`

W klasie nie znają swoich imion i nazwisk. „Przychodzą do szkoły, robią swoje i wychodzą”

10 min. czytania
19.11.2024 10:03
Obserwuj nas na Google

Na przerwach siedzą sami w słuchawkach, albo obok siebie wpatrzeni w telefon. Na lekcjach robią swoje i biegną dalej: na korepetycje, zajęcia dodatkowe, na ostatni autobus. Po szkole jeśli się spotykają, to w małych grupkach. Dzieciom i młodzieży coraz trudniej przychodzi nawiązanie i utrzymanie kontaktu z rówieśnikami. - Ostatni dzwonek kończy zajęcia i często kończy relacje – alarmują nauczyciele.

szkoła
fot. Lukasz Gdak/East News

Nauczyciele z VI LO w Lublinie zorientowali się, jak źle się dzieje, gdy na jednej z lekcji poproszono ucznia, by rozdał klasówki. - Byliśmy w szoku, gdy okazało się, że nie jest w stanie tego zrobić, bo nie wiedział, jak nazywają się niektórzy koledzy z klasy – opowiada Marzena Kamińska, dyrektorka liceum. Zaznacza od razu, że nie była to klasa pierwsza i sam początek roku szkolnego, a grupa liczyła standardowe 32 osoby.

Uczniowie nie znają nie tylko swoich imion i nazwisk. - Nie mają o sobie podstawowych wiadomości. Nie wiedzą, kto co lubi, gdzie wyjechał, co zobaczył – wylicza Natalia Pacocha, dyrektorka SP nr 7 w Łodzi. W jej szkole wyszło to na lekcjach wychowawczych, gdy dzieci z wychowawcami poruszali zwyczajne, luźne tematy jak wakacje czy zainteresowania.

W trakcie przerw okazji do rozmów nie przybywa. - Czy siedzą wspólnie? Raczej koło siebie, wpatrzone w telefony – odpowiada Magdalena Siejka, dyrektorka XI LO w Łodzi. Coraz częściej widzi też na korytarzach uczniów w słuchawkach, którzy siedzą sami i czytają książki albo wolą spędzać czas w bibliotece i tam porozmawiać z nauczycielką albo poprzeglądać książkowe nowości. A po lekcjach? - Czasem wracając ze szkoły, przejdę się kawałek z kolegami, ale ewentualne spotkania mamy rzadko – stwierdza Przemek, trzecioklasista z kieleckiego liceum. Jak rzadko? - Może z raz w wakacje – przyznaje.

"Podobasz mi się" przez messengera

Mają problem w nawiązywaniu relacji, mniej ze sobą rozmawiają, tracą ze sobą kontakt - takie sytuacje nauczyciele i rodzice obserwują wśród dzieci coraz częściej. Głównie wśród młodzieży licealnej. - Pracuję w szkole prawie 40 lat, relacje między uczniami zmieniły się diametralnie. Kiedyś robiło się różne projekty, zadania, konkursy razem, w bezpośrednim kontakcie, teraz tego nie ma – przyznaje Małgorzata Pucułek, dyrektorka LO LXV w Warszawie.

Kiedyś też, na co zwraca uwagę dr hab. Katarzyna Walęcka-Matyja z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Łódzkiego, tygodnie adaptacyjne były organizowane dopiero na studiach, by młodzi ludzie z różnych miejscowości mogli się lepiej poznać. Dziś równie często korzystają z nich uczniowie pierwszych klas. W ostatnich latach znacznie wzrosło też zapotrzebowanie na specjalistów TUS, którzy kształtują umiejętności społeczne u dzieci czy młodzieży. - Wcześniej tacy specjaliści nie byli aż tak poszukiwani – zauważa profesorka z Uniwersytetu Łódzkiego.

Stąd dyrektorka łódzkiego liceum jest w stanie sobie wyobrazić sytuacje, w których dzieci nie znają się z imienia i nazwiska, ale według niej wynikają one bardziej z tego, że często posługują się przezwiskami. - Znać się znają. Czy chcą utrzymywać relacje? Jedni chcą, drudzy nie chcą. Są dzieci, które przychodzą do szkoły, robią swoje i wychodzą – mówi. I takich przybywa, zwłaszcza po pandemii. Ale nauka zdalna to nie jedyny powód. - Przestrzeń i funkcjonowanie młodych ludzi przeniosła się w przestrzeń internetową – stwierdza Pucułek.

Redakcja poleca

Dla niej również obrazki młodzieży siedzącej obok siebie na przerwach i wpatrzonych w telefony są chlebem powszednim, chociaż szkoła ze względu na swoją specyfikę (ma oddziały integracyjne) kładzie duży nacisk na spotkania klasowe i współpracę. Świat wirtualny okazuje się jednak bardziej absorbujący niż bezpośrednie relacje. Do tego stopnia, że młodzież, jak słyszy nieraz Joanna Poprawska, psycholożka, woli napisać na messengerze, że ktoś przykuł ich uwagę, niż podejść do tej osoby. - Internet stanowi szybką formę porozumiewania się, wiele ułatwia, ale po pierwszym kontakcie online dobrze byłoby, żeby dzieci umiały się dogadać, porozumieć na żywo, a tych umiejętności nie ma – ocenia Poprawska.

Koniec lekcji, koniec przyjaźni

Po lekcjach zaczyna się bieg – na autobus, tramwaj, na pociąg. W szkołach ponadpodstawowych młodzież dojeżdża z różnych dzielnic miasta, z różnych miejscowości. Pędzi, żeby zdążyć na korepetycje, treningi, kursy. - Mają do tego stopnia napięty grafik, że często mamy problem z ułożeniem zajęć dodatkowych, bo mówią: „ale o tej porze mam autobus i muszę na niego zdążyć” – opowiada Małgorzata Pucułek. Wspólnie spędzany czas ogranicza się więc do lekcji. To kolejny powód zdaniem pedagogów i psychologów osłabienia relacji rówieśniczych.

- Młodzież ma swoje plany, zajęcia, jest skupiona bardziej na realizacji celu niż na czasie wspólnym. Króluje indywidualizm, szczególnie w szkole ponadpodstawowej. Dzwonek kończy zajęcia w szkole i często kończy relacje – mówi Edyta Książek, polonistka z Częstochowy. A nawet jeśli szkoła organizuje dni patrona, czy dzień integracji bez standardowych lekcji to – jak zauważa Książek - uczniowie wolą wtedy nie przyjść do szkoły i poświęcić ten czas na nadrobienie innych zajęć lub na odpoczynek.

Redakcja poleca

Jeśli już spotykają się po szkole, to raczej w niewielkich, kilkuosobowych grupkach. - Moje dzieci mają przyjaciół, znajomych, ale gdy o nich opowiadają, powtarzają się te same dwa, trzy imiona – przyznaje Książek. Jednocześnie wspomina swoje niedawne spotkanie po latach z licealną klasą. Trzy czwarte wciąż na nie przychodzi, podczas gdy dziś w liceach trudno zebrać kilkanaście osób, które chciałyby przebywać razem poza czasem obowiązkowym. Mniejsze trzy, czteroosobowe grupki na korytarzach obserwuje też Magdalena Siejka. Nie słyszała, by na osiemnastki zapraszana była cała klasa. Rzadko zdarza się też, by na kilkudniową wycieczkę pojechali wszyscy z grupy.

Klasa ok, spotykamy się w szkole

Joanna Poprawska często słyszy od swoich podopiecznych, że wolą mieć jednego prawdziwego przyjaciela niż pięciu różnych. Stawiają na jakość znajomości, a nie na ilość. Ale niektórzy celowo wychodzą z większych grup. - Im więcej ludzi, tym więcej konfliktów, a konfliktów, niestety, dzieciaki też nie potrafią rozwiązywać – zwraca uwagę na kolejny aspekt relacji rówieśniczych psycholożka. Piotrek, tegoroczny maturzysta z Łodzi, chciałby się z tym nie zgodzić, ale sam przyznaje, że po maturze nie spodziewa się, że zobaczy jeszcze swoją klasę. - Jest OK, ale bez fajerwerków – stwierdza krótko.

Sam ma dosyć luźne podejście do nauki i szkoły, nie złapał więc wspólnego języka z większością klasy, która przejmuje się sprawdzianami i ocenami. Dwóch jego najbliższych kolegów mieszka pod Łodzią, kontakty po szkole mają więc utrudnione. Po trzecie, jak uważa, być może miał zbyt duże oczekiwania co do liceum. - Słyszałem opowieści, jak to jest fajnie w ogólniaku, jak przyjaźnie stąd zostają na zawsze – mówi. Częściej widuje się jednak z kolegami, których poznał w podstawówce.

Niemal identycznie jak Przemek. - Po prostu chyba tamtych bardziej lubię – mówi. Od licealnych znajomych słyszy jednak o spotkaniach po szkole, czasem o imprezach. - Dużo zależy od osobowości i osób, które poznasz – stwierdza Przemek. Chociaż, jak zauważa, coraz rzadziej jego rówieśnicy widują się na dworze i kontakt odbywa się głównie przez messengera. Sam właśnie taki ma ze swoją licealną klasą.

Rodzic w szkole zamiast ucznia

W podstawówkach pod tym względem powinno więc być lepiej. Obowiązuje rejonizacja, więc dzieci mieszkają blisko siebie, mają zazwyczaj zakaz używania komórek na przerwach i mniejszą liczbę lekcji. - Ale niemal każdemu telefon wystaje z tylnej kieszeni. Jak tylko kończą się lekcje, wychodzą przed szkołę, deszcz, mróz, wyciągają telefony i grają – opowiada Danuta, matematyczka z jednej z warszawskich podstawówek. - Owszem młodsze dzieci przebywają ze sobą dłużej, mają wiele wspólnych zajęć, także pozalekcyjnych, razem chodzą na zawody, ale wspólne wracanie ze szkoły czy droga do szkoły to rzadkość - dodaje Dorota Kuchta, dyrektorka Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Legionowie. Większość jest przywożona i odwożona przez rodziców.

Redakcja poleca

- Bo dzieci mają nieraz pół godziny między szkołą, a następną szkołą – tłumaczy rodziców Poprawska. W ten sposób tworzy się jednak błędne koło: dzieci ze względu na liczbę zajęć nie mają czasu na poszerzanie życia społecznego, rodzice chcąc im pomóc, wożą je wszędzie, przez co dzieci spędzają mniej czasu z rówieśnikami. Na dodatek zdaniem Poprawskiej przemęczenie nauką i licznymi obowiązkami przekłada się na niechęć i ostateczną rezygnację z rówieśniczych kontaktów po szkole. Widzi to chociażby po swoim synu, ósmoklasiście. - W weekend chciał nocować u kolegi, ale gdy okazało się, że po niedzieli ma cztery sprawdziany to odechciało mu się – opowiada. Nieraz widzi takie podejście u uczniów, którzy żyją z tygodnia na tydzień, z roku na rok, a potem stwierdzają: „zaraz kończymy szkołę, to po co nam już takie spotkania.”

- Dziecko jest wszędzie gościem, w szkole, na zajęciach dodatkowych, w domu. Brakuje przestrzeni na bezpośrednie relacje rówieśnicze – potwierdza dr hab. Walęcka-Matyja. Jej zdaniem zmiana w relacjach rówieśniczych to jednak również znak czasów. - Nasze otoczenie kulturowe zmienia się. Kiedyś wychowanie miało nieco inny charakter, odbywało się w stylu kochającym, ale liberalnym – mówi ekspertka. Podobnie jak nauczyciele zauważa, że chociażby wspomniane odbieranie ze szkoły wynika nie tylko z codziennej logistyki, ale też nadopiekuńczości rodziców.

Stąd też coraz mniej boiska, mniej kina, mniej spacerowania po osiedlu w grupkach po szkole, bo rodzic przesadnie martwi się o syna czy córkę i nie pozwala mu na takie aktywności. Albo dziecko utwierdzane jest w przekonaniu, że jest najlepsze i jedyne, trudno mu więc potem odnaleźć się w grupie. - Coraz częściej się zdarza, że mama nie pracuje i skupia całą swoją uwagę na dziecku. W końcu taki uczeń wyjeżdża na wycieczkę i nie wie, jak zapakować walizkę na powrót – opowiada Natalia Pacocha.

Sytuacji, w których rodzice wyręczali dzieci np. w rozwiązywaniu konfliktu albo w rozmowach o ocenach, Poprawska widziała dziesiątki. - Uczniowie wychodzą z liceum już jako dorosłe osoby, a nie potrafią podejść, porozmawiać, porozumieć się z nauczycielem, nie potrafią załatwić spraw, które ich dotyczą – mówi. Zaniedbania ze strony dorosłych wychodzą też przy okazji nadużywania elektroniki. - Nie możemy pozwalać na to, by telefon był nieodłącznym elementem także naszego życia, bo przecież dzieci nas obserwują i naśladują – przypomina psycholożka.

Do tego wszystkiego dodałaby jeszcze cały system edukacji. Wraca tu np. do organizacji szkolnych wycieczek, które pomogłyby w integracji. - Mój syn, ósmoklasista, przez osiem lat nauki miał jeden wyjazd, bo wychowawczyni uczy ważnego przedmiotu i nie chce, by uczniowie tracili godziny – opowiada. Wielu nauczycieli pracuje też w dwóch, trzech szkołach- wtedy 3,5-dniowy wyjazd wiąże się z przeorganizowaniem całego tygodnia pracy i staje się najczęściej niemożliwy.

Szkoła ma integrować

Tymczasem pozytywy płynące z relacji rówieśniczych eksperci mogą wyliczać w nieskończoność, zaczynając od budowania tożsamości, poczucia własnej wartości czy możliwości rozładowywania napięcia. - Relacje rówieśnicze są uzupełniające w stosunku do relacji, które dzieci mają z rodzicami, nauczycielami, dziadkami. Innych rzeczy uczymy się od rówieśników, innych od rodziców. Dla właściwego rozwoju społecznego potrzebujemy obu tych form kontaktu – tłumaczy dr hab. Katarzyna Walęcka-Matyja. Przypomina też, że liczba i jakość relacji interpersonalnych odzwierciedlają samoocenę człowieka. Im mamy bardziej pozytywne kontakty z rówieśnikami, tym jakość naszego życia poprawia się.

Dlatego jak mówi profesorka z UŁ, w szkole nastawionej na rywalizację, współzawodnictwo, tym bardziej ważne jest wplatanie zadań, które mają łączyć i budować wspólnotę szkolną. Młode pokolenie wyraźnie pokazuje, jak powinna się zmieniać rola szkoły. - Kiedyś mówiono, że szkolna wycieczka ma mieć głównie walor edukacyjny. Dziś przede wszystkim stawia się na aspekt integracyjny, prospołeczny, żeby młody człowiek czuł się częścią pewnej społeczności – podaje przykład Edyta Książek. Ważne jest jednak by na integrację postawić jak najwcześniej. - W pierwszej klasie dzieciaki nie mają jeszcze aż takiej styczności ze światem wirtualnym, są chłonne nowych kontaktów, mogą się więc dobrze poznać – podkreśla Poprawska.

Inaczej brak relacji rówieśniczych lub słabe znajomości szkolne prowadzą do trudność w komunikacji. Dzieci wstydzą się rozmawiać na żywo, bo nie mają pewności siebie. - Nie umiemy sobie radzić z ludźmi, nie umiemy odczytywać sygnałów, które nam przesyłają, bo nie umiemy zinterpretować emocji drugiego człowieka. Boimy się, czy głos nam się nie zatrzęsie, albo że ktoś będzie oceniał naszą fryzurę czy strój. W internecie tego nie ma – wyjaśnia Poprawska. Przez to kontakty są spłycone. To wszystko prowadzi do tego, że stajemy się upośledzeni w kontaktach społecznych. Prędzej czy później młodzi ludzie będą jednak musieli się zmierzyć z trudnymi sytuacjami, więc wyrobią w sobie pewne mechanizmy obronne, ale, jak zaznacza Poprawska, przyjdzie im to zdecydowanie trudniej.

Uczniowie głodni relacji i uwagi

Tym bardziej trzeba zachęcać młodzież do poszerzania kręgu znajomych. - Jednocześnie pokazując im, że relacje nie są łatwe, że osoby, z którymi jesteś blisko, też mogą nas skrzywdzić. Chodzi o to, by młodych ludzi nie zrazić do tworzenia relacji i pielęgnować w nich umiejętność radzenia w sobie z różnymi sytuacjami – wyjaśnia psycholożka. Zapewnia jednocześnie, że mimo wszystko głód relacji interpersonalnych i chęć bycia z drugim człowiekiem są wciąż, mimo niepewności, bardzo silne wśród dzieci i młodzieży. - Być może jest to pokolenie, które nie potrzebuje wokół siebie tak dużo osób. Ale potrzebuje więcej atencji, uwagi i podnoszenia samooceny przez grupy rówieśnicze – dodaje Siejka.

Dlatego Natalia Pacocha na początku roku szkolnego, gdy została dyrektorką szkoły, od razu ogłosiła, że nie mam problemu z tym, by klasy wyjeżdżały na kilka dni na wycieczkę, wychodziły do kina, teatru, czy na kręgle. W LO LXV w Warszawie wuefiści na przerwach udostępnioną uczniom salę gimnastyczną i pozwalają grać w gry zespołowe. Wymyślili też ligę Bema, czyli wewnętrzny turniej szkolny w piłkę nożną. Po południu frekwencja jest wciąż niska, ale spora grupa potrafi się zebrać i przyjść na godz. 7 rano, by zagrać mecz. W szkole trwają też dyskusje, czy nie zakazać telefonów.

W VI LO w Lublinie zaczęto od wspólnych wyjść nad zalew. Potem postawiono na specjalne akcje integracyjne, takie jak ostania, czyli „Ubierz się w jesień”. Za chwilę młodzież będzie brała udział w zabawach o czekoladowy puchar dyrektora. Wszystkie te zadania obmyślone są tak, by jedna osoba nie była w stanie ich zrobić, trzeba przygotować się wspólnie z całą klasą. - A zwycięzcy mogą wspólnie zjeść czekoladowy puchar, który przygotowuje nam zaprzyjaźniona cukiernia – opowiada dyrektorka liceum. Akcje powoli przynoszą pierwsze efekty. - Uczniowie przestają się siebie wstydzić, chętniej ze sobą współpracują i poznają swoje imiona – mówi dyrektorka.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET