Chcą decydować w szkole o studniówce, maturze, korepetycjach. Dlaczego rodzice nie ufają dzieciom?
- Zdarza się, że nauczyciele przyjmują taką postawę: my wiemy lepiej i my was - rodziców - będziemy teraz uczyć. Z drugiej strony nauczycielom odbiera się autonomię i możliwość działania eksperckiego. W efekcie przestrzeni do słuchania siebie nawzajem i współdecydowania może brakować - mówi w rozmowie z RadioZET.pl dr hab. Katarzyna Gawlicz.
Przed nami sezon studniówek. Na jednej będzie tort, bo tak chcieli rodzice, chociaż uczniowie mówili „nie”. Choreograf ułoży poloneza, bo tak chcą rodzice. Dlaczego tak się zachowują?
Dr hab. Katarzyna Gawlicz*: - Pewnie warto by ich zapytać, dlaczego nie pozwalają swoim dorosłym dzieciom samodzielnie zaplanować czegoś, co ich dotyczy. Być może wciąż mierzą się z wyzwaniem, przed którym część rodziców staje, gdy dzieci idą do szkoły: jak im zaufać i oddać przestrzeń do podejmowania decyzji. Rodzice mogą również czuć, że nie są słuchani w szkole, chociaż ją współtworzą. Stąd stawianie na swoim przy okazji studniówek. Mogą w końcu podjąć jakieś działanie.
Kolejny uczeń opowiadał mi, że będzie musiał zdecydować, czego nie nauczy się na maturę, bo zwyczajnie nie zdąży z materiałem. Bał się reakcji rodziców, bo oni chcieli, żeby ze wszystkiego był perfekcyjnie przygotowany. Z korepetycjami to samo. Dzieci nie chcą, rodzice zapisują. O co chodzi? Nie słuchają, realizują swoje ambicje w dzieciach?
- Pewnie wszystko po trochu. Ale badania, które prowadziłam wraz z zespołem w szkołach demokratycznych, pokazują, że może to także wynikać z tego, czego rodzice sami doświadczyli w szkole. Większość dorosłych osób uczyła się w miejscach, w których były oceny, kontrola, przymus. Nie mieli możliwości rozwijania własnych zainteresowań, a sukces oznaczał osiąganie dobrych wyników w nauce. Tak też było z rodzicami w szkołach demokratycznych.
Jednak obserwując swoje dzieci, zauważali, że jeśli mogą one same decydować o tym, czego i jak się uczyć, to uczą się chętnie i intensywnie. Nie trzeba ich zmuszać, a i tak się uczą, choć nie zawsze tego, czego chcieliby dorośli. Jeśli rodzice tego nie doświadczą, mogą być przekonani, że bez wysokich ocen i świetnych rezultatów na egzaminach nie ma szans na udane, szczęśliwe życie.
Mówi się, że szkołę tworzą uczniowie, nauczyciele i rodzice. Ty zajmowałaś się w swoich badaniach również tą trzecią grupą. Jaki jej obraz się wyłania się z twoich badań, jaka jest rola rodziców w szkole?
- Obraz rodziców w szkołach demokratycznych jest złożony i specyficzny. Przede wszystkim szkoły te są zwykle zakładane przez rodziców, więc stanowią oni część społeczności. Ważna też jest spójność między wartościami przyjmowanymi w szkole i w domu, dlatego nie rekrutuje się dzieci, tylko całe rodziny. Ale zaangażowanie rodziców przybiera różne formy i ma różną skalę.
W szkołach, które badaliśmy, niektórzy rodzice pełnili funkcję kadry, na co dzień więc przebywali z dziećmi. Inni przychodzili na kilka godzin w tygodniu i prowadzili na przykład zajęcia z jogi, fizyki czy stolarki. Jeszcze inni zaglądali tylko na spotkania. Chcieli widzieć szkołę jako miejsce, do którego można przyprowadzić rano dziecko z poczuciem, że będzie się tam dobrze czuło. W szkołach demokratycznych programowo daje się dzieciom przestrzeń do dokonywania wyborów. Dzieci się uczą się autonomii i wnoszą ją do domu rodzinnego, więc rodzice muszą zacząć się z tym mierzyć. Niektórzy mocno to przeżywają.
Gdzie były te punkty zapalne w relacji dziecko-rodzic?
- Trudny moment, zwłaszcza w początkowym okresie pobytu dziecka w szkole, wiązał się z nauką i egzaminami. Dzieci w szkołach demokratycznych realizują obowiązek szkolny poza szkołą, więc każdego roku muszą zdawać egzaminy z materiału określonego w podstawie programowej. I tu pojawia się napięcie, bo dzieci mają prawo do podejmowania decyzji dotyczących swojego życia w szkole, więc również tego, czego się uczyć, a jednocześnie muszą zdać egzamin.
Pierwsze egzaminy bywały dla rodziców dużym wyzwaniem. Obawiali się, że dzieci w ogóle się nie uczą, więc sobie nie poradzą. Napięcia te znikały, gdy okazywało się, że dzieciom idzie dobrze i świetnie się rozwijają. Rodzice zaczynali uświadamiać sobie, że wcześniej nie mieli zaufania do swoich dzieci. W szkołach publicznych podobne napięcia i konflikty związane z nauką zapewne też występują, na przykład jak u tego ucznia, który przygotowuje się do matury.
Skąd bierze się ten brak zaufania?
- Rodzice, z którymi rozmawialiśmy, czasem mierzyli się z trudnością w wyznaczeniu granicy między wspieraniem syna czy córki a kontrolą. Mogło to wiązać się z ich silnym poczuciem odpowiedzialności za dzieci. Chcieli być dobrymi, wspierającymi rodzicami i szukali sposobu, jak to robić. Z czasem uczyli się, że wsparcie polega na tym, żeby zaufać dzieciom, dać im możliwość samodzielnego działania. Wycofywali się więc z roli rodziców, którzy projektują dzieciom życie i stawali się rodzicami, którzy pozwalają dziecku podejmować własne decyzje, a jednocześnie są blisko, dają wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Uczyli się przechodzenia od sprawowania kontroli nad dzieckiem do towarzyszenia mu.
Jak doszli do tego, że muszą oddać tę przestrzeń dzieciom? Bo wielu, chociaż młodzież wyraźnie im o tym mówi, to nie zwraca na to uwagi.
- Właściwie nie mieli wyjścia. W szkołach demokratycznych dzieci z założenia tę przestrzeń mają, więc rodzice tego doświadczali. Ale też uczyli się od siebie nawzajem i od kadry. Uczestniczyli w warsztatach dla rodziców, rozmawiali ze sobą. Starsi stażem wdrażali tych młodszych i pokazywali im, co oznacza zaangażowanie rodzica w szkole demokratycznej. Poza tym do takich szkół trafiają osoby, dla których autonomia i wolność dziecka nie są obcymi ideami, więc pierwsze kroki rodzice robili już wcześniej.
Jedna z mam, której syn chodzi do przedszkola demokratycznego, opowiadała mi, jak pewien chłopiec z grupy krzyczał do matki, że jej nienawidzi. Matka nie zareagowała. Są jakieś granice w dawaniu tej autonomii?
- Oczywiście, że tak. Czasem można się spotkać z przekonaniem, że w szkołach demokratycznych wszystko wolno i nie ma żadnych zasad. W rzeczywistości może ich być sporo. Ważne jednak jest to, że są one wypracowywane wspólnie przez dorosłych i dzieci i wspólnie mogą być zmieniane. Dzieci uczą się, jak wyrażać swoje zdanie, ale też, że ich działania mają wpływ na innych ludzi. Te umiejętności mogą potem przenieść do rzeczywistości społecznej poza szkołą, w której trzeba wziąć zdanie innych pod uwagę.
Jak wyglądają relacje rodzice-nauczyciele, bo tu też nie jest kolorowo.
- Tutaj też nie brakuje wyzwań. Oczekuje się, że rodzice będą interesować się tym, co dzieje się w szkole, ale jednocześnie pojawia się ryzyko, że to zaangażowanie będzie za duże i tak, jak w wypadku dzieci przyjmie formę kontroli. W szkołach, które badaliśmy, głos rodziców był bardzo ważny, jednak pojawiały się także napięcia między rodzicami i kadrą. Dotyczyły tego, jak powinna być zorganizowana szkoła, kto ma jaki zakres obowiązków, jak dużo swobody mają mieć dzieci, czy muszą uczestniczyć w zajęciach. Zdarzało się, że kadra miała poczucie, że się jej nie słucha i że jej zdanie nie jest wystarczająco ważne.
Jak to się skończyło?
- W jednej ze szkół kadra zrezygnowała z pracy z dnia na dzień i trzeba było organizować wszystko na nowo. Zwykle próbowano jednak rozmawiać.
To podobnie jak w szkołach publicznych. Wielu nauczycieli mówi wprost, że odchodzi z pracy przez rodziców. Jak tu znaleźć zgodę, jak powstrzymać rodziców przed nadmierną kontrolą, ale dać im możliwość działania?
- Jasno określić zasady, zwłaszcza odnoszące się do tego, kto może decydować o różnych kwestiach istotnych dla szkoły. Czasem w placówkach demokratycznych uzgadniano, że decyzje dotyczące tego, co dzieje się na co dzień w szkole, mogą podejmować tylko osoby, które są w niej stale obecne. Rodzice, którzy pojawiali się w szkole raz na jakiś czas, nie byli włączani w te procesy, choć też słuchano ich zdania.
Kluczem jest otwarte wyrażanie problematycznych kwestii i rozmawianie o nich. Pytanie, na ile nauczyciele i rodzice są w stanie to robić, szczególnie w zwykłych, dużych szkołach, w których tworzenie warunków do dyskusji i słuchania się nawzajem może być trudne. W każdej placówce spotykają się ludzie, którzy mają swoje potrzeby, oczekiwania, przekonania, i ważne jest, żeby mogli je wyrazić. Szkoły demokratyczne i typowe publiczne lub niepubliczne pod tym względem nie różnią się od siebie.
Na ile zasady szkół demokratycznych można przenieść do szkół publicznych? Bo mimo wszystko wydaje się, że w tych pierwszych relacje z rodzicami wyglądają lepiej.
- Rozmawianie o tym, co się dzieje, co działa, a co nie działa, wspólne szukanie rozwiązań – to jest coś, co w szkołach demokratycznych próbuje się praktykować i co pomaga budować lepsze relacje. Z jednej strony wydaje się to łatwe do przeniesienia do szkół publicznych, bo nie potrzeba do tego zmian formalnych czy nakładów finansowych. Z drugiej strony jest bardzo trudne, ponieważ wymaga rozwiniętych umiejętności komunikacyjnych, gotowości do zmierzenia się z własnymi przekonaniami, otwartości na to, co inni mogą powiedzieć i chęci wysłuchania ich. Ale takie nastawienie można także w sobie rozwijać, a szkoła może być miejscem, w którym uczą się nie tylko dzieci, ale też rodzice.
Tylko z jednym zastrzeżeniem: nie można w tym procesie infantylizować rodziców i traktować ich protekcjonalnie. Nieraz zdarza się, że nauczyciele przyjmują taką postawę: my wiemy lepiej i my was będziemy teraz uczyć. Z drugiej strony nauczycielom również odbiera się autonomię i możliwość działania eksperckiego, co może budzić w nich poczucie zagrożenia. W efekcie przestrzeni do słuchania siebie nawzajem i współdecydowania może brakować.
Dlatego bliska mi jest koncepcja Petera Mossa. Pisze on o warunkach, które muszą być spełnione, żeby szkoła czy przedszkole mogły być miejscami praktykowania demokracji. Między innymi ważne jest, żeby widzieć kadrę i rodziców jako ekspertów, ale pamiętać o tym, że obie te grupy są ekspertami w ograniczonym zakresie. Rodzice wiedzą o swoich dzieciach wiele, ale znają je głównie z sytuacji domowych. To jednak cenna informacja dla szkoły. Z drugiej strony nauczyciele widzą dzieci w innych warunkach, gdy przebywają w większych grupach rówieśniczych bez nadzoru rodziców. Dostrzegają więc coś, czego rodzice dostrzec nie mogą. Jest istotne, żeby oba te głosy mogły wybrzmieć jako tak samo ważne. Wtedy będzie szansa na porozumienie.
Dr hab. Katarzyna Gawlicz - wykładowczyni w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu. Jej zainteresowania badawcze obejmują problematykę m.in. wczesnej edukacji i edukacji demokratycznej. Autorka książki „Szkoły demokratyczne w Polsce. Praktykowanie alternatywnej edukacji”. Laureatka edukacyjnej Nagrody im. prof. Romana Czerneckiego w kategorii naukowej.
RadioZET.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET