Dramatyczna sytuacja na granicy z Białorusią. "To jest kwestia czasu, aż ci ludzie zaczną umierać"
Na granicy polsko-białoruskiej od kilkunastu dni koczuje grupa kilkudziesięciu uchodźców z Afganistanu. W sobotę próbowała do nich dotrzeć polska lekarka, jednak nie została dopuszczona przez Straż Graniczną. "Trudno mi się nie rozpłakać" - mówiła w TVN24.
- 5 zdjęć Zobacz galerię
W sobotę rano w okolicy Usnarza Górnego Straż Graniczna i wojsko przesunęli kordon o kilkaset metrów od granicy z Białorusią, gdzie już od prawie dwóch tygodni koczuje 32 obywateli Afganistanu, m.in. cztery kobiety i 15-letnia dziewczyna. Chcą oni dostać się na terytorium Polski i starać się o pomoc międzynarodową.
Uzbrojeni funkcjonariusze straży granicznej i żołnierze nie przepuszczali dziennikarzy oraz wolontariuszy z fundacji Ocalenie. Miejsce, w którym na terenie Białorusi znajdują się koczujący, zasłonięte zostało szczelnie przez stojące samochody wojskowe i straży granicznej.
Usnarz Górny. Lekarka próbowała zbadać uchodźców. "Ludzie z karabinami nie chcą mnie przepuścić"
W pewnym momencie na teren pilnowany przez wojsko i SG przedarła się lekarka, która pracuje także w przychodni w Czarnej Białostockiej i dwoje tłumaczy, wolontariuszy z fundacji Ocalenie. Zaraz zostali otoczeni przez mundurowych, którzy nie pozwolili im podejść do grupy migrantów. - Trudno mi się nie rozpłakać, trudno mi uwierzyć, że to mój kraj. Ludzie z karabinami nie chcą mnie przepuścić do chorych - relacjonowała lekarka w rozmowie z TVN24.
- Te osoby są przeziębione. Prawdopodobnie kilka z tych osób ma już zapalenie płuc. Ja przywiozłam leki, antybiotyki i w miarę możliwości chciałabym spróbować pomóc – mówiła. Jak dodała, informację otrzymała od fundacji Ocalenie. - Wiadomo, że te osoby przebywają w bardzo trudnych warunkach. To jest kwestia czasu, powiem wprost, aż ci ludzie zaczną umierać, bo nie mają już prawie jedzenia, wody. Mają ogromny problem, zwłaszcza kobiety, z załatwianiem potrzeb fizjologicznych - dodała w rozmowie ze stacją.
Jak informuje fundacja Ocalenie, 32-osobowa grupa już od kilkunastu dni znajduje się między dwoma szczelnie ustawionymi kordonami wojska i pograniczników. Z białoruskiej strony przed ewentualnym odwrotem zagradzają im drogę białoruskie służby. Przejścia na polską stronę pilnują żołnierze i funkcjonariusze SG.
KPRM: Migranci są po stronie białoruskiej
W sobotę odbyła się wideokonferencja zwołana na prośbę premiera Mateusza Morawieckiego. Wzięli w niej udział premierzy: Litwy Ingrida Simonyte, Łotwy Arturs Karins i Estonii Kaja Kallas. Tematem była sytuacja na granicy z Białorusią, w tym spowodowanym przez Białoruś napływem migrantów do Europy.
W komunikacie KPRM wydanym po tym spotkaniu wskazano, że na granicy zewnętrznej UE z Białorusią nie ma "ziemi niczyjej" - w rzeczywistości jest to terytorium białoruskie, a władze tego kraju ponoszą pełną odpowiedzialność za sytuację obywateli innych państw, których legalnie wpuściły. - Migranci są po stronie białoruskiej, a w konsekwencji - jeśli patrzymy na to z punktu widzenia prawa międzynarodowego - to na stronie białoruskiej spoczywa odpowiedzialność za wszystkie osoby, które są po tamtej stronie granicy - powiedział szef KPRM Michał Dworczyk.
Pytany, czy rząd zamierza odsyłać tych migrantów, którzy do Polski się dostaną, Dworczyk powiedział: "skupiamy się na tym, by nie miały miejsca sytuacje, gdy imigranci nielegalnie przekraczają granice".
- To jest bardzo trudna sytuacja, bo z jednej strony są ludzie, którzy są cynicznie wykorzystywani przez reżim białoruski do sprowokowania tej sytuacji, w której jesteśmy, z drugiej strony musimy mieć świadomość, że zmiana podejścia, która po pierwsze byłaby trudna do uzasadnienia ze względu na przepisy międzynarodowe, po drugie ze względu na bezpieczeństwo każdego z tych państw, czyli krajów bałtyckich czy Polski. Ale - po trzecie - to by zachęciło oczywiście do tego, by ten strumień osób wypychanych z Białorusi powiększał się - mówił Dworczyk.
Chcesz wiedzieć wszystko pierwszy? Dołącz do grupy Newsy Radia ZET na Facebooku
RadioZET.pl/PAP/Autor:Wojciech Kamiński,Wiktoria Nicałek/TVN24