszyli (śmiech), ale to jakaś część społeczeństwa. Zapraszam do Kijowa czy Odessy, czy jakiegokolwiek miasta na Wschodzie, tam ludzie biegną, bo oni nie mogą zaplanować dnia, nie ma tam wygody życia.

Wybudowałem taką wewnętrzną wolność. Nikogo nie obchodzi, co robisz i jak wyglądasz, bo w Naddniestrzu czułem, że cały czas ktoś patrzy

Skoro mówimy o wygodzie życia, jak to jest urodzić się w kraju, którego nie ma oficjalnie na mapie?

Ja nigdy nie zdawałem sobie sprawy, że to jest taki wyjątkowy kraj, zanim turyści nie zaczęli przyjeżdżać. Związek Radziecki był wszędzie podobny do siebie. Ta “terapia szokowa” (reformy gospodarcze wprowadzane w możliwie szybki sposób - red.) w Polsce w latach 90. przyniosła kryzys oczywiście, ale dzisiejsza sytuacja jest super w porównaniu ze Wschodem, gdzie nadal rządzi mafia i jest potężna korupcja. To powoduje, że u nas rządzą oligarchowie. Naddniestrze jest tego dobrym przykładem. Tam istnieje tylko firma Sheriff, za którą stoi człowiek, który ma wszystko - stacje benzynowe, sieć komórkową, supermarkety, cały kraj. Naddniestrze też się zmienia. Ale tam ludzie są bardzo pasywni, a młodzież wyjeżdża, więc zmiany wciela w życie tam Sheriff. Centrum Tyraspolu teraz ładnie wygląda, są ogólnodostępne boiska, ale to jest takie na pokaz, po rosyjsku. Nie czuję dumy, że to naród zrobił, tylko ten jeden oligarcha, który ma bardzo dużo kasy, i tyle. Polska się zmienia siłą ludzi, jest taki duch obywatelski.

Czym się zajmują młodzi ludzie w Tyraspolu, z czego żyją?

Wielu ludzi pracuje jako taksówkarze, inni w firmie Sheriff, która zatrudnia bardzo dużo osób. Niektórzy mieszkańcy Naddniestrza jeżdżą do Moskwy popracować, a potem wracają na pół roku do domu.

Ile zarabiają ludzie w Naddniestrzu? 

Przeciętny mieszkaniec zarabia 200 euro miesięcznie, a w Moskwie da się zarobić naraz tysiąc euro.

Roman Maksimow
W Naddniestrzu istnieje tylko jedna firma Sheriff. Stoi za nią człowiek, który ma wszystko
fot. Archiwum prywatne
Roman Maksimow
Fot. Archiwum prywatne
W Naddniestrzu istnieje tylko jedna firma Sheriff. Stoi za nią człowiek, który ma wszystko

Ty postanowiłeś przyjechać do Polski. Czy to była bardziej przeprowadzka czy ucieczka?

Już od momentu, kiedy pracowałem w gastronomii w Naddniestrzu, marzyłem, żeby wyjechać. Nie jestem pod tym względem jakimś wyjątkiem, dlatego że taka jest filozofia wśród młodzieży. Uciec. Wydaje mi się, że dotyczy to nie tylko Naddniestrza, ale też Mołdawii czy Ukrainy.

Uciec za granicę?

Tak. Wyjechać gdzieś. Bardzo dużo osób wyjeżdża. Kiedyś, zanim osobom z mołdawskim paszportem otworzyli granicę z Unią, popularnym kierunkiem była Moskwa, bo tam rzeczywiście da się zarobić. Tylko, że tam nie ma stabilności. Jedziesz, pracujesz na budowie u jakiegoś oligarchy, który ma kontakty. Ale to jest skorumpowany kraj, nie oszukujmy się, więc może przyjść i powiedzieć: “nie mam pensji dla ciebie, do widzenia i tak nielegalnie pracujesz”. Dużo osób nielegalnie pracuje. Na całym Wschodzie pojawiło się dużo ogłoszeń o pracy w Polsce, więc ludzie wolą jechać do Europy, dlatego że przynajmniej mają stabilność, choć mniej zarabiają. W Moskwie da się zarobić więcej, dlatego że tam ludzie kombinują, oszukują, nie płacą podatków.

Roman Maksimow
Przez 27 lat żył w Naddniestrzu - kraju, którego oficjalnie nie ma na mapie
fot. Archiwum prywatne
Roman Maksimow
Fot. Archiwum prywatne
Przez 27 lat żył w Naddniestrzu - kraju, którego oficjalnie nie ma na mapie

Ale to nie kwestie zarobkowe ostatecznie przesądziły o twoim wyjeździe?

To już była ucieczka. Przyszła pandemia. Utrzymywałem się z tego, co zarobiłem wcześniej, trochę z YouTube’a. Patronite pomagał bardzo, ale turystów nie było. Nudziłem się. Raz zorganizowaliśmy imprezę poza miastem na opuszczonej farmie, która była otwarta i znajdowała się daleko od zabudowań. Przyjechało około 30 policjantów, aresztowali nas i pobili, leżeliśmy na ziemi.

Za co?

Dobrze pokazane jest to w odcinku “Dlaczego nie wrócę już do Naddniestrza” na moim kanale. Oni myśleli, że mamy narkotyki, chociaż nikt nie miał, nic nie znaleźli. I zamiast odpuścić, stworzyli reportaż w telewizji naddniestrzańskiej. Powiedzieli, że to jest wydarzenie sfinansowane przez Unię Europejską, bo ja byłem tam, a pracowałem z turystami, i że celem było zdemoralizowanie naszej młodzieży. (śmiech)

Śmiejesz się, ale przyznasz, że to nie brzmi wesoło...

Każda osoba ze Wschodu ma taką ironię, czarny humor w sobie. Urodziliśmy się z tym. Pokazali butelki z piwem, napoje energetyczne i prezerwatywy, jakby to było coś nielegalnego. Pytali, gdzie byli nasi rodzice, a każdy miał 18 lat. Ci ludzie już dawno z rodzicami nie mieszkają. Wtedy na komisariacie, po tym, jak tak nas potraktowali, postanowiłem, że nie chcę już mieszkać w żadnym kraju na Wschodzie i tracić swojego życia.

Oglądaj

(Wzdłuż Wisły przejeżdża radiowóz policyjny). Żyjąc już teraz w Polsce, masz czasami taką obawę, że jakiś policjant źle cię potraktuje?

Miałem taki odruch, jak widziałem policję, że zaraz ktoś podejdzie do nas. Polacy tego nie czują. Od niektórych słyszę wręcz, że to dobrze, że jeżdżą, reagują na patologie. Na Wschodzie to jest nie do pomyślenia, żeby ktoś tak powiedział.

„W tym kraju można zostać zatrzymanym za to, że tańczysz” – powiedziałeś w jednym z filmów, w którym wyjaśniasz swoją decyzję o wyjeździe. Czy ty kiedyś wrócisz do Naddniestrza?

Możliwe, że wrócę zwiedzać, ale mieszkać - nigdy w życiu. Teraz z mamą już drugi rok czekamy na rumuński paszport.. To jest dokument unijny, który pozwoli mi legalnie pracować za granicą, założyć działalność. Bez niego trzeba wizę wyrabiać, załatwiać kartę pobytu, jest dużo komplikacji.

Przyjechałeś do Polski w środku pandemii. Dało się zauważyć różnice w podejściu mieszkańców Naddniestrza i Polski do tej kwestii?

Przyjechałem w najgorszym czasie, w Polsce było dużo restrykcji. Pamiętam, że jeszcze na Ukrainie zdążyłem we Lwowie napić się kawy, którą przyniósł kelner. Kiedy przyjechałem do Polski, wszyscy byli w maskach. Jeszcze jechałem w busie pełnym ludzi, którzy byli bez masek, albo z maskami na brodzie. W Europie ludzie są bardziej posłuszni. Dostałem może nie depresji, ale niechęci do działania. Myślałem, że wyjadę i co tydzień nagram przynajmniej jeden filmik. A tu zima i żadnej inspiracji. Wydaje mi się, że youtuber lub jakakolwiek osoba twórcza inspiruje się, kiedy gdzieś wyjeżdża i poznaje innych ludzi, ja tak miałem. A jak siedzisz w domu cały czas, to jesteś oderwany od świata i nie wiesz, co ludzi interesuje.

Roman Maksimow
Youtuber, który przeprowadził się z Naddniestrza, w Warszawie czuje się anonimowy
fot. Magdalena Barszczak
Roman Maksimow
Fot. Magdalena Barszczak
Youtuber, który przeprowadził się z Naddniestrza, w Warszawie czuje się anonimowy

Wracając do twojej ucieczki. Jak rodzice zareagowali na decyzję o przeprowadzce?

Pozytywnie. Po wizycie na komisariacie wtedy o 7.00 rano pierwsze, co zrobiłem, to pojechałem do nich opowiedzieć, co się wydarzyło. Mój ojciec powiedział: “uciekaj”, “nie czekaj na otwarcie granic i turystów”. Ja dobrze zarabiałem w Naddniestrzu, lepiej niż przeciętny mieszkaniec, turyści nie płacili w rublach. (śmiech) Ale postanowiłem, że trzeba zacząć nowe życie.

Każda osoba ze Wschodu ma taką ironię, czarny humor w sobie. Urodziliśmy się z tym

Niedawno odwiedzili cię rodzice. Mówiłeś, że nie wyjeżdżali wcześniej z rosyjskojęzycznego świata...

Cieszę się, że przyjechali. Mój ojciec nie wierzył, że jeszcze gdziekolwiek pojedzie. Siedział w domu i mógł zobaczyć jedynie, jak podróżują inni wlogerzy. On ma mołdawski paszport, więc może podróżować, natomiast o rumuński się nie ubiega. Mojej mamy babcia urodziła się w Mołdawii, a rodzina ojca pochodzi z Rosji czy Ukrainy, więc dla niego to byłaby ciężka praca, udowodnić, że ma bliskich, którzy byli związani z byłą Rumunią.

I jak wrażenia? Co im się podobało?

Wszystko im się podobało. Ja zwiedzając z nimi, jeszcze raz przeżyłem te swoje pierwsze przyjazdy do Polski. To był ten sam szok. Byliśmy w restauracji na śniadaniu i podeszła do nas kelnerka, tańcząc. Moja mama była pod wrażeniem, że ta kobieta była taka wyluzowana i pewna siebie. Zaczęła z nami gadać, jakbyśmy byli przyjaciółmi. U nas przepraszają, że żyją. Moi rodzice krępowali się, jak wchodzili do lokali, pytali, czy nie przeszkadzają. Mój tata przestraszony pytał, czy może wziąć sosy w restauracji, czy nikt mu nic nie powie.

Roman Maksimow
Roman w stolicy lubi atmosferę "schodków nad Wisłą"
fot. Magdalena Barszczak
Fot.

Skąd te obawy?

Na Wschodzie zaczepiają ludzi, po prostu. To zostało po komunizmie, że życie każdego, to nasze wspólne życie. Ja sam walczę z tym. I przyzwyczajam się, że tu nikt nigdy nic nie powie, że i ja sam nie powinienem nikomu zwracać uwagi na cokolwiek. Może oni myślą na Wschodzie, że to jest miłe z ich strony, ale dla mnie jest meczące - żyć w takim otoczeniu, które cały czas mówi, co jest normą, a co nie.

Mówiłeś, że ludzie w Naddniestrzu nie uśmiechają się w urzędach czy restauracjach do klientów…

Bardziej jest takie nastawienie, że boją się otworzyć na ludzi, boją się ludzi. Ja sam pracowałem w gastronomii cztery lata i moja szefowa mówiła: "musicie być meblami, szarymi myszkami". Pamiętam, że rozmawiałem z klientami, a ona komentowała potem: "dlaczego tak głośno rozmawiasz, pokazujesz za dużo emocji". Surowa była, ale miała też swoje kompleksy. Miałem nieciekawe doświadczenia pracy w gastronomii i teraz mam taki lęk przed tym. Jest różnica i cały czas ją czuję, jak jadę do Naddniestrza i wracam.

Było coś, co się nie podobało twoim rodzicom w Polsce?

Pamiętam, że jeszcze przed pandemią, kiedy powstał pomysł, że rodzice przyjadą do Polski, to dostawałem codziennie maile z zaproszeniami. Jak już byli tutaj, to nie dostałem żadnego, przykro trochę. Chciałem, żeby ktoś ze starszych osób ich zaprosił i żeby oni sobie pogadali z kimś w swoim wieku. Wcześniej ktoś zapraszał na wieś, domek, ale tamte maile straciłem. Było spotkanie, ale z moimi rówieśnikami we Wrocławiu, podczas którego doszło do zaczepki, było śmiesznie. Mój ojciec nie ogląda telewizji, jest bardzo postępowy pod tym względem, dużo czyta, orientuje się, co się dzieje w świecie. Ta podróż była dla niego potwierdzeniem, że europejski świat wygląda inaczej, a ludzie inaczej się zachowują. Opowiadał o II wojnie światowej i ktoś to usłyszał. “Nie jesteście naszymi braćmi” - powiedział. Mój tata nawet nie jest Rosjaninem, no może etnicznie jest, ale cały czas mieszkał w Mołdawii. Nie zwracaliśmy na to uwagi, bo oczywiście alkohol robi swoje. A ten człowiek, szybko zrozumiał i przeprosił. A co im się nie spodobało? Że nie mogą tutaj zostać. (śmiech) Ojciec rzadko pisze, ale mama codziennie pyta: „może przyjedziemy jeszcze raz?”. I prosi mnie o zdjęcia.

Roman Maksimow
"Fan Polski" znalazł dom w Warszawie
fot. Magdalena Barszczak
Fot.

Myślisz, że odnaleźliby się tutaj?

Mój tata miał kiedyś małą siłownię w Naddniestrzu, całe życie był trenerem. Nigdy nie inwestował w nią, więc kiedy pojawiły się siłownie oferujące więcej w tej samej cenie, musiał ją zamknąć. Teraz na emeryturze pracuje dorywczo, więc on by się zgodził na jakąkolwiek siedzącą pracę, żeby tutaj mieszkać. On ma dobre przemyślenia. Napisał książkę o tym, jak walczył o Naddniestrze i mieszkał na Syberii przez pięć lat, bo służył w szkole wojskowej. Szukam teraz osoby, która ją dobrze przetłumaczy na polski. Moja mama to zupełnie inna historia. Ona sobie poradzi, ja mogę ją tutaj zostawić w Warszawie, a ona już za tydzień będzie miała przyjaciół i pracę.

Twój tata mówił, że są różnice między tym, jak się noszą kobiety w Warszawie i Tyraspolu? Zgadzasz się z tym?

Kobiety na Wschodzie poświęcają o wiele więcej czasu swojemu wyglądowi, zanim wyjdą na ulicę, chodzi o reputację. Różni się też wychowanie dzieci. Jak jesteś chłopakiem, nie ma problemu, możesz być, jaki chcesz. U nas się mówi: “przecież jesteś dziewczyną”, czyli powinnaś tak wyglądać, powinnaś tak zrobić. Podobnie u chłopaków: “przecież jesteś mężczyzną”, to musisz jej pomóc, wziąć ten plecak, musisz zanieść jej kwiaty. Jest presja rodziców. Dobre powiedzenie jest w Polsce: „Musi to na Rusi”. Zgadzam się z nim.

Pytałam o rodziców, a jak zareagowali twoi rówieśnicy na decyzję o wyjeździe z Naddniestrza?

Ludzie w moim wieku zazwyczaj opuszczają Naddniestrze, więc nie byli zaskoczeni. Nie było żadnych imprez pożegnalnych, no dobra wypiliśmy trochę. Ci, którzy zostali, powiedzieli z zazdrością, że kiedyś nadejdzie ich czas. To jest powszechne, co roku ktoś ucieka.

Roman Maksimow
Naddniestrze bywa nazywane "skansenem komunizmu"
fot. Archiwum prywatne
Fot.

Często mówisz o propagandzie. Były takie osoby, które patrzyły nieufnie, kiedy się dowiedziały, że chcesz zamieszkać w Polsce?

Starsi ludzie. Moja babcia na przykład, mama ojca. Jej już nie da się przekonać. Jak przyjeżdżałem i opowiadałem o Polsce, odpowiadała: “w Moskwie też to jest”. Ona myśli, że ja ją obrażam w jakiś sposób, a ja jej mówię, że jaram się tym, co jest w Polsce, a czego nie ma w naszym mieście. A ona czuje, że jeśli w Moskwie coś jest, tzn., że u nas też. Znam wiele takich osób, ale nie gadam z nimi na tematy polityczne. Na Wschodzie temat polityczny nie jest tak powszechny jak w Polsce. W Polsce można kogoś poznać i po drugim zdaniu zaczyna się polityka.

Co masz na myśli?

Poznaję kogoś: “o Roman, cześć, oglądałem twoje filmiki, jak ci się podoba w Polsce?”. “Bardzo mi się podoba, jest fajnie, spokojnie”. “A wiesz, Roman, kiedyś u nas tak nie było, my też się kierujemy w stronę Rosji i niedługo będzie tak jak u was”. Ja tu się cieszę życiem, a nie chcę słuchać o problemach... A potem już oczekujesz od ludzi takiego narzekania.

Narzekanie jest wadą Polaków?

Nie wiem, może dlatego Polska jest taka, jaka jest. Każdy się martwi. Na Wschodzie jest taka obojętność przesadna, która też jest zła. Niech oni robią, a my sobie żyjemy, sami sobie poradzimy. Widzę wyniki, Polska lepiej sobie radzi.

Roman Maksimow
Most Świętokrzyski to pierwsza przeprawa, którą przekroczył w stolicy
fot. Magdalena Barszczak
Roman Maksimow
Fot. Magdalena Barszczak
Most Świętokrzyski to pierwsza przeprawa, którą przekroczył w stolicy

Bardzo często podróżujesz po Polsce. Są jakieś kierunki, do których wracasz czy starasz się poznawać nowe miejsca?

To jest spontan. Zazwyczaj jadę z kimś, kto ma pomysł albo zaprasza, jak odbywa się np. jakiś festiwal muzyczny. Kiedy napiszę, że jadę, gdziekolwiek, to może być jakiekolwiek polskie miasto albo wieś, na pewno dostanę wiadomość: "Roman, po co tam jedziesz, tam nic nie ma”, zazwyczaj od miejscowych. A ja przyjeżdżam i jednak są rzeczy do oglądania.

Polacy tak "zachwalają" swoje miasta?

Zniechęcają. Jak się nauczyłem polskiego, bo dużo podróżowałam autostopem, zanim zacząłem nagrywać filmy na YouTubie, to pierwsze komentarze Polaków brzmiały: "po co polski język?", "Europa ma tyle do zaoferowania, więc czemu Polska?". Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. Powiedzmy godzinę temu byłem na Ukrainie albo w Mołdawii, przekroczyłem granicę, widzę postęp, a ten smutek ludzi i taka sama wschodnia niechęć do swojego kraju została. Wchodziłem do auta, może nie miałem akcentu, ale myliłem słówka i końcówki, coś próbowałem powiedzieć i słyszałem: "po co polski?". Po raz pierwszy byłem zdziwiony, po raz drugi byłem zdziwiony. Taki pesymizm albo sceptycyzm Polaków w stosunku do swojego kraju, to się powtarza. Teraz po prostu ignoruję te komentarze.

Jest taka pewność siebie w powietrzu, ludzie tu mają taki spokój, luz, wiedzą, co będzie jutro, wiedzą, co będą robili za godzinę. Na Wschodzie jest trochę takiego stresu w powietrzu. Ja cały czas tam czułem taką agresję i stres

Jest coś za czym tęsknisz, kiedy myślisz o Naddniestrzu?

Tęsknię za ludźmi, których tam poznałem. Za Amerykaninem, który mieszka w Naddniestrzu, moim najbliższym przyjacielem, ale on może sobie przyjechać tutaj kiedyś. I za tą pracą, bo to była fajna praca, codziennie wyjeżdżałem - albo Mołdawia albo Ukraina. W Naddniestrzu tylko nocowałem. Latem codziennie sprawdzaliśmy, co mamy w kalendarzu. Dzwoniłem do kierowcy, bo mieliśmy swój bus i następnego dnia jechaliśmy do Odessy. Spotykałem nagle 20 osób z różnych krajów. Nie męczyło mnie to, chociaż to była ta sama trasa. Każdy miał swoje spostrzeżenia. Nauczyłem się od turystów patrzeć dookoła i zwracać uwagę na szczegóły.

Jakie masz plany, jeśli chodzi o Polskę, a może planujesz jednak zamieszkać gdzieś za zachodnią granicą?

Chcę zwiedzać. Ja nazywałem podróżowanie w Naddniestrzu “travelling without travel”, czyli podróże bez podróży, bo to turyści do mnie przyjeżdżali. Ale wątpię, żebym miał zamieszkać na Zachodzie. Znowu uczyć się języka i poznawać ludzi? Nie, Warszawa to jest Zachód dla mnie.

Magdalena Barszczak
Magdalena Barszczak

W mediach pracuję od kilkunastu lat. W RadioZET.pl koordynuję serwisy lokalne Wiadomości, wcześniej zdobywałam doświadczenie w TVN i Wirtualnej Polsce. Fascynują mnie ludzkie historie, tematyka psychologiczna i podróżnicza. W wolnych chwilach fotografuję i uciekam do lasu, najchętniej na rowerze.

Wybrane artykuły na RadioZET.pl: 

Polskie miasto hitem po Oscarze dla Kierana Culkina? "Już to dostrzegamy"

Uciekł z kraju, którego nie ma na mapie. "Postanowiłem, że nie chcę tracić życia"

"Biała apokalipsa" sparaliżowała kraj, czyli jak w PRL walczono z zimą stulecia

"Za każdym razem to jest jak śmierć". Atak paniki przeżywa się w ciszy

Kontakt: magdalena.barszczak@radiozet.pl

logo Tu się dzieje