`

„Chciałabym ją zobaczyć, choćby taką nieżywą”. Jak AI próbuje oszukać śmierć

8 min. czytania
19.12.2025 06:02
Obserwuj nas na Google

„Gdy ubierałam córkę do trumny, dostałam takiego bólu, jakbym rodziła ją na nowo” – pisze Edyta. Prosi o ożywienie zdjęcia Sary. „Chciałabym ją znów zobaczyć, wyściskać. Choćby taką nieżywą. Choćby tylko na chwilę”. 

AI
fot. ChesterYAS/Shutterstock

Ciemne oczy 13-letniej Sary rozpromienia uśmiech, kasztanowe włosy poszarpał wiatr. Edyta marzy, by zobaczyć je w ruchu. Prosi o to internautów na facebookowej grupie proponującej przerabianie zdjęć za pomocą sztucznej inteligencji. Podobnych wpisów jest tam więcej. 

W kolejce po namiastkę odebranej obecności ustawiają się matki, żony, przyjaciele. Synowie, kuzyni. Właściciele psów, kotów, koni. Krewni – bliscy, dalsi i całkiem dalecy od wiary w stratę całkowitą. Proszą innych członków grupy o ruch na fotografii: dłoni, kolorowych włosów, sinych ust noworodka. O dorobienie skrzydeł anioła, wyostrzenie zdjęcia znalezionego w obozowym archiwum. W cyfrowym świecie “ożyła” także Sara. 

Redakcja poleca

– Ten rzeczywisty ją wykończył. Ona po prostu nie chciała żyć – opowiada mi Edyta. Z rodziną prawie nie rozmawia o tym, co się stało w słonecznym sierpniu, gdy pojechała na 15 minut do pobliskiego sklepu. Wychodzą z pokoju, odwracają wzrok, podkręcają radio. Edyta od lat tęskni za dobrocią córki w samotności.  

– Była bardzo wrażliwym dzieckiem. Nie raz dawałam jej pieniądze, żeby kupiła sobie lody. Wracała bez niczego, z samym uśmiechem, bo „oddała takiemu biednemu panu, on bardziej potrzebował”. I obrywała w szkole za tę dobroć – wzdycha Edyta. 

„Mamuś, dziękuję ci, że dałaś mi życie” 

Dziewczynka wyróżniała się ciemnymi oczami, inną karnacją (jej biologiczny ojciec pochodził zza granicy) i wrażliwością. Dzieci tego nie rozumiały. – Wracała do domu i smarowała się mąką, bo koledzy się z niej śmieją. Zmieniała szkołę trzy razy. Pozwalałam na farbowanie włosów, drogie ubrania, delikatny makijaż, a Saruśka stopniowo wpadała w depresję – opowiada kobieta.  

Pierwsze zakochanie zabolało podwójnie. Gdy Sara poznała Karola, dużo rozmawiali. Potem jednak znajomi chłopca zaczęli pisać do niej w sieci: „Jeśli kochasz Karola, wytnij sobie szkłem w skórze pierwszą literę jego imienia”. – I ona to robiła. Latem chowała się za grubymi ubraniami, wtedy zobaczyłam, że jest pocięta. Gdy mama tego chłopca zauważyła, co się dzieje, zerwała kontakt. Córkę to złamało. Trafiła do szpitala psychiatrycznego. Dali jej tabletki, uspokoiłam się. Aż zadzwoniła do mnie i powiedziała: „Mamuś, ja ci bardzo dziękuję, że dałaś mi życie, ale ja go nie chcę”. Wtedy coś we mnie pękło – mówi Edyta.  

Wyjście ze szpitala nie przyniosło ukojenia. Wszystko zmieniło się w sierpniu. – Odkryłam, że mój partner, ojczym Sary, mnie zdradza. Następnego dnia zabrałam ją i Michalinę, moją drugą córkę, i odeszłyśmy – opowiada Edyta. Sara nie przepadała za ojczymem. Powtarzała mamie, że na nią nie zasługuje. Po nagłej przeprowadzce dziewczynka znowu zaczęła się uśmiechać. Na krótką chwilę. Któregoś dnia usłyszała od mamy: „Może jednak wrócimy do Waldka?”. Następnego dnia już jej nie było. 

Świat się kończy w gwarze

Nastolatka siedziała przed domem, spoglądając w telefon. – Wybierałam się z młodszą córką do sklepu. Zapytałam Sary, czy chce jechać z nami. Nie było nas 15 minut – opowiada Edyta. W tym czasie dziewczynka musiała zobaczyć zdjęcie znajomych ze wspólnego wyjścia do galerii - bez niej. Kwadrans później w niewielkim domu jednorodzinnym rozległ się krzyk Edyty. Przybiegli sąsiedzi. Przyjechała policja, ratownicy medyczni, prokurator. W tym nieznośnym gwarze świat Edyty się skończył.  

Gdy już ucichło, leżała na podłodze w pokoju Sary. Na podwórku - w błocie i deszczu - krzyczała na Boga. Wydawało jej się, że słyszy, jak Sara biega tam z psem. Poznawała jej śmiech. – Ubierając jej sukienkę do trumny i wianuszek z białych kwiatów, prosiłam: „daj mamusi rękę”. Podczas czuwania przy trumnie trzymałam ją na rękach – opowiada. Na pogrzeb przyjechały tłumy. Edyta zamarła, widząc te same dzieci, które wytykały Sarze inne oczy, włosy, inną wrażliwość. – Darłam się do nich: "nie zasługujecie, żeby tutaj być. Wynoście się" – wspomina. 

Gdy trumna zniknęła pod świeżą ziemią, świat skończył się Edycie po raz drugi. – Na cmentarzu spędzałam każdą wolną chwilę. Chciałam Saruśkę odkopać. Cały czas sobie wyobrażałam, jak ona się w tym grobie budzi – przyznaje Edyta.  

Od śmierci dziewczynki minęło sześć lat. W domu rzadko się o niej rozmawia. – Ale do tej pory się męczę. Dodałam wpis na facebookową grupę, żeby podzielić się z kimkolwiek tym bólem. Prosiłam o jej „ożywienie” i jak zobaczyłam efekty, to aż mąż z kuchni krzyknął, co się stało, bo tak mocno płakałam. To jest niezwykłe uczucie. Miała taki sam uśmiech, identyczny – twierdzi Edyta.  

Post jej pomógł, choć niektórzy z rodziny twierdzą, że to było niepotrzebne, „bo wszystko do niej wraca”. – Może mają rację, a może po prostu nie wiedzą, że borykam się z tym każdego dnia. Widzę, jak obcy ludzie zasuwają czarny worek. Mam przed oczami ten przedpokój, chwilę, gdy ją znalazłam bez życia. Czuję, jakbym stała nad przepaścią, a tam pustka. Zdjęcia mi tę pustkę wypełniają - mówi.

Maria prosi o Anioła, Asia o mniej bólu

Na grupie Asia prosi o mniej siniaków. Żeby nie bolało. Do wpisu dołącza zdjęcie 86-letniej mamy kilka lat przed odejściem: „Straciła wzrok w 95 procentach, a mimo to codziennie chodziła na spacery, podpierając się chodzikiem i nie tracąc uśmiechu. Niestety każdą nierówność terenu przepłacała przewróceniem się. Bardzo za nią tęsknię". Asia pokazuje uśmiechniętą mamę w okularach przeciwsłonecznych. Kilka kliknięć i znikają siniaki, a wraz z nimi prawie cały ból w nich zaklęty. 

Marta czeka na tęczowy most. Taki, przez który mógłby przejść ukochany koń. Odszedł w listopadzie, był miłością córki. Maria prosi o anioła. Dołącza zdjęcie ze szpitalnej sali. „Chłopak miał 20 lat, kiedy odszedł. Przekazał mi swoje serce”. Nie trzeba długo czekać. Anioł przeplata się w gąszczu kilkuset odpowiedzi. Maria jest zachwycona. 

Anita widzi te posty i odzywa się na grupie w połowie września. Pokazuje na fotografiach małego chłopca i Kasię, uśmiechniętą blondynkę. Była wesoła, pełna słodyczy i życia, mimo że to życie lubiło ją częstować goryczą. Zmarła dwa lata temu. „Miała tylko 48 lat. Nie zdążyła poznać swojego wnuka, jestem jego przyszywaną babcią, a za tydzień mały ma chrzciny" – wyjaśnia Anita. Chce zrobić niespodziankę jego rodzicom. Prosi internautów o wirtualny cud. Żeby Dawidek mógł pobyć ze zmarłą babcią, choćby tylko na zdjęciu.  

Redakcja poleca

Będę zawsze małemu opowiadać o Kasi – obiecała sobie Anita. Choć to nie była łatwa przyjaźń. – Kasia była partnerką mojego obecnego narzeczonego. Mają razem syna Damiana. Rzadko się zdarza, żeby w takiej sytuacji ludzie się ze sobą przyjaźnili. Nam się udało. Zbliżyłyśmy się do siebie jeszcze bardziej, gdy zachorowała – wspomina.  

W pokoju cichnie telewizor

Anita znała tę chorobę. Wcześniej sama miała raka szyjki macicy. Wujek, którego traktowała jak drugiego ojca, zmarł w hospicjum. – Wiedziałam, co wkurza Kasię. Dlaczego: „Musisz walczyć, bo masz dla kogo” tak boli. Tłumaczyłam spokojnie: „Kasia, wiem, że masz dość i najchętniej byś się poddała” – ciągnie Anita.  

Zdarzało się, że o żadnych końcach nikt nie myślał. W Boże Narodzenie Kasia nawet usiadła i jadła ze wszystkimi. Wydawało się, że idzie ku lepszemu. Dopóki Anita nie dostała wiadomości: potrzebne hospicjum. - Zabrali ją, a rak po kolei – od makijażu, po błysk w oku, włosy – zabierał Kasię. On odziera z godności. Widziałam w niej swojego wuja sprzed lat; jak idzie. Tylko w złym kierunku – przyznaje Anita. 

Kasia zadomowiła się w hospicjum tylko na chwilę. Czekała, aż wróci do domu, choć w ośrodku już wyliczyli: „maksymalnie dwa tygodnie”. Ale Kasia nie słuchała tych, którzy z ręką w zegarku pokazywali jej koniec. W poniedziałek ktoś włączył telewizor. „Wszystko się rozstrzygnie 15 października” – mówili głośno politycy w programie, sprzeczając się o nadchodzące wybory. Kasia powiedziała: „A ja jeszcze nie zdążę wyzdrowieć do tej pory!”.

W sobotę po południu przyjechała Anita.

W niedzielę o godzinie 15 w pokoiku hospicjum ucichł telewizor, rozmowy i plany na jutro.

Domino płaczu 

Kasia nie zdążyła zobaczyć wnuka ani dowiedzieć się, że będzie babcią. - Chciałam „ożywieniem” zdjęć oddać jej hołd i opowiedzieć Dawidkowi, że ma trzy babcie, tylko jedna czuwa nad nim z góry – mówi Anita. Pod jej wpisem pojawiły się filmiki. Na niektórych Kasia odsuwa się od małego, rosną jej skrzydła, jest jego aniołem. 

– Biłam się z myślami, czy to nie będzie przegięcie. W końcu wybrałam jedno zdjęcie, oprawiłam w szkło i wręczyłam na chrzcie małego. Damian płakał, a ja go przepraszałam, że może przesadziłam. Chciałam tylko, żeby Kasia była z nami - tłumaczy. Po Damianie przyszedł czas na resztę. Kolejnych gości zdjęcie oprawione w szkło, zapakowane w niewielki kartonik, rozsypywało jak domino. – W pewnym momencie 70 osób na raz ryczało – wzrusza się Anita.  

Widok Kasi z wnukiem, Kasi-anioła, która łagodnie się uśmiecha, pomógł też oswoić się Anicie z rolą przyszywanej babci. – Wzruszam się, patrząc na to, co wyczarowali internauci. Cieszę się, że się na to odważyłam – mówi. Ale rany muszą się najpierw trochę zagoić. Świeżo po odejściu zostaje nam zapach perfum na kanapie. Echo śmiechu odbijające się od porcelany w kuchni. Rozmowy na fotelu. – Gdy jest za wcześnie, sztuczne ożywianie to za dużo. Pomiesza się z żywym. Może złamać – mówi.  

Na ukochanego wuja Anita nie dałaby rady tak spojrzeć, mimo że od jego śmierci minęło ponad 12 lat. – Ale to, co zrobili z Kasią, było piękne. Rodzina też mi dziękowała. Niektórzy mówili, że to najlepszy prezent, jaki Dawid mógł ode mnie dostać - mówi. Wątpliwości ją jednak nie opuszczały. Anicie ulżyło dopiero następnego dnia, gdy napisała do mamy Kasi. – Martwiłam się, że w tak ważnym dniu zepsułam im nastrój. W końcu to rodzice. Wciąż przeżywają śmierć córki. Po chwili przeczytałam odpowiedź: „Kasia jest naszym aniołkiem w niebie, a ty naszym tu, na ziemi”. 

„Gdyby nie puste łóżko...” 

Janusz od dawna boi się kuchni, w której nikt się nie krząta. Pierwszych świąt – tych nie razem, a osobno – i życia bez jaskrawych barw. „Proszę, ubierzcie moją Krynię inaczej. Na tym świecie kochała się we fiolecie. Co zakłada w niebie?". Internauci ubierają Krynię w fioletową, letnią suknię do kostek, językiem promptów szepczą o jeszcze jeden spacer zakochanych. „Brakuje słów” – pisze Janusz, widząc się znowu obok żony. „Budzę się rano, telefon w dłoń i radość. Wielka radość! Moja Krynia cała we fiolecie, tańczy, uśmiecha się. I gdyby nie puste łóżko obok mojego, pewnie uwierzyłbym, że nadal jest przy mnie”. 

Anna przedstawia grupie Rafałka. „Był z nami pięć dni, w tym czasie ratowaliśmy jego życie. Nie przyszło mi wtedy do głowy, żeby robić zdjęcia. To jest jedyne bez rurek i innych drucików, bo było już wiadomo, że to jego ostatni dzień. Jeśli uda wam się coś zrobić, będę wdzięczna. Niedługo skończyłby 9 lat” – pisze. Kilkaset internautów ruszyło na pomoc, przerabiając zdjęcie Rafałka. Anna, widząc to, dodaje: „Bardzo dziękuję wszystkim, którzy sprawili, że zobaczyłam, jak mógłby wyglądać mój synek. Sprawiło mi to ogromną radość, jak otwiera oczy. W ciągu tych pięciu dni nie miałam okazji tego doświadczyć.” 

Agnieszka trafiła na te wpisy przez przypadek. Tygodniami zwlekała, zanim poprosiła facebookową grupę o cud. 14 lat temu straciła syna. Na czarno-białej fotografii, którą dołącza do wpisu, uśmiechnięty chłopiec w białym swetrze spogląda w kierunku kamery. „Może być choć jedno ożywione” – prosi nieśmiało na forum. Na jej prośbę reaguje kilkaset osób.  

W komentarzach pojawiają się hiperrealistyczne animacje zmarłego chłopca. Uśmiecha się szeroko, składa dłonie w kształt serca. Delikatnie macha, przesyła mamie całusy. Między kolejnymi przeróbkami internauci przesyłają wyrazy wsparcia i otuchy. Pytam Agnieszkę, jak się czuje, widząc dzieła sztucznej inteligencji. – Chyba jednak nie byłam na to gotowa – mówi wprost. – Minęło już trochę lat od tragedii, więc pewne rzeczy przychodzą mi łatwiej. Ale przerobione zdjęcia nie pomogły. Wywołały ból i lawinę wspomnień – ucina.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET