`

Atak na lekarza w Krakowie. B. przełożony sprawcy: on nie powinien być dopuszczony do służby

4 min. czytania
02.05.2025 11:16
Obserwuj nas na Google

- Ze względu na to, w jaki sposób wykonywał swoje obowiązki, w ogóle nie powinien zostać do dopuszczony do służy - stwierdził w rozmowie z Wirtualną Polska były przełożony Jarosława W., który zaatakował i śmiertelnie ranił nożem lekarza w Szpitalu Uniwersyteckim w Krakowie. Zdaniem funkcjonariusza z Katowic 35-latek miał m.in. zasypiać na służbie i bawić się odbezpieczoną bronią.

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie są wstępne ustalenia służb ws. zabójstwa lekarza w krakowskim szpitalu. 
  • Co na temat zachowania 35-latka mówił jeden z jego byłych przełożonych w areszcie w Katowicach.
  • Jakie były najbardziej niepokojące i alarmujące zachowania Jarosława W. w trakcie pracy w Służbie Więziennej.

Atak na lekarza w Krakowie. 35-latek w areszcie i z zarzutami

Krakowski sąd aresztował 35-latka podejrzanego o atak w Szpitalu Uniwersyteckim. Wniosek w tej sprawie złożyła Prokuratura Rejonowa Kraków-Podgórze, która prowadzi śledztwo. Do dramatycznych wydarzeń doszło we wtorek. Funkcjonariusz Służby Więziennej wtargnął do gabinetu ortopedy Tomasza Soleckiego i zadał lekarzowi kilkadziesiąt ciosów nożem. Nożownik próbował również zaatakować pielęgniarkę. Napastnika szybko obezwładniła ochrona szpitala i przekazała go policji.

Jarosław W. usłyszał zarzut zabójstwa i usiłowania naruszenia czynności narządów ciała innej osoby. Według śledczych mężczyzna działał z pełną świadomością i premedytacją. W momencie przesłuchania odmówił składania wyjaśnień. Wiadomo, że od 2020 roku pracował w Służbie Więziennej - najpierw w areszcie we Wronkach, a od 1,5 roku w Katowicach. Po tym incydencie premier Donald Tusk podjął decyzję o zdymisjonowaniu szefa SW płk Andrzeja Pecki. Na jaw wychodzą także dramatyczne szczegóły sprawy.

Redakcja poleca

Jak mówiła wiceszefowa resortu sprawiedliwości Maria Ejchart "Służba Więzienna otrzymywała sygnały o zachowaniach tego funkcjonariusza, które powinny były wzbudzić niepokój". Z kolei w rozmowie z TVN głos zabrali rodzice sprawcy. Wspominali, że ich syn - po tym, jak przeszedł operację łokcia, a następnie trafił pod opiekę dr Soleckiego - był przekonany, że "została mu wstrzyknięta trucizna", a w jego zachowaniu miało dojść radykalnych zmian na gorsze. Miał m.in. reagować agresją i grozić odebraniem sobie życia. Regularnie nachodził lekarza, interweniował też u Rzecznika Praw Pacjenta, który jednak nie stwierdził żadnych nieprawidłowości.

Były przełożony Jarosława W: nie powinien być dopuszczony do służby

Wirtualna Polska dotarła zaś do jednego z dawnych przełożonych Jarosława W., który wspominał, że jego podwładny z Katowic "od początku zachowywał się specyficznie". - Niewiele się odzywał, nic o sobie nie mówił. Kiedy się z nim rozmawiało, szybko spuszczał wzrok, wolno wypowiadał słowa. [...] U nas na posterunku potrafił stać bez ruchu i wpatrywać się długo w jeden punkt na spacerniaku. Osadzeni zaczęli się z niego śmiać - opisywał, dodając, że uwagi do niego słyszano już we Wronkach.

Przyznał, że W. nocami zdarzało się nie obserwować terenu, tylko zasypiać na warcie, co było "pierwszym sygnałem alarmowym". - A gdy patrzę na to, jak wyglądał cały okres pracy Jarosława W. w Katowicach, mogę powiedzieć, że system zawiódł. Ten człowiek nie powinien być dopuszczony do służby - ocenił rozmówca WP. Przytoczył też inną sytuację, gdy "zdał sobie sprawę, że z facetem naprawdę jest coś nie tak". 

Dostał np. polecenie: "zanieś te notatki do danego pokoju i weź klucze na inny oddział". Po godzinie wrócił i powiedział, że zapomniał, co miał zrobić. Jak miał załatwić jedną rzecz, jeszcze dawał radę, ale kiedy dostawał więcej obowiązków, już się gubił. Zgłosiłem swojemu bezpośredniemu przełożonemu, że z Jarosławem coś nie gra. Zaczął mu się przyglądać - funkcjonariusz aresztu w Katowicach w rozmowie z WP

Jarosław W. miał też kilkukrotnie mieć odbezpieczoną broń w tracie warty na tzw. uzbrojonym posterunku, co miało być wbrew procedurom przewidzianym dla strażników. W notatkach służbowych odkreślano, że W. "bawi się bronią na zmianie", interpretując po swojemu przepisy o "pełnej gotowości do użycia broni" w sytuacji zagrożenia. Po pół roku 35-latka przeniesiono do pilnowania osadzonych na polu spacerowym. Z relacji rozmówcy WP wynika, że W. znikał ze "spacerniaka", ponieważ "chciało mu się sikać", albo zapominał zamknąć terenu, przez co więźniowie mogli przeskoczyć ogrodzenie i znaleźć się w tzw. pasie ochronnym.

"Szok - lekarza zabił człowiek, z którym pracowałem na co dzień"

Informator portalu podkreślił, że po kilku takich incydentach i jednak poważnej rozmowie dyscyplinującej W. "wziął się za siebie" i "zaczął się starać". - Natomiast po miesiącu, dwóch znowu zdarzało mu się np. zasnąć na zmianie. Mijały miesiące, on dalej pracował w zakładzie - dodał. Zastrzegł, że "nie jest specjalistą, żeby oceniać jego stan psychiczny". - Natomiast już sam jego sposób bycia – wpatrywanie się w jeden punkt, spuszczanie głowy, odpowiadanie półsłówkami - sprawiało, że należało się uważnie przyjrzeć, czy taki człowiek powinien pełnić służbę - stwierdził. 

- Jak powiedziałem, ze względu na to, w jaki sposób wykonywał później swoje obowiązki, moim zdaniem w ogóle nie powinien zostać do niej dopuszczony - zaznaczył, dodając, że "przeżył szok", bo "lekarza zabił człowiek, z którym pracował na co dzień". - Czuję też złość na siebie, że nie zrobiłem nic więcej. Moim zdaniem w Katowicach zbagatelizowano sprawę Jarosława. Trzeba było go surowo ukarać po pierwszych niepokojących sygnałach. Mocno nim wstrząsnąć. Mam poczucie, że można było na tym polu zrobić więcej - podsumował dawny przełożony sprawcy tragedii z Krakowa.

Źródło: Radio ZET/Wirtualna Polska

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET