`

Egzamin na prawo jazdy wolą zdawać w Niemczech niż w Polsce. “Mamy chory system”

6 min. czytania
27.02.2026 06:02
Obserwuj nas na Google

- Jakiś czas temu głośna była historia kursanta, który oblał ponad 100 razy egzamin na prawo jazdy. Proszę mi powiedzieć, jak on przeszedł egzamin wewnętrzny w szkole? - mówi Maciej Kulka, właściciel szkoły jazdy i biegły sądowy z zakresu bezpieczeństwa ruchu drogowego. W Polsce prawo jazdy za pierwszy razem zdaje między 30 a 40 proc. Dlaczego tak mało? 

fot. Marysia Zawada/REPORTER

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie są główne przyczyny stresu podczas egzaminu na prawo jazdy w Polsce.
  • Dlaczego system egzaminacyjny w Polsce jest krytykowany przez ekspertów.
  • Jak różni się egzamin na prawo jazdy w Polsce i Wielkiej Brytanii.
  • Co może poprawić efektywność kształcenia kierowców.

“Stres i nerwy” - ta fraza najczęściej pada w rozmowach o egzaminie na prawo jazdy. To jeden z pierwszych, po maturze, najważniejszych egzaminów dla młodych ludzi w życiu. Silne emocje podczas egzaminu na prawo jazdy eskalują sztywne zasady, które decydują o tym, czy ktoś może siąść legalnie za kierownicą.  

- To, co dzieje się w Polsce na egzaminie, to wyłącznie olbrzymi stres, zero tolerancji dla emocji, które pojawiają się za kierownicą. Egzaminator boi się swobodnie odezwać, czy podać ręki kursantowi z obawy przed zarzutem o łapówkarstwo. Mamy chory system - mówi Maciej Kulka. 

Redakcja poleca

Marta oblała, bo nie mogła wrzucić biegu 

Aby zdać egzamin na prawo jazdy, nie wystarczy być dobrym i rozważnym kierowcą. Przykładem jest historia 26-letniej Marty z Białegostoku, która chciała zostać zawodowym kierowcą autobusu. Prawo jazdy na osobówkę zdobyła za pierwszy razem. Lubi siadać za kierownicą, nawet zagranicą. W końcu zrodził się w jej głowie pomysł, aby zdobyć uprawnienia kategorii D.  

 - W zeszłym tygodniu oblałam egzamin, bo nie mogłam wrzucić biegu wstecznego - opowiada Marta. 

Dziewczyna jest drobnej budowy. W szkole jazdy jeździła na nowym autobusie, w którym skrzynia biegów nie sprawiała problemów. Na egzaminie dostała stary pojazd. - Nawet egzaminator miał problem z wrzuceniem biegu. Zrobił to dopiero za drugim razem. Mnie nie udało się ani razu - mówi kobieta. 

Marta oblała egzamin, mimo że na kursie radziła sobie bardzo dobrze. Podczas egzaminu nie miała okazji nawet zaprezentować swoich umiejętności na mieście, bo nie wyjechała z placu manewrowego. Padła ofiarą sztywnej instrukcji, której muszą trzymać się egzaminatorzy.  

- Była to bardzo przykra i nerwowa sytuacja. Nie poddam się. W kolejnych dniach spróbuję znowu - zarzeka się Marta. 

Maciej Kulka twierdzi, że kobieta jest ofiarą systemu egzaminowania w Polsce. Z kolei instruktorzy i egzaminatorzy są jego niewolnikami. - Gdyby ta dziewczyna zdawała na sprawnym autobusie, albo z automatyczną skrzynią biegów, to zdałaby egzamin. Ale w Polsce takie są kryteria egzaminowania. Egzaminator robi swoją pracę od kropki do kropki, według instrukcji - twierdzi Kulka i dodaje: 

 - Egzamin jest nagrywany. Gdyby egzaminator wyłamał się z przestrzegania instrukcji, to nadzór ze strony urzędu marszałkowskiego wykreśliłby go z listy egzaminatorów. 

Redakcja poleca

Archaiczny system kształcenia kierowców? 

Aby zdać w Polsce egzamin na prawo jazdy, trzeba zaliczyć szereg kryteriów. Najpierw test teoretyczny składający się 32 pytań (maksymalnie można uzyskać 74 punkty, do zaliczenia potrzebne jest 68), a później praktyczny: na placu manewrowym i w mieście. Za kierownicą trzeba wykonać szereg zadań m.in. jazda po łuku, ruszanie na wzniesieniu, a także reagować na sytuacje w ruchu drogowym.  

Jak mówi Kulka, instruktorzy uczą pod wytyczne egzaminacyjne. W efekcie kandydaci na kierowców uczą się jeździć na pamięć, bez refleksji, co nie wpływa na bezpieczeństwo na drogach. Zagranicą jest inaczej. 

- Byłem świadkiem egzaminu, który odbywał się w Wielkiej Brytanii.  Kursant przejechał autobusem na czerwonym świetle. Wytłumaczył, dlaczego to zrobił i z czego to wynikało. Egzaminator przyjął argumentację kierowcy. Kandydat przejechał też przez linię ciągłą, bo przed nim jechał pojazd zaprzęgowy. W Polsce za coś takiego oblałby egzamin - mówi Kulka. 

W Wielkiej Brytanii na koniec egzaminu przeprowadza się rozmowę i ocenę kursanta. To moment, w którym kursant może uzasadnić swoje decyzje na drodze. Jeśli przekona egzaminatora, to może zdać egzamin mimo błędów, które wydawałaby się podręcznikowe. 

Droga do zdobycia prawa jazdy w Wielkiej Brytanii jest bardziej elastyczna niż w Polsce, ale to nie oznacza, że łatwiejsza. Nad Wisłą aby móc przystąpić do egzamin państwowego, trzeba przejeździć na kursie 30 godzin. Na wyspach nie ma limitu, a mimo to kursanci przebywają na drodze średnio około 80 godzin. 

- Ludzie czasami dziwią się, że w 30 godzin można kogoś nauczyć jeździć. Zapominają jednak, że jest to minimalna liczba godzin, którą trzeba przejeździć. Jednemu wystarczą dwie godziny, aby nauczyć się jeździć, a drugiemu 50 - ocenia Kulka. 

Według eksperta taka sytuacja powoduje patologie na polskim rynku kształcenia kierowców, co przekłada się na obniżenie bezpieczeństwa na drogach. 

W Polsce istnieje jeszcze więcej wymogów, które w teorii mają lepiej przygotować kierowców do jazdy samochodem. Aby przystąpić do egzaminu państwowego, trzeba wcześniej ukończyć egzamin wewnętrzny w szkole jazdy. Nie jest one jednak nagrywany. Szkoły wystawiają jedynie dokument potwierdzający jego ukończenie. 

- Była kiedyś historia, że ktoś oblał ponad 100 razy egzamin na prawo jazdy. Proszę mi powiedzieć, jak on przeszedł egzamin wewnętrzny w szkole? - pyta Kulka. 

Okazuje się, że wiele szkół jazdy tak naprawdę nie przeprowadza egzaminów wewnętrznych, bo istnieje ryzyko, że kursant go nie zda. Dla nieuczciwych ośrodków szkolenia bardziej opłacalne jest podpisanie zaświadczenia niż przeprowadzenie rzetelnego egzaminu.  

- Mimo to ministerstwo nie chce zgodzić się na nagrywanie egzaminów wewnętrznych. Dla przyszłych kierowców to nie jest nic dobrego, bo później nie wiedzą, czego mogą się spodziewać na egzaminie państwowym - podkreśla Kulka.  

Szef szkoły jazdy twierdzi, że statystyki zdawalności są “zabójstwem dla bezpieczeństwa”. Nie odzwierciedlają rzeczywistości. Można nimi łatwo manipulować. Szkołom jazdy zależy, żeby móc pochwalić się jak największym procentem zdawalności. Dlatego często można spotkać reklamy mówiące, że dany ośrodek szkolenia ma prawie 100 proc. zdawalności. 

- W Lubartowie jedna firma założyła sobie dwie szkoły. Jeżeli trafi się klient, który sobie gorzej radzi, to w papierach przerzucają go do drugiej szkoły, żeby nie psuć statystyk tej pierwszej. Kursant nawet nie jest tego świadomy, bo dla niego nic się nie zmienia - zauważa Kulka. 

Statystyki zdawalności publikowanie przez Wojewódzkie Ośrodki Ruchu Drogowego są już dużo gorsze. W 2025 roku średnia zdawalność egzaminu praktycznego na prawo jazdy oscylowała między 30 a 40 proc. To dużo gorszy wynik niż np. w Niemczech, gdzie zdaje między 60 a 70 proc. kandydatów. Problemem ma być archaiczny system egzaminacyjny. W Europie jedynie w Polsce i na Łotwie egzaminuje się na placu manewrowym. Inne kraje zrezygnowały z tego elementu egzaminu, bo nie ma przełożenia na faktyczne umiejętności kierowców w ruchu drogowym.  

W Niemczech zdał za pierwszym razem. “Zrozumiałem, co znaczy bezpieczna jazda” 

Maciej kilkanaście razy podchodził do egzaminu praktycznego we Wrocławiu. Nie pamięta już dokładnej liczby prób. Wspomina, że głównie oblewał na placu manewrowym. W końcu poddał się i porzucił marzenia o jeździe samochodem. Wróciły one, kiedy ciocia opowiedziała mu, że w Niemczech jest lepszy system kształcenia i egzaminowania kierowców.  

- Nadzieje na prawko wróciły, choć początkowo problemem okazały się formalności - opowiada mężczyzna. 

Aby móc przystąpić do egzaminu na prawo jazdy w Niemczech, trzeba mieć stały meldunek i sporo odłożonych pieniędzy. Koszty nauki jazdy i przystąpienia do egzaminu sięgają nawet 4,5 tys. euro. Natomiast w Polsce kosztuje to zdecydowanie mniej - około 4 tys. zł.   

- Na szczęście ciocia od lat mieszka pod Cottbus, niedaleko polskiej granicy. Dzięki niej uzyskałem meldunek i miałem gdzie spać przez kilka miesięcy - mówi Maciej. 

Niemcy znacząco różnią się od Polski w kształceniu i egzaminowaniu kandydatów na kierowców. Nie ma minimalnej liczby godzin do wyjeżdzenia w szkole jazdy. To instruktor decyduje, czy kandydat jest gotowy, aby przystąpić do egzaminu. W czasie kursu odbywają się tzw. jazdy specjalne (poza terenem zabudowanym, po autostradzie i w nocy). Trzeba wyjeździć minimum 12 godzin lekcyjnych. Podczas egzaminu jeździ się wyłącznie w ruchu drogowym, nie zdaje się na placu manewrowym. Egzamin jest dużo bardziej kompleksowy, bo obejmuje różne warunki drogowe.  

- Dopiero w Niemczech zrozumiałem, co to znaczy bezpieczna i rozważna jazda samochodem. Na egzaminie w ogóle się nie stresowałem, bo na kursie przećwiczyłem bardzo różne sytuacje drogowe. Podejście instruktora było też inne niż w Polsce. Nie maszynowe, tylko partnerskie - wspomina Maciej. 

Mężczyzna zdał egzamin w Niemczech za pierwszym razem. Wrócił do Polski i bezpiecznie jeździ samochodem. 

“Nie można oblewać ludzi bez powodu” 

Według Macieja Kulki w Polsce podczas egzaminów powinno uwzględniać się emocje kandydatów na kierowców. Nie powinno oceniać się ich jedynie pod kątem sztywnych instrukcji. 

- Nie można oblewać ludzi bez większego powodu. W Polsce uczy się kandydatów na kierowców zachowań, które nie mają wpływu na bezpieczeństwo. Efektem tego jest to, że jeździmy na pamięć i nie potrafimy reagować na sytuacje na drodze - mówi Kulka. 

Do tego proponuje, aby ośrodki egzaminacyjne umożliwiały szkołom jazdy wgląd do raportów z egzaminów. Obecnie właściciele szkół otrzymują jedynie informację, że kursant oblał egzamin na mieście lub placu. 

- Jako instruktorzy i właściciele szkół jazdy powinniśmy mieć dostęp do statystyk, czyli wiedzieć, że kursant oblał egzamin, bo wymusił pierwszeństwo przejazdu, czy nie zatrzymał się na znaku STOP. Jeżeli dostałbym informację, że 20 proc. moich kursantów nie zastosowało się do tego znaku, to byłby to dla mnie sygnał, że instruktorzy w mojej szkole robią coś źle - podsumowuje Kulka. 

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET