`
zima stulecia
W czynie społecznym tysiące ludzi usuwało śnieg z ulic, dróg i szlaków kolejowych
fot: Narodowe Archiwum Cyfrowe/Archiwum Grażyny Rutowskiej
ŁOPATAMI, SZUFLAMI, CZYM SIĘ DA

"Biała apokalipsa" sparaliżowała kraj, czyli jak w PRL walczono z zimą stulecia

30.12.2021 23:54

W 1978 roku Karol Wojtyła został papieżem, Mirosław Hermaszewski poleciał w kosmos, a Wanda Rutkiewicz zdobyła Mount Everest. Tego roku Polskę nawiedził też kataklizm, który obnażył nieudolność komunistycznej władzy. Podczas pamiętnej zimy stulecia śnieżyce i siarczysty mróz sparaliżowały cały kraj, zaskoczyły drogowców i nie tylko nich. Nic już potem nie było takie jak wcześniej.

Kiedy 43 lata temu Polacy pałaszowali świąteczne karpie i pierniki, termometry wskazywały jeszcze kilka stopni powyżej zera. Przyszła odwilż. Nic nie zwiastowało katastrofy, która miała nadejść zaledwie kilka dni później. Najpierw mróz ścisnął na północy. Lodowate masy powietrza stopniowo zaczęły napływać nad resztę kraju. Centralną Polskę opanowały około 29 grudnia.

ZACZĘŁO SIĘ W SYLWESTRA

Pani Dorota była studentką Szkoły Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie (dzisiejsze SGH – red.). W 1978 roku miała 20 lat. - Byłam na drugim roku studiów. Nic nie zapowiadało, że w ciągu kilkunastu godzin nastąpi takie załamanie pogody i niespodziewany atak zimy. Parę dni wcześniej temperatura była na plusie i nawet padał deszcz - wspomina.

Tak jak wiele osób planowała zabawę sylwestrową. Tym razem impreza miała odbyć się u niej w domu, na Żoliborzu. - 29 grudnia wybrałam się do koleżanki, żeby ustalić szczegóły. Basia mieszkała na Włościańskiej, a ja na Elbląskiej, więc było niedaleko. Kiedy od niej wracałam po kilku godzinach, śnieg sypał już dosyć gęsty i wiał silny wiatr. Temperatura zaczęła spadać, termometry pokazywały już poniżej 6 stopni na minusie i zaczęły tworzyć się zaspy - opowiada.

Z godziny na godzinę było coraz zimniej, a powietrze zrobiło się białe jak mleko. W Warszawie zima przypuściła zmasowany atak dzień przed sylwestrem. - Dobrze pamiętam ten wieczór. Szedłem do kolegi ulicą Madalińskiego. Chwycił mróz. Temperatura spadła do minus 10 stopni. Potem termometry wskazywały już minus 17 stopni. Nieprzerwanie padał suchy śnieg, wiatr zaś zdmuchiwał go z asfaltu w pryzmy. Pamiętam, jak świat stał się nagle czysty – relacjonuje Jerzy Stanisław Majewski dziennikarz i varsavianista na łamach „Gazety Stołecznej”.

Zima przełomu 1978 i 79 roku była nie tylko mroźna, ale przede wszystkim bardzo śnieżna. W ciągu kilkunastu godzin opady sparaliżowały ruch na ulicach. Tworzyły się kilkumetrowe zaspy, pękały szyny i przestawały kursować tramwaje. W autobusach zamarzały silniki. Częstym obrazkiem z tamtych czasów były tłumy ludzi koczujących na przystankach przy minus 20 stopniach. Trudno było nawet wezwać taksówkę.

31 grudnia, mimo „zimowego armagedonu”, warszawiacy jak co roku planowali huczne zabawy. Z powodu paraliżu miasta dotarcie na sylwestrowe bale i prywatki było utrudnione. Jedni dawali za wygraną i wznosili noworoczne toasty w domu, inni nie poddawali się w nierównej walce z żywiołem.

- Zaprosiliśmy kilka osób mieszkających w różnych częściach Warszawy. Większość naszych znajomych odwołała swój udział w zabawie ze względu na pogodę. Na imprezę dotarły dwie osoby - Basia, która miała niedaleko z Włościańskiej i Maciek, który przyszedł ze Śródmieścia. Wtedy już sypał potężny śnieg i wiał silny wiatr – przywołuje tamten wieczór pani Dorota.

Pan Maciej w 1978 roku miał 24 lata i studiował na Politechnice. - Na sylwestra szedłem ze Świerczewskiego (obecnie Aleja „Solidarności”– red.) na Elbląską. Autobusy i tramwaje nie kursowały. Brodziłem po kolana w zaspach, wszystko było sparaliżowane – mówi. Wyszedł koło 21, a na miejsce dotarł chwilę przed północą.

Tak o ataku zimy, która zaskoczyła drogowców, informowało 2 stycznia 1979 roku „Życie Warszawy”: „Ci z warszawiaków, którzy wybierali się na sylwestrowe bale, większość drogi przebyli piechotą lub przygodnymi środkami transportu. Po drodze brnąc w zaspach. W dużym stopniu unieruchomione były też pojazdy MZK. Wprawdzie w przedsiębiorstwie panowało pełne pogotowie, ale na miasto wyruszyła tylko część autobusów, a i one utykały w zaspach. Nie kursowały tramwaje – do odmrażania torów użyto miotaczy ognia, lecz w niedzielę udało się uruchomić zaledwie dwie linie. Pasażerowie musieli długo czekać na autobusy, które pojawiały się z rzadka. Niektóre grzęzły zresztą i trzeba je było wypychać z zasp”.

Pani Elżbieta podczas pamiętnej zimy była korektorką prac naukowych i publikacji w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Miała 32 lata. Na sylwestra dostała zaproszenie aż z Białegostoku. - Moja przyjaciółka z mężem kupili bilety na ekskluzywny bal. Nie wiem, co im przyszło do głowy, mieszkaliśmy przecież w Warszawie. Z tego balu oczywiście nic nie wyszło, bo Polska była sparaliżowana przez opady śniegu – opisuje tamte dni.

zima stulecia
Zima stulecia zaskoczyła drogowców i Polaków wybierających się na sylwestrowe prywatki
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe/Archiwum Grażyny Rutowskiej
zima stulecia
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe/Archiwum Grażyny Rutowskiej
Zima stulecia zaskoczyła drogowców i Polaków wybierających się na sylwestrowe prywatki

Mimo przeciwności losu wielu osobom udawało się jednak dotrzeć na prywatki, a i frekwencja nie była najgorsza. Imprezowicze pojawiali się tylko w trochę innych strojach niż zazwyczaj. „Najbardziej tylko rzucało się w oczy, że eleganckie zazwyczaj panie, przychodziły do lokali w niezbyt stosownych do okoliczności, grubych kombinezonach i kurtkach, w dodatku ciągnąc ze sobą ciężkie walizki. Dopiero po odstaniu swojego w kolejce do toalety i spędzonej w nich półgodzinie wychodziły w sukniach i biżuterii” – donosił reporter „Expressu Wieczornego”.

KAC PRZY MINUS 30 STOPNIACH

Kiedy warszawiacy imprezowali w najlepsze, na zewnątrz szalały zawieje i zamiecie. Gdy 1 stycznia budzili się z kacem, śnieg już nie padał. Miasto – jak mówili jego mieszkańcy - opanowała „biała apokalipsa” i nie było w tym przesady. Mieszkańcy nie mieli jak wrócić z imprez, szli więc na piechotę.

Jednym z najpopularniejszych zdjęć ilustrujących krajobraz po nadejściu kataklizmu jest to autorstwa Jana Morka, na którym widać mężczyznę na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Królewskiej, przemierzającego ulice na nartach biegowych. Fotograf pracował wtedy dla Polskiej Agencji Interpress. – Mieliśmy robić zdjęcia dla serwisów zagranicznych, raczej o charakterze propagandowym. Takie, którymi można pochwalić się za granicą. Tego dnia z Żoliborza, gdzie mieszkałem, dojechałem do Placu Bankowego komunikacją zastępczą. Nie dało się jednak robić zdjęć. Był duży mróz, śnieg który sypał, zamarzał na obiektywie – wspomina przełom roku, cytowany na blogu „Last minute przez życie”.

- W Polsce to był ciężki czas. Ustawiały się kolejki po towar, który rzadko pojawiał się i szybko znikał, niczego na sklepowych półkach nie było. Również fotografowie mieli trudności z kupnem filmu do aparatu. Ale jak zobaczyłem tego mężczyznę na biegówkach w centrum miasta, nie mogłem się powstrzymać przed zrobieniem zdjęcia, mimo że było jasne, iż agencja go nie weźmie. Nikt na tego mężczyznę nie zwracał uwagi, jakby obrazek narciarza w Warszawie już wszystkim się opatrzył – dodaje.

1979 rok przywitał Polaków mrozami sięgającymi nawet minus 30 stopni. Całą Polskę pokrywała już gruba warstwa białego puchu. Najgorzej było na północy. „Gwałtowne śnieżyce, zamiecie i ostry mróz. Zima przypuściła atak [...] od Suwałk, Gdańska i Szczecina, przesuwając się w głąb kraju. Porywisty wiatr zasypał śniegiem drogi i szlaki kolejowe. Komunikacja niemal całkowicie sparaliżowana. Wielu kierowców już nie zdążyło na sylwestrowe zabawy”- grzmiała Polska Kronika Filmowa.

W Nowy Rok temperatura spadła poniżej 20 stopni. Pani Dorota opowiada, że na Broniewskiego przy Elbląskiej pękały rury. - Woda wylała na drogę, przestały kursować tramwaje. Autobusy właściwie też nie jeździły, bo ulica była nieprzejezdna – dodaje.

W wielu miejscach w kraju napadało nawet 80 cm śniegu. "Centralny Zarząd Dróg Publicznych oraz Ministerstwo Komunikacji wystosowały apel do kierowców i podróżnych, aby ci, którzy nie muszą, nie ruszali w drogę. Tak trudnej sytuacji nie notowano od dawna, zasypaniu uległo ponad 18 tysięcy kilometrów dróg. Na północy kraju zaspy dochodziły do 3,5 metra" – pisano w „Trybunie Ludu” z 2 stycznia 1979 roku. Rekordową pokrywę śnieżną odnotowano w Suwałkach – 16 lutego dochodziła do 84 cm.

„Planowy przyjazd pociągu do Gdyni: 21.49, opóźnienie wynosi 973 minuty, za co uprzejmie przepraszamy” – takie komunikaty nie były odosobnione. Anulowano około 800 pociągów lokalnych i podmiejskich, a na porządku dziennym były kursy z dziennym lub nawet dobowym poślizgiem.

Oglądaj

DO AUTOBUSU „NA WPYCH”

Kataklizm sprawił, że do odwołania przedłużono ferie zimowe, a ówczesny minister oświaty i wychowania Jerzy Kuberski zdecydował o wstrzymaniu powrotów dzieci i młodzieży z zimowisk. Tak wspomina tamten okres Beata Modrzejewska w książce Grzegorza Sieczkowskiego: - Co jakiś czas dzwoniłam do mojej przyjaciółki, która powinna była już wrócić z wyprawy na narty, ale ciągle jej nie było. Potem dowiedziałam się, że musiała walczyć o miejsce w pociągu i wracać etapami, zatrzymując się po drodze i czekając na utorowanie drogi. W jednej miejscowości spędziła nawet kilka dni. Tak czy siak do szkoły wróciliśmy z opóźnieniem.

Przedłużono także przerwę świąteczną na uczelniach. - Pamiętam, że w drugiej połowie stycznia zaczynała się sesja. Musiałam odpowiednio wcześniej wyjść z domu, żeby z Żoliborza dotrzeć na SGPiS (dzisiejsze SGH – red.). Musiałyśmy z mamą przejść całą ulicę Włościańską. Nie można było odróżnić, co jest chodnikiem, a co jezdnią – relacjonuje pani Dorota, wówczas 20-latka.

W takiej sytuacji dochodziło do wypadków. Moja rozmówczyni pamięta, że śnieg z jezdni odgarnięto na chodnik, więc można było iść tylko ulicą. - Za nami jechał samochód, który nagle wpadł w poślizg i mnie potrącił - opowiada. Na szczęście nie odniosła poważniejszych obrażeń, ale była potem obolała.

Z powodu trudnych warunków atmosferycznych autobusy jeździły w dużych odstępach czasowych, a na przystankach koczowały tłumy pasażerów. Z cudem graniczyło, aby do takiego autobusu wejść. Mama, która towarzyszyła pani Dorocie, specjalnie ją odprowadziła pod Halę Marymoncką, żeby pomóc jej dostać się do środka. - Tłum ludzi rzucał się do wejścia i trzeba było być energicznym i silnym, żeby wejść. Mama mnie wpychała do autobusu, żebym mogła się załapać za którymś kolejnym razem – opisuje tamte styczniowe dni 63-latka. Nie była jedna. Metoda „na wpych” była stosowana także przez innych pasażerów.

DO PRACY RODACY

Po noworocznej przerwie trzeba było wrócić do rzeczywistości. Nie było łatwo, ponieważ padający przez kilkadziesiąt godzin śnieg przykrył wszystkie stojące na parkingach samochody. - Napadała na wierzch pierzyna na pół metra. Śnieg był przymarznięty, to nie był puch, trzeba było go kuć. Ledwo żywy odkopałem swój samochód, wkładam kluczyki, a to nie mój – relacjonuje jeden z warszawiaków w reportażu Magdaleny Skawińskiej dla Polskiego Radia. Okazało się, że odkopany w pocie czoła bardzo popularny fiat 125p należał do kogoś innego.

Ludzie poświęcali tyle czasu i energii na wydostanie swoich pojazdów spod śniegu, że dochodziło do kuriozalnych sytuacji. Zostawiali kartki w wykopanych jamach ze swoimi numerami rejestracyjnymi. – Mimo że to stanowisko było ogólnodostępne i nikomu nie przypisane – zaznacza rozmówca reporterki Polskiego Radia. Z cudem graniczyło także odpalenie auta, które kilkanaście godzin stało na mrozie. Jeśli pojazd zgasł, trzeba było rozpalać pod nim ognisko, żeby ogrzać zgęstniały olej napędowy w zamarzniętych przewodach.

zima stulecia
Trzeba było nie lada siły, aby wykopać samochód uwięziony pod śniegiem
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe/Archiwum Grażyny Rutowskiej
zima stulecia
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe/Archiwum Grażyny Rutowskiej
Trzeba było nie lada siły, aby wykopać samochód uwięziony pod śniegiem

Pani Wiesława w 1979 roku miała 27 lat i pracowała jako księgowa przy budowie Trasy Toruńskiej. Codziennie musiała na w pół do 8 dojechać z Pragi na Żoliborz. Ale najpierw odwoziła czteroletnią córeczkę do przedszkola na Dąbrowszczaków. - Wtedy, w tę zimę stulecia, nie mogłam nawet dojść do przystanku. Obie z córką ślizgałyśmy się po tej „szklance” na chodnikach, nieposypane były jeszcze. Wtedy za komuny wszystko było opóźnione – ocenia. Nie jeździły żadne autobusy, a na przystanku spędziła z dziewczynką trzy godziny, zanim zlitowała się nad nią „pani kierująca białym dużym fiatem”. Mimo że ludzie rzucili się do drzwi, to ją zaprosiła do środka.

To nie był jednak koniec koszmaru. – Zawiozła nas do Targowej, tam się zawsze przesiadałam. Znów jednak musiałam odstać swoje i dopiero udało mi się wejść do autobusu – wspomina. Podczas jazdy – jak mówi – wisiała w tłumie, trzymając dziecko na rękach. Do pracy dotarła dopiero na w pół do pierwszej, a ten wypad długo potem odchorowywała.

W całej Warszawie na chodnikach wydeptano „wąwozy”. - Jak wychodziło się z klatki schodowej z bloku, to w związku z tymi ciągłymi opadami śniegu szło się w tunelu, pomiędzy takimi ścianami śniegu. Po obu stronach były zaspy utworzone w wyniku odśnieżania – opowiada pani Dorota. Jak podkreśla, obfite opady śniegu i niskie temperatury dochodzące do minus 20 stopni utrzymały się około trzy tygodnie.

TO BYŁA KLĘSKA

W Nowy Rok wojewoda gdański wprowadził w regionie stan klęski żywiołowej. Paraliż transportu spowodował, że brakowało surowców energetycznych. Tę sytuację dało się odczuć w całej Polsce. Nie było węgla, ponieważ pociągi grzęzły w zaspach. "Obywatelskim nakazem dnia jest bezwzględna oszczędność energii elektrycznej. Niezbędny wydaje się program jednej żarówki w każdym mieszkaniu" – apelowała wówczas "Gazeta Lubuska".

Pani Elżbieta w 1978 roku miała 32 lata i małe dziecko. Pamięta brak wody i ogrzewania, a w sklepach - podstawowych artykułów, nawet pieczywa. - To były ciężkie czasy pod każdym względem, brakowało wszystkiego. Ta zima to była klęska - ocenia. Zachorowała wtedy jej czteroletnia córeczka. - Lekarz nie mógł dojechać z powodu tej, w cudzysłowie, katastrofy, chociaż to była dla Polski katastrofa - zaznacza.

Mąż pani Elżbiety wyjechał za granicę, a ona sama mieszkała na warszawskich Sadach Żoliborskich. - Na wyższych piętrach nie było wody, trzeba było schodzić do piwnicy i wozić ją windą w kubełkach. Nie było żadnego ogrzewania, dobrze, że był prąd. W ogóle trudno to nawet opisać – relacjonuje moja rozmówczyni.

Przerażający chłód wdzierał się przez okna i drzwi, sprawiając, że z trudem wytrzymywało się nawet w dobrze do tej pory ogrzewanych mieszkaniach. Niektórzy chodzili po domu w paltach i kożuchach. W nich również spali. Pani Beata Modrzejewska sylwestra 1978/1979 spędziła przed telewizorem. Jej relację zarejestrował Grzegorz Sieczkowski w książce „Zima stulecia, portret pamięciowy kataklizmu”. 36-metrowe lokum szybko się wychłodziło, a około godz. 22 młoda kobieta stwierdziła, że jest jej chłodno. „W pierwszej chwili pomyślała, że się przeziębiła. Wiadomo, jak człowiekowi jest zimno, może to być objaw choroby. Po chwili jednak wstała i postanowiła zobaczyć wskazanie termometru, który mierzył tak obiektywnie. Było 15 stopni, a to oznaczało, że termometr musi być zepsuty, bo przecież w zobiektywizowanym świecie temperatura pomieszczenia nie mogła odbiegać od przyjętej i stale obowiązującej normy. Poza tym zimą nigdy nie było w tym mieszkaniu tak zimno. […] Dotknęła żeberek kaloryfera. Były lodowate” – cytuje opowieść kobiety autor publikacji.

To były ciężkie czasy pod każdym względem, brakowało wszystkiego. Ta zima to była klęska

Pan Maciej, dziś 67-latek, w 1978 roku mieszkał z rodzicami w Śródmieściu. On także zapamiętał przenikliwe zimno w mieszkaniu. - W salonie było plus 8 stopni. Grzejniki były włączone, ale to nic nie dawało. Przy minus 20 stopniowym mrozie i śnieżycach elektrownie miały awarie – opowiada.

Na porządku dziennym były kilkugodzinne przerwy w dostawach prądu. Pan Kazimierz, emerytowany pracownik Warszawskich Zakładów Radiowych „Rawar”, podczas zimy stulecia miał 39 lat. – Moja mama wyjechała do sanatorium do Ciechocinka. Wtedy nie było telefonów komórkowych, więc nie mogła nas zawiadomić. Dopiero po jej powrocie dowiedzieliśmy się, że sylwestra spędziła po ciemku - mówi.

zima stulecia
Nie jeździły autobusy i tramwaje, na przystankach koczowało się godzinami
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe/Archiwum Grażyny Rutowskiej
zima stulecia
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe/Archiwum Grażyny Rutowskiej
Nie jeździły autobusy i tramwaje, na przystankach koczowało się godzinami

Nie było światła, radia ani telewizji, więc impreza rozkręciła się w pokoju seniorki. Ta, jako jedyna, miała ze sobą świece. Okazało się też, że została na tych wczasach dłużej, bo zasypało tory i nie jeździły pociągi.

POSPOLITE RUSZENIE

„Nam nie trzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery” – to lubiane przez Polaków powiedzenie z okresu PRL-u dobrze oddawało nieudolność sytemu w obliczu katastrofy. Sytuacja na początku 79 roku była poważna, skoro nawet w Polskiej Kronice Filmowej tak o tym informowano: „Mróz i śnieg unieruchomiły większość pojazdów. W tysiącach domów zimne kaloryfery. Brak ciepłej wody. Torowiska nieprzejezdne, tramwaje wbiły się w stada i nie przyjmują pasażerów. Na stacjach podobnie. Utknęły pociągi wiozące węgiel dla elektrowni i elektrociepłowni”.

Skoro nie można było za wiele zrobić, aby pomóc obywatelom, za sytuację w kraju należało obwinić zimę i wypowiedzieć jej wojnę. Ta z przełomu 78 i 79 roku stała się wrogiem numer jeden. „Trwa nieustanna walka o ciepło dla miasta. Ludzie z determinacją bronią się przed żywiołem. Wszędzie z pomocą pospieszyli żołnierze. Najważniejszy jest węgiel, aby nie wygasły kotły w ciepłowniach, a w domach paliło się światło” – mówił lektor w propagandowym materiale.

W odśnieżaniu ulic i torów w czynie społecznym, oprócz wojska wyposażonego w czołgi z gąsienicami, uczestniczyło tysiące zwykłych obywateli. „Na ulice wyszło pospolite ruszenie. Łopatami, szuflami, czym się da. Przerzuciliśmy tysiące ton śniegu, które sparaliżowały życie w mieście. Do odśnieżania zakładów pracy i dróg pospieszyły załogi unieruchomionych fabryk, pracownicy instytucji i urzędów, żołnierze i studenci” - uspokajała Polaków władza.

W tysiącach domów zimne kaloryfery. Brak ciepłej wody. Torowiska nieprzejezdne, tramwaje wbiły się w stada i nie przyjmują pasażerów

- Specjalnie dużej paniki nie siano. Uderzano w takie podniosłe struny. "My tu razem musimy sobie pomóc". Takie tony samopomocy, sprężania się, żeby to pokonać – przypomina jeden z warszawiaków w reportażu Magdaleny Skawińskiej dla Polskiego Radia. Pracowici zostali docenieni. Redakcja "Sztandaru Ludu" w specjalnej rubryce "Ludzie dobrej roboty" drukowała zdjęcia "przodowników odśnieżania".

Pani Dorota, której tata był kolejarzem, pamięta, że w biurach podczas zimy stulecia organizowano akcje odśnieżania. - Szło się w godzinach pracy pomagać odśnieżać np. perony. Ludzie pomagali na ulicach, tak jak wojsko – opowiada.

zima stulecia
Pospolite ruszenie wyszło na ulice, aby uratować miasto przed żywiołem
fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe/Archiwum Grażyny Rutowskiej
zima stulecia
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe/Archiwum Grażyny Rutowskiej
Pospolite ruszenie wyszło na ulice, aby uratować miasto przed żywiołem

63-latka wspomina śmieszny incydent. Jej tata z racji sprawowanej funkcji, jako pracownik służby drogowej w dyrekcji generalnej PKP podczas „Akcji Zima” (odśnieżanie i odladzanie torów, peronów oraz przewodów sieci trakcyjnej – red.), musiał jeździć na nocne dyżury. - Któregoś razu bardzo zmarzł, więc mama dała mu swój wełniany beret, który miał założyć pod futrzaną czapkę. W zatłoczonym autobusie stał przy drzwiach. Wtedy jedna z pasażerek, która przepychała się do wyjścia, zmylona jego dodatkowym nakryciem głowy, o którym zapewne zapomniał, zapytała: „czy pani tu wysiada”? - Jakie było jej zdziwienie, kiedy tata się odwrócił i zobaczyła, że to nie kobieta, tylko mężczyzna – relacjonuje pani Dorota.

KONIEC PEWNEJ EPOKI

Mówi się, że mróz z przełomu 1978 i 79 roku przyczynił się do upadku ekipy Edwarda Gierka. Mimo przeciwności losu Polacy nie tracili humoru. Żartowano, że minus 10 stopni to "temperatura zamarzania socjalizmu". I rzeczywiście, zima stulecia była według ekspertów pierwszym ostrzeżeniem przed zmianami. Obnażyła wszystkie słabości komunistycznego systemu i zapoczątkowała kryzys socjalistycznego państwa. Jak mówi historyk dr Andrzej Zawistowski z SGH oraz IPN, władza spodziewała się wtedy łagodnej zimy, więc węgiel poszedł na eksport. – Rok 1979 był pierwszym po II wojnie światowej, kiedy odnotowano ujemny dochód narodowy. To był początek zjazdu. Potem było tylko gorzej - ocenia w tygodniku.tvp.pl. Zmieniały się także nastroje społeczeństwa, które coraz częściej stwierdzało, że "tak już dłużej nie można". Niedługo później przyszedł sierpień 80 roku i powstała "Solidarność".

Zanim jednak do tego doszło, zima stulecia trwała jeszcze dwa miesiące, a kolejny atak przypuściła w stolicy na przełomie stycznia i lutego. Był on jeszcze silniejszy niż ten z grudnia. "Trybuna Ludu" 3 lutego głosiła, że „w odpowiedzi na apel Stołecznej Rady Narodowej o odśnieżanie i porządkowanie miast i wsi województwa mazowieckiego w ciągu dwóch dni do pracy stanęło 800 tysięcy osób”.

Kataklizm skutkował optymistycznym zjawiskiem w postaci wzrostu przyrostu naturalnego jesienią 1979 roku. Nie ma za to dokładnych informacji na temat liczby ofiar zimy stulecia. Pacjenci zgłaszali się do szpitali głównie z odmrożeniami. Według dra Marcina Zaremby z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk do 2 stycznia 1979 roku z wychłodzenia zmarło 14 osób. Nie są znane natomiast statystyki obejmujące zgony tych Polaków, do których nie dojechała karetka czy zginęli w wypadkach.

PIENIĄDZE FRUWAŁY W POWIETRZU

Do tych danych trzeba również zaliczyć ofiary eksplozji w Rotundzie PKO u zbiegu ulicy Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. 15 lutego 1979 roku doszło tam do wybuchu gazu ziemnego. Tragedia wydarzyła się przed końcem zmiany w banku, gdy w środku przebywało 170 pracowników i trzystu klientów. Zginęło 49 osób, a ponad 100 zostało rannych.

Pani Elżbieta w dniu wybuchu była z mamą w Domu Towarowym „Smyk”. Chwilę przed tragedią weszły jeszcze do księgarni na Brackiej. Później postanowiły pójść w stronę Rotundy, żeby złapać taksówkę. - Byłyśmy w połowie drogi, kiedy usłyszałyśmy wycie syren. Jechały karetki pogotowia, a dojście do postoju taksówek było już właściwie odcięte - opowiada.

Sytuacja mogła się dla niej skończyć tragicznie. - To właściwie było szczęście, żeśmy się nie znalazły vis-a-vis tego postoju. Wiele osób zginęło wtedy dlatego, że z wysokich budynków otaczających Rotundę spadały całe okna i szyby, zabijając ludzi, którzy stali na chodnikach na dole – wspomina.

Rotunda PKO
15 lutego 1979 r. eksplozja rozerwała budynek Rotundy PKO na rogu Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich
fot. Wikimedia Commons/Domena Publiczna
Rotunda PKO
Fot. Wikimedia Commons/Domena Publiczna
15 lutego 1979 r. eksplozja rozerwała budynek Rotundy PKO na rogu Marszałkowskiej i Al. Jerozolimskich

Pani Wiesława usłyszała o eksplozji w pracy. Wracając do domu, zmieniła trasę i z bliska widziała skutki wybuchu. - Widoki były straszne. To było jedno wielkie rumowisko. Widziałam krzątających się ludzi, wynoszących ofiary i rannych na noszach, to było okropne przeżycie, które długo miałam potem w pamięci – mówi. Jak dodaje, pierwotnie warszawiacy myśleli, że ktoś podłożył bombę.

Wtóruje jej pan Kazimierz. - Pamiętam, że było podejrzenie, że to zamach. W środku mieściła się placówka banku. Jak nastąpił wybuch, to w powietrzu fruwały pieniądze. Byli tam tacy, którzy nie patrzyli, czy są zabici i ranni, tylko zbierali banknoty i napychali sobie nimi kieszenie - kontynuuje.

Jak relacjonowali świadkowie, przeszklony okrągły gmach nagle uniósł się jak "bańka mydlana", a następnie "pękł". Później okazało się, że przyczyną wybuchu miało być zbyt mocne dokręcenie śruby kryzy mocującej zawór gazu, a pośrednio niska temperatura. Pokrywa śnieżna uniemożliwiła wydostanie się gazu na powierzchnię, a mrozy spowodowały, że substancja zapachowa ostrzegająca o jego ulatnianiu się, uległa wykropleniu. Osoby odpowiedzialnej za eksplozję nie wskazano. Po raz kolejny zawiniła zima.

- Nawet jak władza powiedziała prawdę o przyczynach tragedii, to ludzie nie wierzyli w to, co mówi telewizja i radio. Był jeden przekaz partyjny – podsumowuje swoją opowieść pan Kazimierz.

Magdalena Barszczak
Magdalena Barszczak

W RadioZET.pl pracuję jako koordynatorka działu newsowego i wydawca strony głównej. Wcześniej wydawałam serwisy lokalne w portalu. W mediach od kilkunastu lat. Doświadczenie zdobywałam w TVN i Wirtualnej Polsce. Fascynują mnie ludzkie historie, tematyka psychologiczna i podróżnicza. W wolnych chwilach fotografuję i uciekam do lasu, najchętniej na rowerze.

Wybrane artykuły na RadioZET.pl: 

Polskie miasto hitem po Oscarze dla Kierana Culkina? "Już to dostrzegamy"

Uciekł z kraju, którego nie ma na mapie. "Postanowiłem, że nie chcę tracić życia"

"Biała apokalipsa" sparaliżowała kraj, czyli jak w PRL walczono z zimą stulecia

"Za każdym razem to jest jak śmierć". Atak paniki przeżywa się w ciszy

Kontakt: magdalena.barszczak@radiozet.pl

logo Tu się dzieje