Był pod World Trade Center w dniu ataku. Poruszające wspomnienia świadka
Wyszedł z metra pod World Trade Center kilka chwil po uderzeniu pierwszego samolotu. Widział płonące wieże, uciekające tłumy i ludzi skaczących z okien. W 25. rocznicę zamachów z 11 września Marcin Tuliński wraca do dnia, który na zawsze zmienił jego życie.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jak wyglądała rocznica zamachu w Parku Skaryszewskim
- Dlaczego Marcin Tuliński uważa, że miał szczęście w dniu zamachu
- Co zjednoczyło nowojorczyków po ataku na WTC
- Jak wydarzenia z 11 września wpłynęły na życie Marcina Tulińskiego
25 lat od zamachu na World Trade Center. Zginęli tam również Polacy
W piątek mija dokładnie 25 lat od ataku na World Trade Center w Nowym Jorku. Był największy zamach terrorystyczny w historii, który dosłownie zmienił oblicze świata. We wszystkich czterech zamachach zginęły 2973 osoby - wśród ofiar jest ośmioro Polaków:
- Marta Jakubiak,
- Dorota Kopiczko,
- Jan Maciejewski,
- Łukasz Milewski,
- Anna Piętkiewicz,
- Józef Piskadło,
- Gina Sztejnberg,
- Norbert Szurkowski.
W pierwszą rocznicę zamachu w Parku Skaryszewskim w Warszawie odsłonięty został pomnik poświęcony ich pamięci. W uroczystości uczestniczyły m.in. ówczesny prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, rodziny ofiar oraz delegacja policji i straży nowojorskiej.
Rozmawialiśmy z naocznym świadkiem tragicznych wydarzeń w Nowym Jorku
Ćwierć wieku po tych makabrycznych wydarzeniach Radio ZET rozmawiało z Marcinem Tulińskim, który był świadkiem ataku terrorystycznego na dwie wieże.
- Myślę, że każda osoba, która była na tyle świadoma i zdawała sobie sprawę z tego, co się dzieje, dokładnie pamięta miejsce, w którym była, gdy usłyszała, co się stało - mówi.
- U mnie ten dzień zaczyna się od momentu wyjścia z metra. W momencie uderzenia pierwszego samolotu byłem jeszcze w metrze. Wysiadając na platformie końcowej stacji World Trade Center usłyszałem głosy ludzi, mówili, żeby nie wychodzić w podziemia, bo jest tam bomba - relacjonuje.
Pierwsze chwile po ataku
Marcin w pierwszej chwili pomyślał, że to tylko plotka, bezpodstawna panika. W rozmowie z Radiem ZET przypomina pożar małej piekarni w podziemiach WTC, do którego doszło kilka dni wcześniej. - Myślałem, że to coś podobnego, ale w pewnym momencie zobaczyłem biegnący na mnie tłum. Jeżeli stałbym w miejscu, zostałbym stratowany - wspomina.
- Zacząłem więc biec w tę samą stronę co ten tłum. Wyszliśmy innym wyjściem i zobaczyłem coś na wzór konfetti lecącego z nieba - opowiada. Mieszkańcy Nowego Jorku wyrzucają z okien skrawki papieru podczas tzw. parady zwycięzców, czyli po zwycięstwie nowojorskiej drużyny w Mistrzostwach Świata czy Stanów Zjednoczonych. Tego dnia jednak nikt nic nie wygrał.
- O to, co się dzieje, zapytałem przechodnia. Powiedział mi, że samolot uderzył w wieżę. Ja nawet nie brałem tego pod uwagę. To nie było możliwe, to nie był mały budynek, którego pilot mógłby nie zauważyć. Wychyliłem się i zobaczyłem dziurę w budynku, płomienie. Pomyślałem, że to może jakiś wybuch gazu - mówi.
„Powiedziałem mamie, że WTC jest w ogniu"
Marcin chciał skontaktować się z mamą, jednak sieć komórkowa była przeciążona. Zobaczył kolejkę ludzi czekających, by skorzystać z budki telefonicznej. - Co ciekawe, każdy, kto miał zapasowe 25 centów, zostawiał je na górze telefonu, żeby osoba z tyłu, która akurat nie ma drobnych, mogła zadzwonić - relacjonuje.
- Ostatecznie zadzwoniłem do mamy z hotelu Millennium. Powiedziałem jej, że WTC jest w ogniu, że nie wiem, co się dzieje i idę do biura. Zdążyłem wyjść na ulicę i usłyszałem ogromny huk, przerażające uderzenie - kontynuuje.
- Podniosłem wzrok, a nade mną pojawiła się ta kula ognia, którą widzimy teraz na nagraniach. To było uderzenie drugiego samolotu. W popłochu wbiegłem do lobby budynku. Wtedy wiedziałem już, że to nie był wypadek - dodaje.
Ludzie skakali z okien ku własnej śmierci
Marcin Tuliński opowiada, że w tej chwili w jego głowie kłębiły się tysiące myśli. - Pomyślałem, że hotel może nie być najbezpieczniejszym miejscem. Wybiegłem bocznym wyjściem, tam zobaczyłem człowieka leżącego w kałuży krwi. Dostał jednym z odłamków, w momencie uderzenia stał dalej niż ja - mówi.
- Kilka dni temu oglądałem materiał dokumentalny. Po raz pierwszy po tych 25 latach zobaczyłem zdjęcia z przodu tego hotelu. Tam również widziałem osoby, którym pomagali przechodnie. Wiem, że miałem dużo szczęścia - opowiada.
Postanowił iść do budynku, w którym pracował, by upewnić się, że jego znajomi bezpiecznie się ewakuowali. - Wtedy zobaczyłem skoczków, ludzi, którzy skakali ku swojej śmierci, bo mieli do wyboru albo to, albo spłonięcie żywcem. Zobaczyłem parę trzymającą się za rękę, która skoczyła razem - mówi.
Wciągnęła nas chmura dymu
Z każdą minutą pojawiało się coraz więcej informacji. Nasz rozmówca dowiedział się, że zaatakowany został także Pentagon, a czwarty samolot jest zaginiony. - W pewnym momencie podszedł do mnie człowiek i zapytał, co się stało. Powiedziałem mu, że dwa samoloty uderzyły w WTC. Odpowiedział, że ktoś na Pennsylvania Avenue będzie bardzo wkurzony. Chodziło mu oczywiście o prezydenta George'a Busha - wyjaśnia.
- Jak tylko skończył zdanie, usłyszałem niesamowity huk. Zza krawędzi budynku, który przysłaniał WTC, zobaczyłem, że wieża zaczyna się walić. Nie było szans na ucieczkę przed tą chmurą pyłu i kurzu, która nas wciągnęła. Zrobił się ciemno jak w nocy - opowiada.
- Gdy wracałem już z Manhattanu, byłem cały w tym pyle, ludzie zatrzymywali mnie, pytali czy nie potrzebuje pomocy, wody. Po tych wydarzeniach ukazała się ta niezwykła solidarność Nowego Jorku. Tamtejsi mieszkańcy mają taką renomę bycia zajętymi samym sobą, a po zamachu serca wyszły na zewnątrz i ta społeczność bardzo się zjednoczyła. Ten atak miał złamać Amerykę, złamać Nowy Jork, ale nowojorczycy na to nie pozwolą - mówi.
Pokochałem Nowy Jork
Zamach z 11 września wpłynął znacząco na życie Marcina. Choć, jak mówi, stara się nie myśleć o tych wydarzeniach, to obrazy w głowie nadal pozostają wyraźne. Zmieniły też jego podejście do Nowego Jorku.
- Spędziłem tam 24 lata, skończyłem jedną szkołę, drugą. Do momentu tego ataku uważałem, że Nowy Jork to coś przejściowego, że może będę tam mieszkał, a może nie, może wrócę do Europy, do Polski. Nie czułem jeszcze tego miasta. Po tym, co przeszedłem, jak zobaczyłem jak to miasto się solidaryzuje, to poczułem, że to jest moje miejsce - mówi.
- Od tej chwili pokochałem to miasto. Do Polski wróciłem w 2016 roku, ale Nowy Jork do końca życia pozostanie moim domem - dodaje Marcin Tuliński.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET